poniedziałek, 13 lutego 2023

Jordania (24-31.01.2023)

Welcome to Jordan

Warto polować na tanie loty i podróżować w nieoczywistych kierunkach. Kiedy z końcem grudnia kupowałam loty do Jordanii za 120PLN od osoby w dwie strony z Poznania, byłam jednocześnie podekscytowana (w tym rejonie świata mnie jeszcze nie było) i lekko przerażona (ten sam powód). Szczęśliwie wszystko się udało, lot był względnie sensowny (z Poznania do Ammanu 14:35, lądowanie 20:40, powrót 21:35, lądowanie 23:30).

Co udało nam się zobaczyć?

W Jordanii spędziliśmy tylko 8 dni, a w zasadzie 7, bo pierwszego dnia przylecieliśmy, odebraliśmy auto i pojechaliśmy do hotelu na obrzeżach Ammanu.

Starożytne rzymskie miasto Geraza
Geraza

W środę zaczęliśmy od zwiedzania wpisanego na listę UNESCO starożytnego rzymskiego miasta Geraza (obecnie we współczesnym mieście Jerash, Dżerasz). Ze względu na znakomity stan zachowania ruin nazywane jest Pompejami Wschodu. Faktycznie, spokojne obejście całego kompleksu to co najmniej 3 godziny, a na terenie miasta założonego w 331r.p.n.e. przez Aleksandra Macedońskiego znajdziemy wiele imponujących zabytków – odrestaurowany Łuk Hadriana, czyli łuk triumfalny ze 129 lub 130 r., za którym znajduje się hipodrom na 17 tysięcy widzów z 220 r. o wielkości 244m x 52m, owalne forum otoczone jońskimi kolumnami z II w., świątynia Zeusa czy amfiteatr południowy z I w. z widownią na 5 tysięcy osób.

Mały amfiteatr w Gerazie

Główna ulica miasta – Cardo Maximus – ma aż 800 metrów długości i zachowaną oryginalną nawierzchnię z wapiennych płyt, a wzdłuż niej wznosiły się niegdyś ważne budynki miejskie – liczne kościoły, meczet, łaźnie. Na terenie miasta znajdziemy też ruiny świątyni Artemidy z korynckimi kolumnami z II w. czy teatr północny ze 165 r. na 2 tysiące widzów. Mimo że nie pasjonuję się starożytnością, ten kompleks miejski zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie, a możliwość chodzenia po tak starym mieście i odtwarzania życia sprzed wieków była dla mnie wyjątkowa.

Zamek Ajlun

Następnie udaliśmy się do muzułmańskiego zamku Ajlun (Kalat ar-Rabad, Adżlun) z XII wieku, z którego był piękny widok na okolicę oraz całkiem nieźle zachowane mury. Zamek długo przechodził z rąk do rąk i został porzucony dopiero w 1837 roku po trzęsieniu ziemi i od tego czasu popadał w ruinę. Z perspektywy czasu – można go sobie spokojnie odpuścić, jeśli planuje się zobaczyć zamek Shobak albo zamki na pustyni. Nam zabrakło przez to czasu na zobaczenie Betanii – musielibyśmy czekać 30 minut na autobus, który podwozi do miejsca chrztu Chrystusa, a samo zwiedzanie trwa około godziny. Wybraliśmy kąpiel w Morzu Martwym i widowiskową drogę do Al-Karak ze słońcem zachodzącym nad wielkim akwenem słonej wody. W Al- Karak nocowaliśmy w zimnym hotelu ze spektakularnym widokiem na zamek krzyżowców.

Zamek Kerak
Zamek krzyżowców Kerak

W czwartek zwiedziliśmy zamek Kerak, którego budowę rozpoczęto w 1132 r. Z fortecą związana jest postać rycerza Renalda z Châtillon, który było dość barwną i okrutną postacią. W 1188 r. zamek wpadł w ręce muzułmanów i już nigdy nie został odbity przez krzyżowców. Twierdza zajmuje całe wzgórze i jest naprawdę rozległa, oferując widoki na wszystkie strony świata.

Rezerwat przyrody Dana - panorama
Dana National Reserve

Później ruszyliśmy do rezerwatu Dana, jednak napotkany po drodze mężczyzna odradził nam zjazd do doliny i w rezultacie musieliśmy się zadowolić przepiękną panoramą. Dzięki temu jednak zwiedziliśmy zamek Shobak (Asz-Szaubak, znany też pod nazwą Montreal Castle). Budowę rozpoczęto w 1115 r., a ukończona forteca stała na trasie karawan z Egiptu do Syrii i czuwała nad ich bezpieczeństwem. Ponieważ twierdza nie jest otoczona zabudową jak Kerak, robi chyba większe wrażenie, chociaż środek jest zdecydowanie mniejszy i w gorszym stanie.

Panorama Małej Petry
Mała Petra

Pod koniec dnia udało nam się dotrzeć do Małej Petry, która była znakomitą zapowiedzią tego, co będzie się działo w Petrze. Do końca widowiskowego kanionu można dotrzeć w pół godziny, a na końcu znajduje się beduiński sklepik, gdzie można nabyć różne pamiątki, napić się herbaty i… rozpocząć wspinaczkę na szczyt górujących nad wąwozem skał. To było wyzwanie! Udało nam się dotrzeć na szczyt, skąd widoki były naprawdę niesamowite, ale kosztem nadwyrężonego kolana (niestety). Udało nam się jakoś dokulać na sam dół i pojechaliśmy do miejscowości Wadi Musa, gdzie mieści się kompleks Petry.

Spokój Petry na wieczornym pokazie
Petra by Night

Wieczorem poszliśmy na wydarzenie Petra by Night – pokaz świateł i lokalnej muzyki tuż pod Skarbcem (po to też potrzebny był nam dwudniowy bilet do Petry). Chociaż baliśmy się, że będzie to całkowicie komercyjne wydarzenie, typowy tourist trap, było zaskakująco kameralnie i spokojnie. Do Skarbca, a więc najbardziej znanego grobowca Nabateczyków, idzie się jakieś 30 minut szybkim tempem. Punktualnie o 21 rozpoczął się krótki pokaz – świątynia została podświetlona, a po krótkim wstępie rozpoczął się koncert lokalnych artystów, którzy grali na flecie i na rababie (lokalnym instrumencie szarpanym). Chociaż sądzę, że wiele osób mogło się nudzić, dla mnie ten występ był autentyczny i piękny. Powiało pustynią! Z czasem stwierdziliśmy, że podniosły nastrój wieczoru podobał nam się znacznie bardziej niż zgiełk i turystyczne zamieszanie przy Skarbcu następnego dnia. Wracało się tą samą drogą, wąwozem Siq, podświetlonym kameralnym światłem świec rozstawionych w papierowych torebkach co jakieś 2 metry. Naprawdę przyjemny klimat!

Petra

Piątek od samego rana przeznaczyliśmy na zwiedzanie Petry. Wpisana na listę UNESCO i zaliczana do jednego z siedmiu cudów świata, Petra to stolica nieistniejącego już państwa Nabatejskiego, ukryta w wąwozach skalnych, a odkryta dopiero w XIX wieku przez szwajcarskiego podróżnika Johanna L. Buckhardta. Cywilizacja Nabatejczyków przeżywała największy rozkwit w okresie między II w.p.n.e. a I w.n.e., a jej dobrobyt opierał się o handel i przesyłanie dóbr karawanami, natomiast upadek wiązał z przeniesieniem handlu na drogę morską.

Monastyr

Właściciel naszego hotelu słusznie doradził nam, byśmy skorzystali z darmowego transportu miejskiego do Małej Petry, tam wynajęli jeepa i podjechali do początku trasy do Monastyru (czyli jeszcze około godzina podejścia). Petrę zwiedzaliśmy więc od końca. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wiedzieliśmy, że podjęliśmy najlepszą możliwą decyzję, bo podchodziliśmy pod Monastyr stosunkowo łagodnym podejściem, w zasadzie bez innych turystów, z pięknymi panoramicznymi widokami, i osłonieni przed wschodzącym słońcem. Monastyr to największy, wysoki na 48 metrów, nigdy nieukończony grobowiec z I w. Spod Monastyru w dół doliny prowadziło znacznie mniej przyjemnie zejście, było całkiem sporo turystów i mnóstwo kramów z pamiątkami, zakłócających klimat tego miejsca.

Panorama Petry z Wyżyny Ofiarnej

W dolinie znajduje się Wielka świątynia, a droga wystawiona na palące promienie słońca wiedzie obok Nimfeum do Amfiteatru i grobowców (odbicie na lewo) do Skarbca. Bardzo żałuję, że nie wykonaliśmy pierwotnego planu i nie porzuciliśmy zakurzonej i zatłoczonej głównej drogi kolumnowej na rzecz Wyżyny Ofiarnej, z której widoki były naprawdę spektakularne. Napotkani lokalsi sugerowali nam, że podejście jest trudne i wymagające, a skończyliśmy wspinając się do Miejsca Ofiar i schodząc z powrotem do głównej drogi tą samą drogą.



Pustynia Wadi Rum

Krajobraz Wadi Rum

W sobotę zerwaliśmy się bladym świtem, by dojechać do Wadi Rum Village, wioski w parku narodowym pustyni Wadi Rum. Cały obszar, a więc 74000ha, został wpisany na listę UNESCO jako obszar mieszany, łączący zachwycającą przyrodę ze starymi śladami bytności człowieka (rysunki czy ryty naskalne). Tam musieliśmy chwilę poczekać na naszego jeepa, i zaczęła się nasza niespełna dwudniowa przygoda na pustyni. Tak się złożyło, że jeepa i przewodnika mieliśmy tylko dla siebie. Rozpoczęliśmy od źródła Lawrence’a z Arabii (wspinaczka), potem było podejście na wydmę, potem podziwianie skalnego kanionu z wyrytymi na skałach prehistorycznymi rysunkami. Widzieliśmy co najmniej 3 skalne mosty, przy czym wspinaliśmy się na dwa, ciekawe formacje skalne (Grzybek i Kurczak), spacerowaliśmy po wydmach, a w końcu doświadczyliśmy zachodu słońca przy błyskawicznie rozpalonym ognisku i herbacie. Noc na pustyni również nie rozczarowała, choć w naszym beduińskim namiocie było dość chłodno. Natomiast podziwianie gwiazd o 3 nad ranem, niezakłóconych żadnym sztucznym światłem, było przeżyciem metafizycznym.

Wschód słońca na Wadi Rum

W niedzielę znów pobudka bladym świtem, by nagrać wschód słońca, a potem przez 3 godziny wracać na wielbłądach do naszej bazy wypadowej. Przyznam, że spokojna, powolna jazda na dromaderach, mimo swoich niewygód (kołysania, cierpnących nóg i desek z prowizorycznego siodła wrzynających się w tyłek) była znacznie przyjemniejsza niż objeżdżanie jednej pustynnej atrakcji po drugiej i wspinaczka w gronie innych turystów. Tu byliśmy sami, a dookoła nas pustynia, cisza i czasami pochrupujące rachityczne krzaczki wielbłądy. Po dotarciu na miejsce zjedliśmy jeszcze lunch w przydrożnej restauracji i udaliśmy się do Akaby zobaczyć Morze Czerwone. 


Akaba

Plaża w Akabie

Tu daliśmy się złapać lokalnym naganiaczom na półgodzinny rejs statkiem o przeźroczystym dnie (15JOD za 2 osoby) i ku mojemu zaskoczeniu widok rafy koralowej, zatopionych czołgów, które rafa już przejmowała we władanie, i czystej wody zrobił na mnie znacznie większe wrażenie niż zakładałam. Pułapka na turystów okazała się nie taka groźna. Nocowaliśmy dalej od centrum miasta, za portem, blisko plaży, ale pogoda już nam nie sprzyjała. Zrobiło się chłodno i wietrznie i w Morzu Czerwonym nie mieliśmy okazji się wykąpać.


Umm-Ar-Rasas

Mozaika w Umm-Ar-Rasas

W poniedziałek po śniadaniu udaliśmy się do Umm-Ar-Rasas, zobaczyć rozległe ruiny starożytnego miasta (miejsce jest jednym z siedmiu wpisanych na listę UNESCO w Jordanii). Zdjęcia w przewodniku nie zachęcały do udania się w to miejsce, ale okazało się, że są tam ruiny kościoła św. Szczepana z VIII wieku z niesamowitą, zachwycającą mozaiką. Co prawda kościół został przykryty mało estetycznym metalowym dachem, a konstrukcja, po której się chodzi mogłaby mieć umyte szyby, to mozaika sama w sobie jest naprawdę niesamowita. W centrum znajdują się pędy winorośli i pracujący dookoła nich ludzie. Dookoła biegnie ciemna bordiura przedstawiająca sceny morskie, połów ryb, łodzie. Kolejny pas zajmują przestawienia ważnych miast i ośrodków pielgrzymkowych Ziemi Świętej. Można pobawić się w odczytywanie grackich inskrypcji. Warto się przejść ruinami miasta, choć są nie tylko słabo opisane, ale także słabo zbadane. Dla mnie wyglądało to jak morze kamieni z wystającymi gdzieniegdzie łukami skalnymi.

Makaba

Widok z góry Nebo na Ziemię Obiecaną

Stamtąd ruszyliśmy do Makaby, która jest jordańskim centrum mozaiki i znajduje się tam kilka wartych odwiedzenia miejsc. Zaczęliśmy od kościoła św. Męczenników z mozaikami przykrytymi równie nieestetycznym dachem co w Umm-Ar-Rasas. Mozaika jest dość rozległa, można dostrzec wiele zwierząt (dzik, byk, antylopa, tygrys), ptaków, krzewy granatu, natomiast w środku w okrągłym medalionie znajduje się personifikacja morza w postaci Talassy z rybami. Potem pojechaliśmy do cerkwi św. Jerzego zobaczyć słynną mapę świata starożytnego. Mapa jest bardzo ciekawa, zwłaszcza jej orientacja (na wschód), ale zachowała się dość fragmentarycznie i w sumie byłam nią rozczarowana. Na podstawie tej mapy ustalano lokalizację Betanii. Kiedy wróciliśmy do samochodu znaleźliśmy za wycieraczką mandat za niewłaściwe parkowanie, co było dla nas sporym stresem, i opóźniło nas w dalszej podróży. Kiedy dotarliśmy do góry Nebo, centum było już zamknięte. Jednak wspięliśmy się na wzgórze obok i zrozumieliśmy, co ukazało się oczom Mojżesza – dolina rzeki Jordan i panorama na Morze Martwe. Pogoda się pogarszała, zrobiło się zimno, więc zameldowaliśmy się w hotelu w Madabie i wybraliśmy się wieczorem na miasto, na kolację i spokojny spacer.

Największa mozaika z Madaba Archeological Park

Wtorkowy poranek należał do zalanej deszczem Makaby, gdzie udaliśmy się do parku archeologicznego (Madaba Archeological Park) i widzieliśmy zdecydowanie najpiękniejsze mozaiki ze wszystkich z lokalną Panią przewodnik. Jest tam mozaika ze scenami mitologicznymi, która dawniej znajdowała się w bizantyńskiej rezydencji. Potem została zasypana, a kawałek dalej i wyżej powstał kościół ze swoimi mozaikami. Mozaiki z prywatnej rezydencji pochodzą z czasów największego rozkwitu tej sztuki w Madabie, a więc z czasów panowania cesarza Justyniana Wielkiego (527-565). W centrum można rozpoznać Afrodytę obok Adonisa, otoczonych amorkami i gracjami. Dookoła mamy personifikacje pór roku i sceny z polowań.

Zamek Amra

Koło 11 zebraliśmy się z miasta i pojechaliśmy zwiedzać zamki na piasku – najpierw Kasr Amra, wpisany na listę UNESCO, który służył niegdyś jako komfortowe łaźnie (w co patrząc na pustynny krajobraz dookoła trudno dziś uwierzyć). Zamek powstał pomiędzy 705 a 750 rokiem, a w środku zachowały się freski z 1 poł. VIII w., na których mamy przedstawienia ludzi i zwierząt (sceny polowania i oprawiania zwierząt czy picia alkoholu, kąpiąca się naga (!) kobieta, tańczące nimfy, muzycy grający na instrumentach – dość obsceniczne jak na muzułmańskich właścicieli). Zamek jest niewielki i zwiedza się go bardzo szybko.



Zamek Al-Azrak

Dalej jest odległy, ale wart zwiedzania Qasr Al-Azrak z czarnego bazaltu. Zamek był pierwotnie rzymskim fortem, zachowały się oryginalne kamienne drzwi. Zahaczyliśmy też o rezerwat przyrody bagien Al-Azrak, ale widząc, jak ponuro i odstraszająco, a także brudno i martwo wygląda to miejsce w styczniu, zawinęliśmy się raz dwa. Z tym rezerwatem wiąże się smutna historia – z powodu budowy wodociągów do Ammanu miejsce niemal całkowicie wyschło i trzeba tam teraz sztucznie doprowadzać wodę. Obecny rezerwat zajmuje zaledwie 10% pierwotnej powierzchni, a część endemicznych gatunków trzeba tam było wprowadzać od nowa. Wracając zajechaliśmy do Qasr Al-Charana, którego jakimś cudem nie zauważyliśmy przejeżdżając w drugą stronę (nie mam pojęcia jak to się stało). Zamek pochodzi z końca VII lub początku VIII w. i został wzniesiony na planie czworokąta wokół centralnego dziedzińca. Każdy narożnik wieńczy okrągła wieżyczka. Przeznaczenie zamku pozostaje nieznane – na zamek obronny ma za cienkie ściany, na karawanseraj się nie nadaje, bo brakuje źródła wody blisko. Ale robi wielkie wrażenie.

Tęcza nad Ammanem
Amman


Ponieważ zostało nam wciąż sporo czasu do odlotu samolotu podjęliśmy szaloną misję zobaczenia Cytadeli w Ammanie, i była to dobra decyzja. Mimo że w Ammanie lało prawie cały czas, Cytadela jest znakomitym punktem widokowym na całe miasto – widzieliśmy Amfiteatr, zaszliśmy do ruin pałacu Umajjadów, a słońce, które na chwilę przebiło się przez chmury sprawiło, ze na niebie pokazała się niesamowita tęcza. Tak pożegnał nas zimny tego dnia Amman. W drodze powrotnej na lotnisko zajechaliśmy do ostatniego, graniczącego z lotniskiem zamku, Qasr Al-Mushatta (Kasr Al-Muszatta, Zimowy Zamek), dawniej największego ze wszystkich. Nieukończona budowla datowana jest na VIII w.

Potem ruszyliśmy do naszego portu lotniczego. Pomyłka z wybraniem niewłaściwego parkingu kosztowała nas jeszcze 9JOD na do widzenia. Przygoda z Jordanią skończyła się dokładnym trzepaniem bagażu na lotnisku, i już lecieliśmy do domu.

Wyjazd z Wadi Rum

Jordania zdecydowanie zaskoczyła mnie pięknem przyrody, zróżnicowaniem terenu (tego samego dnia byliśmy na wysokości 1800 m.n.p.m. i -400m.n.p.m), skalą zabytków i parków narodowych. Przez całą podróż czuliśmy się bezpiecznie, chociaż kilkakrotnie zatrzymywała nas policja (papiery samochodu, ewentualnie „where are you from?”). W hotelach było różnie z czystością, w zdecydowanej większości były problemy z ciśnieniem wody i możliwością regulacji temperatury (albo wrzątek, albo lód), ale śniadania wszędzie były obfite i zapewniały dobry start w pełen atrakcji dzień. Żałujemy w sumie dwóch rzeczy – po pierwsze, że nie odżałowaliśmy jednak kilku stów więcej i nie spaliśmy w którymś z luksusowych hoteli przy Morzu Martwym. Jednak kąpiel w tej gęstej od soli wodzie była nie lada atrakcją, a możliwość skorzystania z prysznica po kąpieli na pewno by nam pomogła. Plus można by było spokojnie poczytać książkę, odpocząć, a nie gnać dalej. Dwa, niewykorzystany potencjał trasy widokowej w Petrze.

Czy Jordania jest drogim krajem?

I tak i nie. Jeszcze przed przyjazdem wydaliśmy ponad 2k – Jordan Pass (wiza + wstępny do prawie 40 zabytków, w tym Petry) kosztowały 75JOD od osoby (1JOD – ca. 6PLN, a więc 450PLN), wynajem samochodu (Nissan Micra w automacie) – 540PLN plus dodatkowe ubezpieczenie 240PLN, ubezpieczenie podróżne 240PLN za dwie osoby w zwiększonym wariancie, plus rezerwacja na wycieczkę po pustyni – 50USD. Czy tych kosztów dało się uniknąć? Nie bardzo. Sam wstęp do Petry, w której planowaliśmy spędzić dwa dni, to 55JOD. Pozostałe wstępy wg. naszych obliczeń wynosiły jeszcze 25JOD, a koszt wizy (40JOD) był już zawarty w Jordan Pass. Co prawda kosztów wizy można uniknąć udając się w przeciągu 48 godzin do wskazanego biura wizowego w Akabie, ale nam opłacało się już na samych wstępach.

Sok ze świeżych granatów

W samej Jordanii było przystępnie cenowo – za posiłki nie zapłaciliśmy więcej niż 9JOD od łeba (i to tylko raz, poszliśmy do drogiej knajpy spróbować lokalnego jedzenia), zazwyczaj płaciliśmy po 5JOD,  zdarzało się i zjeść za 2JOD za dwie osoby. Paliwo na wszystkich stacjach kosztowało 0.90JOD za litr benzyny 90-oktanowej (tak tak, taka tam jeszcze istnieje, u nas już tylko 95). Za najdroższy hotel ze śniadaniem zapłaciliśmy 215PLN za dwie osoby, za najtańszy odpowiednio 100PLN mniej. Nie szaleliśmy za bardzo z pamiątkami ze względu na bagaż podręczny w sezonie zimowym, więc po prostu nie mieliśmy miejsca. Jordania oferuje piękne szale, smakowite przyprawy i kosmetyki z błotem i solą z Morza Martwego.


Wskazówki praktyczne

Drogi w Jordanii pozostawiają sporo do życzenia – są pełne dziur, i to dość głębokich, drogi na pustyni były mocno spękane i nierówne, plus wszędzie, również na autostradach, są progi zwalniające. Dlatego odradzamy podróżowanie w nocy – hopki są słabo oznaczone i często jadąc w większą prędkością w ciągu dnia zdarzało nam się na nie nadziać. A można zgubić podwozie! Na drogach często są kamyczki, etc., więc warto wykupić dodatkowe ubezpieczenie.

Dla osób korzystających z karty Revolut - nie ma problemu z wybieraniem gotówki z bankomatów Jordan Kuwait Bank, ale tych bankomatów nie ma na lotnisku ani w centrum kraju. Są tylko w Ammanie, Madabie i Akabie, poza tym – pustynia. Jednorazowa opłata za wybranie gotówki z ATMu waha się od 4-6.5JOD. Warto więc zaopatrzyć się w gotówkę przy którymś z dużych miast, zwłaszcza że hotele często nie przyjmują płatności kartą. Nawet jeśli na stronie piszą, że jak najbardziej da się tak zapłacić.

Mimo że byliśmy w styczniu pogoda nam dopisała – oprócz ostatniego pochmurnego wieczoru i całego ostatniego deszczowego dnia w Ammanie mieliśmy piękną pogodą. Wydaje mi się jednak, że mieliśmy trochę fuksa, a pogoda w chłodniejszych zimowych miesiącach częściej przypomina tę z ostatniego dnia.

Podejście do Monastyru

Absolutny must have w Jordanii to wysokie buty trekkingowe. Mimo, że wzięłam sobie miejskie półbuty, cały wyjazd chodziłam w moich traperach. Jeśli chce się porządnie zwiedzić Petrę i Małą Petrę, a także zobaczyć wszystkie zabytki pustyni, gdzie jest zaskakująco dużo wspinaczki na różne formacje skalne i strome kamienie, takie buty to zdroworozsądkowa konieczność. My latamy tylko z niewielkim bagażem podręcznym, więc ograniczamy liczbę przedmiotów do minimum. Oczywiście, należy pamiętać że Jordania jest krajem muzułmańskim, więc lepiej ubierać się skromnie i nie eksponować – zwłaszcza w przypadku kobiet – za dużo. Zimą akurat nie było z tym zbyt wiele problemu. Na plażach nad Morzem Czerwonym kobiety siedziały w tradycyjnych, zakrywających wszystko strojach, i tak też się kąpały, więc widok półnagiego bardzo bladego ciała może budzić niezdrową sensację.

Tyle. Polecamy Jordanię, bo przy dobrej pogodzie zimą można naładować trochę swoje baterie słoneczne i zwiedzać jedne z najsłynniejszych zabytków na świecie w nie tak strasznym tłumie (i przy zdecydowanie lepszej i tańszej ofercie hotelowej). Od wiosny noclegi i dodatkowe atrakcje trzeba rezerwować ze sporym wyprzedzeniem.

Zatem – udanej podróży!

 

 

 

sobota, 21 stycznia 2023

Jørn Lier Horst, Felicia zaginęła (Felicia Forsvant)

Niedaleko pada jabłko od jabłoni

Dwa oddalone od siebie o 25 lat zaginięcia, obydwa dotyczące kobiet. Zwłoki zamknięte w metalowej szafce, odkryte przypadkiem przy remoncie drogi. Do przedawnienia tego morderstwa brakuje zaledwie kilku dni, gdy zgłoszone zostaje zaginięcie Andrei Amalie Lund, studentki pedagogiki. W tle – dwie historie miłosne i dwie zagmatwane historie rodzinne. Początek zapowiadał się ciekawie.

Wciągnięcie czytelnika w rozwiązywanie zagadki

Obawiam się, że moje recenzje twórczości Jørna Liera Horsta nie są obiektywne. Uwielbiam jego kryminały i wszystkie ich składowe części – mozolne prowadzone śledztwo, rzetelnie pokazany obraz pracy w terenie i za biurkiem, zawężający się krąg podejrzanych. Podoba mi się, jak pisarz sygnalizuje, że komisarzowi Wistingowi coś w danych zeznaniach nie pasowało, ale jeszcze nie jest w stanie wskazać palcem, co dokładnie. W ten sposób daje swoim czytelnikom szanse na samodzielne rozwiązanie zagadki albo rozwinięcie własnych podejrzeń.

Krok do przodu i dwa do tyłu

Druga powieść w cyklu trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Komisarz łączy porozsypywane wątki, a jednocześnie w tle toczy się jego zwykłe życie – walka z nadwagą i próba zwiększenia aktywności fizycznej (jak noworocznie😊), podróż jego córki Line po Europie, decyzja żony o podjęciu pracy marzeń związana z wyjazdem na zagraniczny kontrakt. Z jednej strony ciężkie i wymagające śledztwo, z drugiej – nieubłaganie upływające życie. To czyni komisarza ludzkim i wiarygodnym, sympatycznym bohaterem. Ja cenię twórczość norweskiego pisarza również za uchylanie rąbka tajemnicy śledczej i wypracowane podczas kariery w policji wnioski. W jednym miejscu Wisting mówi: „Lata pracy nauczyły go, że najważniejsze pytanie w sprawie o zabójstwo brzmiało dlaczego” (s. 28) – i tak czytelnik również poszukuje motywu. Równie często postępy w śledztwie zatrzymują się, a pracę trzeba zaczynać niemal od nowa.

Drugi tom sagi zaostrza apetyt na kolejne śledztwa komisarza Wistinga

Drugi tom serii o Williame Wistingu bardzo mi się podobał, zwłaszcza próba przedstawienia zaginionych kobiet, ich motywacji i pogmatwanych losów. Do zarzucenia może mało prawdopodobny wątek rodzinny, oraz samotna wycieczka komisarza do osoby, którą podejrzewał o morderstwo, w dodatku z rozładowanym telefonem. Czy tak by się zachował doświadczony śledczy? Natomiast to niedomaganie fabuły zapewnia emocjonujące zakończenie. Dla mnie jak zwykle sztos.

 

Moja ocena: 7/10.


Jørn Lier Horst, Felicia zaginęła
Wydawnictwo Smak słowa, Sopot 2017
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Liczba stron: 352
ISBN: 978-83-240-6043-6

*****************************************************************************

Like mother, like daughter

Two disappearances 25 years apart, both involving women. A corpse locked in a metal cabinet, discovered by chance during a road repair. The statute of limitations for this murder is only a few days away when Andrea Amalie Lund, a pedagogy student, is reported missing. In the background – two love stories and two confusing family fates. The beginning was very interesting.

Engaging the reader in solving the mystery

I'm afraid that my reviews of Jørn Lier Horst's works are not objective. I love his detective stories and all their component parts - a painstaking investigation, a thoroughly presented picture of work in the field and behind the desk, a narrowing circle of suspects. I like how the writer signals that there is something wrong in what Commissioner Wisting has heard in the testimony, but he can't quite put his finger on what exactly. In this way, he gives his readers a chance to solve the mystery on their own or to develop their own suspicions.

One step forward and two back

The second book in the series keeps you hooked from the first page to the last. The Commissioner connects scattered threads, and at the same time his ordinary life goes on in the background - the fight with weight and an attempt to increase physical activity (like New Year's resolutions 😊), his daughter Line's journey around Europe, his wife's decision to take a dream job on a foreign contract. On the one hand, a difficult and demanding investigation, on the other - the inexorably passing life. This makes the commissioner human and a believable, likable character. I also appreciate the work of the Norwegian writer for lifting the veil of investigative secrecy and conclusions developed during his career in the police. At one point, Wisting says, "Years of work had taught him that the most important question in a homicide case was why" (p. 28) - and so the reader is also looking for a motive. Equally often, the progress of the investigation stops, and the work has to be started almost from scratch.

The second volume of the saga whet the appetite for more investigations by Commissioner Wisting

I really enjoyed the second volume of the William Wisting series, especially the attempt to present missing women, their motivations and tangled fates. The improbable family plot can be a weak spot, and the commissioner's lonely trip to the person he suspected of murder, in addition with a dead phone. Would an experienced investigator behave like this? However, this shortcoming of the plot provides an emotional ending. For me, as usual, excellent reading.

My rating: 7/10.

 

Author: Jørn Lier Horst
Title: Disappearance of Felicia
Publishing House: Smak słowa, Sopot 2017
Translation: Milena Skoczko
Number of pages: 352
ISBN: 978-83-240-6043-6

Knut Hamsun, Głód (Sult)

Kawałek historii literatury norweskiej

Zaczęłam czytać tę książkę jeszcze podczas studiów, ale bohater tak mnie mierził, że ją odłożyłam po kilkunastu stronach. W ostatnich moich lekturach – zarówno u Jørna Liera Horsta, jak i u Aksela Sandemose, nazwisko Hamsuna pojawiło się kilkukrotnie, więc chcąc nie chcąc sięgnęłam po Głód. Wrażenia? Chyba studencka decyzja była jednak słuszna.

Dumny i irytujący narrator

Bohaterem (i narratorem) niedługiej powieści Głód jest cierpiący biedę młodzieniec, którego imienia nie poznajemy. Ten zabieg wydaje się celowy i nadaje postaci uniwersalizmu. Mężczyzna jest pisarzem i co jakiś czas jego teksty ukazują się w lokalnej prasie, jednak nie ma stałego źródła dochodów. Podejmuje kilka prób znalezienia pracy, ale brakuje mu w tym temacie wytrwałości. Sporadycznie otrzymywane wynagrodzenie nie jest w stanie zapewnić mu godnego bytu, podobnie jak sprzedawanie resztek swojego dobytku. Mimo prób zachowania pozorów, dbałości o ubranie, mężczyzna zaczyna źle wyglądać, a głód czyni spustoszenie w jego ciele. Jest przeraźliwie chudy, włosy wychodzą mu garściami, policzki puchną mu od braku pożywienia. Wkrótce jest w takim stanie, że posiłek powoduje wymioty.

Przyznam, że nie mogłam znaleźć w sobie cienia sympatii dla bohatera. Niesiony swoją wyobraźnią i dumą, nie potrafi pracować regularnie, pisze trudne, wydumane teksty filozoficzne czy średniowieczne sztuki, które trudno będzie sprzedać. Jednocześnie nie ma pracy i chyba nie chce jej znaleźć. Przez życie niesie go duma i chęć zachowania pozorów, ale również brak konsekwencji i oszczędności. Ilekroć dostaje jakieś większy pieniądz, niemal natychmiast go wydaje albo rozdaje, nie planując na przyszłość. Kiedy spędza noc w przytułku dla bezdomnych, duma nie pozwala mu pobrać darmowego śniadania. Nawet kiedy stopę miażdży mu wóz, niszcząc przy okazji jeden z trzewików bohatera, pisarz nie dochodzi swoich praw. Trudno też uwierzyć w jego zaangażowanie w poszukiwaniu pracy, gdy na podaniach robi karygodne błędy, a gdy wydaje się, że czeka go głodowa śmierć, od ręki dostaje pracę na statku.

Ważne pozycje w historii literatury czasem brzydko się starzeją

Kiedy powieść wyszła w 1890 roku, była swoistą sensacją. Postrzegano ją jako zapowiedź XX-wieku i skupienia na psychologicznym przedstawieniu postaci. Krytycy wskazują na podobieństwo głównego bohatera do Raskolnikowa, i choć formalnie mamy pewne podobieństwa (przemyślenia bohaterów), to skala zbrodni jest zupełnie inna. Największym występkiem młodzieńca z powieści Hamsuna jest przywłaszczenie sobie nieprzysługującej mu reszty przy zakupie świeczki, do którego się zresztą później przyznaje. Ton Głodu i Zbrodni i kary jest jednak zbieżny – Christiania, w której toczy się akcja (obecnie Oslo), jest miejscem ponurym i zimnym, a bohater trzyma się raczej biedniejszych zaułków.

Męka dla czytelnika

Obawiam się, że książka Hamsuna nie zestarzała się najlepiej. Język jest nieco archaiczny (tłumaczył Franciszek Mirandola, I polskie wydanie wyszło w 1923 roku), a późniejsze czasy dostarczyły nam znacznie gorszych obrazów. Przedstawienie głodu jest poruszające w swojej autentyczności, ale mam wrażenie, że wielokrotnie bohater mógł tego głodu uniknąć, a społeczeństwo wprowadziło wiele rozwiązań dla osób w podobnej sytuacji. Są zaułki dla bezdomnych, zamożniejsi mieszczanie wydają jedzenie pukającym do ich drzwi. Rozrzutność bohatera, kiedy ma parę groszy i wie, że tłusty i obfity posiłek mu zaszkodzi, jest dla mnie nie do przyjęcia. Cieszę się, że udało mi się w końcu powieść przeczytać, bo z perspektywy historii literatury jest istotna, ale pozostaję wdzięczna autorowi, że męki bohatera trwały niecałe 180 stron. Powieść zaliczona, ale z pewnością do niej nie wrócę.

 

Moja ocena: 5/10.


Knut Hamsun, Głód
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1966
Tłumaczenie: Franciszek Mirandola
Liczba stron: 184
ISBN: brak

****************************************************************************

A piece of Norwegian history of literature

I started reading this book while on studies, but the hero disgusted me so much that I put it down after a dozen or so pages. In my recent readings - both in Jørn Lier Horst and Aksel Sandemose, the name of Hamsun appeared several times, so I reluctantly reached for Hunger. Impressions? Perhaps the student's decision was the right one.

A proud and annoying narrator

The protagonist (and narrator) of the short novel Hunger is a young man suffering from poverty, whose name we do not know. This procedure seems deliberate and gives the character a touch of universalism. The man is a writer and from time to time his texts appear in the local press, but he has no steady source of income. He makes several attempts to find a job, but he lacks perseverance in this subject. The sporadic remuneration he receives does not provide him with a dignified existence, as well as selling the remains of his possessions. Despite his attempts to keep up appearances and the care for his clothes, the man begins to look bad, and hunger wreaks havoc in his body. He is terribly thin, his hair is falling out in clumps, his cheeks are swollen from the lack of food. Soon he is in such a state that any meal causes him to vomit.

I admit that I couldn't find any sympathy for the main character. Driven by his imagination and pride, he is unable to work regularly, he writes difficult, contrived philosophical texts or medieval plays that will be difficult to sell. At the same time, he has no job and doesn't seem to want to find one. He is carried through life by pride and the desire to maintain appearances, but also by the lack of consistency and thriftiness. Whenever he gets any more money, he spends or gives it away almost immediately, without planning for the future. When he spends the night in a homeless shelter, pride prevents him from taking a free breakfast. Even when his foot is crushed by a cart, destroying one of his shoes, he doesn’t assert his rights. It is also hard to believe in his commitment to looking for a job when he makes culpable mistakes on applications, and when it seems that he will starve to death, he immediately gets a job on a ship.

Important items in the history of literature sometimes age badly

When the novel came out in 1890, it was a sensation. It was seen as heralding the 20th century and its focus on the psychological portrayal of characters. Critics point to the similarity of the main character to Raskolnikov, and although formally we have some similarities (the characters' thoughts, shadiness of neighbourhood), the scale of the crime is completely different. The greatest offense of the young man in Hamsun's novel is the appropriation of the undue change on the purchase of a candle, to which he later admits. The tone of Hunger and Crime and Punishment, however, coincides - Christiania, where the action takes place (now Oslo), is a gloomy and cold place, and the protagonist sticks to rather poorer alleys.

An agony for the reader

I'm afraid Hamsun's book hasn't aged well. The language is somewhat archaic (book translated by Franciszek Mirandola before 1923), and later times have provided us with much worse images. The depiction of famine is moving in its authenticity, but I have the impression that the hero could have avoided it easily, and society has introduced many solutions for people in a similar situation. There are shelters for the homeless, wealthier townspeople give out food to those knocking on their doors. The extravagance of the hero, when he has a few pennies and knows that a fatty and hearty meal will harm him, is unacceptable to me. I am glad that I finally managed to read the novel, because from the perspective of the history of literature it is important, but I remain grateful to the author that the hero's torment lasted less than 180 pages. Finished, but I won't be returning to it.

My rating: 5/10.


Author: Knut Hamsun
Title: Hunger
Publishing House: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warsaw 1966
Translation: Franciszek Mirandola
Number of pages: 184
ISBN: n/a

Joanna Bator, Wyspa Łza od nowa

Podróżycie

Jak wielu polskich czytelników lubię prozę Joanny Bator, i jak wielu, zaczynałam od Piaskowej Góry i Chmurdalii. Tym razem, nieco przypadkowo, bo na pchlim targu, wpadła mi w ręce Wyspa Łza od nowa (a ja oczywiście nie wiedziałam, że przed nią była Wyspa Łza), i równie przypadkowo sięgnęłam po nią w tym tygodniu. Niecałe 200 stron mieści cały kunszt Bator, choć najlepsze są nie fragmenty o Sri Lance, a o Wałbrzychu, zwłaszcza Apendiksy dotyczące jej rodziny.

Znikające kobiety

Wyspa Łza od nowa to dziewięć rozdziałów poświęconych wspomnieniom z Cejlonu, gdzie pisarka pojechała z misją odnalezienia śladów po zaginionej przed laty Amerykance, Sandry Valentine. Jej cel jest tylko wymówką do wyjazdu, do pozostawiania w wiecznej, nomadycznej podróży, choć po raz pierwszy chyba autorka czuje też potrzebę powrotu do domu i zapuszczenia korzeni. Faktycznie, jej relacja o Sri Lance ma mniej do zaoferowania, niż wspomnienia o życiu rodzinnym w Wałbrzychu. Egzotyczna wyspa tonie w strugach deszczu i błota, chowa się za chmarami komarów i innego robactwa, mami swoistego rodzaju magią i transformacjami, ale pozostaje obca.

„[…] jesteśmy w równym stopniu tym, co pamiętamy, jak i tym, co w nas spoczywa zapomniane.”

O podróżowaniu pisze Bator równie pięknie co Olga Tokarczuk w powieści Bieguni, i w czytelniku może się zrodzić tęsknota za kolejną wędrówką. Jednak w odróżnieniu od powieści Noblistki, w Wyspie Łza od nowa najbardziej przebija tęsknota za domem, za powrotem, i te relacje mają zupełnie inny, autentyczny ton. Bator wspomina dzieciństwo spędzone z dziadkami w starej kamienicy, nieznane i odkryte późno kuzynostwo, samobójstwo wuja, postać prababki w pięknym ogrodzie. Wyspa natomiast tchnie obcością, grozą, nieprzyjaznym nieznanym.

„Wrażliwy jak odarta ze skóry śliwka”

W zasadzie trudno w tej książce mówić o fabule, jest luźno zarysowany plan podróży wraz z przewijającymi się bohaterami, którym autorka nadaje własne imiona (Pinkboy, Oset, Kumaty Kumar). Czuć jednak, że w Sri Lance kobieta tylko ślizga się po powierzchni, pozostaje na zewnątrz, tęskniąc za domem. To, co uwodzi w prozie Bator, to piękne porównania i metafory: „Wrażliwy jak odarta ze skóry śliwka” (s. 25); „Trzymałam się tych nitek jak pijana wiatru” (s. 25); „[…] wojna psuje mężczyzn jak cukier zęby” (s. 36); „Uczennice wyglądają jak halucynogenne grzybki na białych nóżkach” (s. 196). Pojawia się ton zamyślenia i melancholii w luźno snutych wspomnieniach i poszukiwaniu siebie w podróży. Na pewno nie jest to najmocniejsza powieść pisarki, wygląda jak przygotowanie do kolejnych, zakotwiczonych w dzieciństwie wspomnieniach. Jednak powieść czyta się lekko i szybko, a momentami można dać się ponieść opisom.

Moja ocena: 6/10.

 

Joanna Bator, Wyspa Łza od nowa
Wydawnictwo Znak, Kraków 2020
Liczba stron: 208
ISBN: 978-83-240-6043-6

****************************************************************************

Travelife

Like many Polish readers, I like Joanna Bator's prose, and like many, I started with Piaskowa Góra and Chmurdalia. This time, somewhat accidentally, I reached for Wyspa Łza od Nowa (The Teardrop Island Anew, not translated to English as of Jan 2023). I bought it at a flea market, unaware that there is a preceding part, Wyspa Łza (The Teardrop Island). Less than 200 pages contain the entire artistry of Bator, although the best parts are not about Sri Lanka, but about Wałbrzych, especially the appendixes about her family.

Disappearing women

The Teardrop Island Anew consists of nine chapters devoted to memories from Ceylon, where the writer went on a mission to find traces of an American that went missing years ago, Sandra Valentine. This is only an excuse to set off, to leave it on an eternal, nomadic journey, although for the first time the author also feels the need to return home and put down roots. In fact, her account of Sri Lanka has less to offer than memories of family life in Wałbrzych. The exotic island is drowning in rain and mud, hiding behind clouds of mosquitoes and other vermin, bewitching with a kind of magic and transformations, but it remains alien.

"[...] we are equally what we remember and what lies within us forgotten."

Bator writes about traveling as beautifully as Olga Tokarczuk in the novel Flights (translated by Jennifer Croft), and the reader may long for another journey. However, unlike the novel by the Nobel Prize winner, in The Teardrop Island Anew, the longing for home, for the return shines through the book, and these emotions have a completely different, authentic tone. Bator recalls her childhood spent with her grandparents in an old tenement house, her initally unknown and late discovered cousins, her uncle's suicide, and her great-grandmother in a beautiful garden. The island, on the other hand, breathes strangeness, horror, the unfriendly unknown.

"Sensitive as a skinned plum"

In fact, it is difficult to talk about the plot in this book, there is a loosely outlined itinerary with a galery of random characters, whom the author gives her own names (Pinkboy, Thistle, Knowing Kumar). You can feel, however, that in Sri Lanka the woman only glides over the surface, stays outside, homesick. What seduces the reader in Bator's prose are beautiful comparisons and metaphors: "Sensitive as a skinned plum" (p. 25); “I held on to these threads like a drunken wind” (p. 25); "[...] war corrodes men like sugar teeth" (p. 36); “The schoolgirls look like hallucinogenic mushrooms on white legs” (p. 196). There is a tone of thoughtfulness and melancholy in loosely spun memories and searching for oneself on a journey. It is certainly not the author's strongest novel, it looks like a preparation for the next memories anchored in childhood. However, the novel is a light and quick read, and at times you can get carried away with the descriptions.

My rating: 6/10.

 

Author: Joanna Bator
Title: Wyspa Łza od nowa (The Teardrop Island Anew)
Publishing House: Znak, Krakow 2020
Number of pages: 208
ISBN: 978-83-240-6043-6

niedziela, 8 stycznia 2023

Jørn Lier Horst, Kluczowy świadek (Nøkkelvitnent)

Nie ma przypadków

Uwielbiam twórczość Jørna Liera Horsta, to dla mnie emocjonujący czytelniczy odpoczynek, przyjemna, wciągająca, błyskawiczna lektura. Kluczowy świadek, debiutancka powieść autora, wciągnął mnie od pierwszej strony i został przeczytany w mniej niż 24 godziny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy znalazłam w nim odwołanie do prawa Jante, o którym dopiero skończyłam czytać w powieści Aksela Sandemose Uciekinier przecina swój ślad. Ale po kolei.

Jedyna książka Horsta bezpośrednio oparta na prawdziwym śledztwie

W małej turystycznej miejscowości Stavern zamordowany zostaje prawie 70-letni mężczyzna Preben Pramm. Wypchana skrzynka pocztowa zaniepokoiła sąsiadów, zwłaszcza, że starszy pan nie prosił nikogo o opiekę nad swoim kotem ani nie mówił, że będzie wyjeżdżał. Tak właśnie sąsiad, zerkając przez okno, dokonuje makabrycznego odkrycia – na kanapie leżą nagie, noszące ślady tortur zwłoki, i leżą tam już od tygodnia. Rozpoczyna się więc żmudne śledztwo, które mistrzowsko opisuje Horst. Tą sprawą żyła Norwegia upalnym latem 1995 roku, choć w przeciwieństwie do wypadków w książce, w rzeczywistości nie udało się odnaleźć sprawcy. Horst pokazuje, że policyjne dochodzenie to prawdziwa dłubanina, gdzie często wpada się w ślepe zaułki, sprawdza setki wątków i telefonicznych zgłoszeń od potencjalnych świadków, tonie w biurokratycznej dokumentacji, czy wreszcie apeluje do lokalnej społeczności o obywatelską interwencję i zgłoszenia.

Ofiara zbrodni

Bardzo ciekawie pisze Horst o ofierze. Preben Pramm mógłby się wydawać nieszkodliwym, spokojnym, samotnym staruszkiem, którego interesuje obserwowanie i fotografowanie ptaków (w którym jest zresztą nagradzanym specjalistą) oraz tango. Jednak wnikliwe przeszukanie domu ukazuje również nieco bardziej mroczne oblicze ornitologa – bogatą kolekcję pornografii, odpłatną relację z lokalną narkomanką, szemrane próby dorobienia się na lekach przeciwbólowych, aż po podglądactwo. Kolejne przesłuchania, rozmowy z sąsiadami, znajomymi, kolegami z klubu tanga wnoszą nowe elementy. Jednocześnie pokazana jest ogromna wrażliwość śledczych i ich umiejętność wychwycenia kłamstwa, łączenia faktów, polegania na własnej intuicji. Koledzy i koleżanki po fachu mają swoje cechy charakterystyczne i będzie nam dane poznać ich lepiej w kolejnych tomach o komisarzu Wistingu, na razie mężu i ojcu bliźniąt, zaangażowanym w swoją pracę i męczonym wyrzutami sumienia, że nie ma wystarczająco dużo czasu dla rodziny.

Sugestywne opisy

Znakiem rozpoznawczym Horsta w późniejszych tomach jest dla mnie mocne rozpoczęcie, które nie pozwala czytelnikowi odłożyć raz wziętej do ręki książki. Tutaj takie uderzenie się nie pojawia, jest za to inny poruszający element – Horst przoduje w opisach zwłok. Zarówno opis rozkładającego się trupa Pramma z niebieską głową, jak i późniejszy opis zwłok zamkniętych przez kilka dni w samochodzie w upale i sugestywnie oddane zapachy mogą poruszyć najtwardsze żołądki. Dawny śledczy ma spore doświadczenie w tym temacie.

Warto przeczytać!

Dla mnie Kluczowy świadek jest bardzo dobrym debiutem, choć wstęp autora pokazuje jego świadomość pewnych niedociągnięć. Nie dziwię się jednak, że w 2017 roku powieść miała 25 wznowień w Norwegii. Czytelnicy podzielają sympatię Autora do jego głównego bohatera, i też „lubią tego faceta”, który jest zwyczajnym, spokojnym człowiekiem z poukładanym życiem rodzinnym i pasją do swojej pracy. Wyróżnia go niesamowita pracowitość, która przyniosła mu awans, oraz umiejętność łączenia faktów, nawet tych pozornie niepowiązanych. Jednocześnie komisarz popełnia błędy i często jego rozmówcy podsuwają mu inne możliwości czy teorie, na które sam Wisting w ogóle nie zwrócił uwagi. Normalny człowiek, i to w dodatku z wrażliwym żołądkiem.

Nawiązanie do prawa Jante pojawia się przy opisie pracy Torunn Borg, koleżanki po fachu Wistinga. Torunn nie szuka poklasku dla swojej pracy, nie potrzebuje świadków dla postępów w śledztwie, nie ściąga swoich kolegów w dół. Jednak fakt, że w pierwszej książce, po którą sięgnęłam po zmęczeniu długiej i wymagającej powieści Aksela Sandemose, pojawia się bezpośrednie nawiązanie, nie może być przypadkiem. To będzie piękny czytelniczy rok!

Moja ocena: 7/10.



Jørn Lier Horst, Kluczowy świadek
Wydawnictwo: Smak słowa, Sopot 2017
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Liczba stron: 336
ISBN: 978-83-64846-98-4

*****************************************************************************

Coincidence? I don’t think so

I love the work of Jørn Lier Horst, it's an exciting reading rest for me, pleasant, addictive and quick. Key Witness, the author's debut novel, hooked me from page one and was read in less than 24 hours. Imagine my surprise when I found a reference to the Law of Jante, about which I had just finished reading in Aksel Sandemose's novel A Fugitive Crosses His Tracks. But first things first.

Horst's only book directly based on a true investigation

In the small tourist town of Stavern, an almost 70-year-old man, Preben Pramm, is murdered. The stuffed mailbox worried the neighbors, especially since the old man had not asked anyone to look after his cat or said he was going away. That's how a neighbor, peeking out the window, makes a gruesome discovery - there is a naked, tortured corpse on the sofa, which has been lying there for a week. So begins a painstaking investigation, masterfully described by Horst. The case was investigated in Norway in the hot summer of 1995, although unlike the events in the book, the culprit was never found. Horst shows that the police investigation is a real fiddling, where you often fall into dead ends, check hundreds of threads and telephone reports from potential witnesses, drown in bureaucratic documentation, and finally appeal to the local community for civic intervention and support.

The crime victim

Horst writes very interestingly about the victim. Preben Pramm might seem like a harmless, calm, lonely old man who is interested in bird watching and photography (in which he is an award-winning specialist) and tango. However, a thorough search of the house also reveals a slightly darker face of the ornithologist - a rich collection of pornography, a paid relationship with a local drug addict, shady attempts to make money on painkillers, and even voyeurism. Subsequent auditions, conversations with neighbors, friends, colleagues from the tango club bring new elements. At the same time, the great sensitivity of the investigators and their ability to detect lies, combine facts and rely on their own intuition are shown. Colleagues from the police have their own characteristics and we will be able to get to know them better in the following volumes about Commissioner Wisting, for now a husband and father of twins, dedicated to his work and tormented by remorse that he does not have enough time for the family.

Suggestive descriptions

Horst's hallmark in later volumes is for me a strong beginning that does not allow the reader to put the book down once picked up. There is no such impact here, but there is another moving element - Horst excels at describing corpses. Both the description of Pramm's decomposing body with a blue head and the later description of the corpse locked in a car for several days in the heat and suggestively conveyed smells can move the hardest stomachs. The former investigator has a lot of experience on this subject.

Worth reading!

For me, Key Witness is a very good debut, although the author's introduction shows his awareness of some shortcomings. I am not surprised, however, that in 2017 the novel had 25 reissues in Norway. Readers share the author's sympathy for his main character, and also "like this guy", who is an ordinary, calm man with an orderly family life and passion for his work. He is distinguished by incredible diligence, which brought him a promotion, and the ability to connect facts, even those seemingly unrelated. At the same time, the commissioner makes mistakes and often his interlocutors suggest other possibilities or theories to which Wisting himself did not pay any attention. A normal person, and with a sensitive stomach at that.

A reference to Jante's law appears when describing the work of Torunn Borg, Wisting's colleague. Torunn doesn't seek applause for her work, doesn't need witnesses to progress in her investigation, doesn't drag her colleagues down. However, the fact that there is a direct reference in the first book I picked up after getting through the Aksel Sandemose's long and demanding novel cannot be a coincidence. It's going to be a great reading year!

My rating: 7/10.

 

Author: Jørn Lier Horst
Title: Key Witness
Publishing House: Smak słowa, Sopot 2017
Translation: Milena Skoczko
Number of pages: 336
ISBN: 978-83-64846-98-4

sobota, 7 stycznia 2023

Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad (En flyktning krysser sitt spor)

Myślisz, że nic o tobie nie wiem?

Rok 2023 zaczął się czytelniczo bardzo wymagająco. Od kilku miesięcy stała u mnie na półce powieść Uciekinier przecina swój ślad norweskiego pisarza duńskiego pochodzenia, Aksela Sandemose. Sięgnęłam więc po dość spore tomiszcze, i zaczęłam przeżywać zaskoczenie za zaskoczeniem. Chociaż książka wyszła w 2019 roku w wydawnictwie Czarne, powstała w latach 30-stych XX wieku, a w oryginale została opublikowana w 1933 roku. Sam pisarz urodził się w 1899 roku, a zmarł w 1965 roku. Spodziewałam się klasycznego kryminału, również po drugim akapicie książki, który głosi: „Zabiłem kiedyś człowieka. Nazywał się John Wakefield, a ja uśmierciłem go pewnej nocy siedemnaście lat temu w Misery Harbor” (s. 5). Jednak powieść nie ma nic wspólnego z kryminałem, a jest raczej zbeletryzowaną rozprawą filozoficzną o opresyjnym wpływie społeczeństwa na jednostkę i tzw. prawie Jante.

Terror prawa Jante (Janteloven)

Jante to fikcyjne miasteczko w Danii, w którym wychowywał się główny bohater powieści, Espen Arnakke. W rozległej powieści narrator opisuje różne opresyjne techniki, które mieszkańcy tej małej społeczności stosują, by zgnębić jednostkę i jej dążenie do wyrażenia swojego indywidualizmu. Pełne „dziesięć przykazań Jante” brzmi:

1. Nie sądź, że jesteś kimś.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
6. Nie sądź, że jesteś kimś więcej niż my.
7. Nie sądź, że się do czegoś nadajesz.
8. Nie wolno ci się z nas śmiać.
9. Nie sądź, że komuś na tobie zależy.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć. (s. 85)

Dekalog uzupełnia jedenaste przykazanie, które brzmi: „Nie sądź, że jest coś, czego o tobie nie wiemy.” W małej społeczności każdy wie o każdym wszystko, i może używać tej wiedzy przeciwko innym osobom w społeczności.

Prawo Jante jest jednym z najbardziej pesymistycznych zestawów zasad, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie zakłada istnienia dobra w człowieku, jedynie mrok i chęć utrzymania się na powierzchni za wszelką cenę:

Usiłowałem umożliwić ci wejrzenie w janteizm. Ten, kto żyje pod prawem Jante, jest w swej istocie mordercą, zamordował wszystkich, rodziców, braci, siostry i wielu innych, ponieważ krwawi nienawiścią. To, że w moim przypadku zdarzyło się to w rzeczywistości, nie czyni żadnej istotnej różnicy, doprowadziło jedynie do zrozumienia mnie samego i wszystkich innych. (s. 257)

Morderca stawia się na równi z innymi, gdyż on wykonał to, o czym inni w sekrecie marzą. Kara dla winowajcy jest jednocześnie połączona z ulgą, że innym grzesznikom się upiekło:

Bo kiedy człowiek upada, inni się radują, był on bowiem jedyną świnią na świecie, a wreszcie nadszedł dzień uboju. (s. 153)

Narrator puszcza z dymem wszelkie teorie o dobru w człowieku, o moralności, dychotomicznej walce dobra ze złem:

Moralność nie ma żadnego związku z Bogiem, ma natomiast związek ze strachem i duchową obstrukcją. (s. 189)

Takich obserwacji czy stwierdzeń jest w powieści Sandemose znacznie więcej i naprawdę ciężko się z częścią z nich zgodzić.

Przemiana

Jednak w połowie książki zaczynają przeważać inne tony – zrozumienia dla swojej zbrodni i poczucia winy. Niczym Raskolnikow Espen Arnakke zaczyna zauważać, że nie jest nadczłowiekiem, „który ma decydować o życiu i śmierci innych, a ja sobie takiej roli nie życzę” (s. 281). Przemiana zachodzi powoli, lecz pod koniec narrator mówi:

Właśnie dlatego zabójstwo jest najbardziej haniebne ze wszystkich uczynków. Życie powinniśmy umieć darować nawet naszym wrogom. W zabójstwie i w pragnieniu zabójstwa obnażamy jedynie własną słabość. (s. 457)

Trudna treść w trudnej formie

Dawno nie czytałam tak pesymistycznej w swym wydźwięku, a jednocześnie tak trudnej w swej formie książki. Na powieść składa się kilkadziesiąt krótkich rozdziałów, od połowy strony po kilka stron, niepoukładanych chronologicznie, poruszających najróżniejsze wątki. Narrator opowiada zarówno o swoim wczesnym dzieciństwie, sytuacji rodzinnej, niemal niewolniczej pracy ojca w fabryce, problemach z akceptacją przez grupę, dojrzewaniu (które było jedną wielką traumą), stosunkach z kobietami. Samo morderstwo nie zostało jasno przedstawione, wiadomo jedynie, że John Wakefield znęcał się nad słabszym od siebie fizycznie chłopakiem, każąc mu marznąć na dwudziestostopniowym mrozie czy podrywając kobietę, która mu się podobała (i zdobywając ją). Zabijając Wakefielda Arnakke zemścił się na opresyjnym systemie społecznym, ale nie daje mu spokoju, czy to było właściwe zachowanie.

Uciekinier przecina swój ślad to bardzo trudna książka. Powiedziałabym, że stanowi połączenie Zbrodni i kary Dostojewskiego, surowości stylu Starego Testamentu, ma w sobie coś z tonu Alberta Camusa, w swym ekshibicjonizmie nawiązuje do niej Karl Ove Knausgård. Z punktu widzenia historii literatury to niewątpliwie ważna pozycja, która zachwyca świeżością stylu (który być może da się wyjaśnić współczesnym tłumaczeniem Iwony Zimnickiej z 2019 roku) i totalnością przedstawionej wizji. Dla mnie lektura była trudna i sądzę, że bardzo dużo z tej książki nie zrozumiałam.

Moja ocena: 6/10.

 

Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Liczba stron: 764
ISBN: 978-83-8049-888-4

*************************************************************************

You think I don't know anything about you?

The year 2023 started with a very demanding reading. For several months, the novel A Fugitive Crosses His Tracks by the Norwegian writer of Danish descent, Aksel Sandemose, has been on my shelf. So I reached for the quite large volume, and began to experience surprise after surprise. Although the book was published in 2019 by the Czarne Publishing House, it was written in the 1930s and was originally published in 1933. The writer himself was born in 1899 and died in 1965. I was expecting a classic detective story, also after the second paragraph of the book, which reads: "Once I killed a man. His name was John Wakefield and I murdered him one night seventeen years ago in Misery Harbor” (p. 5). However, the novel has nothing to do with a detective story, and is rather a fictionalized philosophical treatise on the oppressive influence of society on the individual and the so-called Law of Jante.

The terror of the Law of Jante (Janteloven)

Jante is a fictional town in Denmark where the main character of the novel, Espen Arnakke, grew up. In the vast novel, the narrator describes the various oppressive techniques that the inhabitants of this small community use to subdue the individual and his quest to express his individualism. The full "Ten Commandments of Jante" reads:

1. You're not to think you are anything special.
2. You're not to think you are as good as we are.
3. You're not to think you are smarter than we are.
4. You're not to imagine yourself better than we are.
5. You're not to think you know more than we do.
6. You're not to think you are more important than we are.
7. You're not to think you are good at anything.
8. You're not to laugh at us.
9. You're not to think anyone cares about you.
10. You're not to think you can teach us anything. (p.85)

The Decalogue completes the eleventh commandment, which says: "Think not that there is anything we do not know about you." In a small community, everyone knows everything about everyone, and can use that knowledge against others in the community.

The Law of Jante is one of the most pessimistic sets of rules I've ever seen. It does not assume the existence of good in man, only darkness and the desire to stay afloat at all costs:

I have tried to give you an insight into Jantheism. The one who lives under the law of Jante is a murderer in essence, he has murdered everyone, parents, brothers, sisters and many others, because he bleeds hatred. That it actually happened in my case doesn't make any real difference, it just led to an understanding of myself and everyone else. (p. 257)

The murderer puts himself on an equal footing with others because he has done what others secretly dream of doing. Punishment for the culprit is simultaneously coupled with relief that other sinners got away:

For when a man falls, others rejoice, for he was the only pig in the world, and the day of slaughter has come at last. (p. 153)

The narrator sets fire to all theories about the good in man, about morality, the dichotomous struggle between good and evil:

Morality has nothing to do with God, but it has to do with fear and spiritual obstruction. (p. 189)

There are many more such observations or statements in Sandemose's novel and it is really hard to agree with some of them.

Transformation

However, in the middle of the book, other tones start to prevail - understanding for one's crime and guilt. Like Raskolnikov, Espen Arnakke begins to notice that he is not a superhuman "who is supposed to decide about the life and death of others, and I do not want such a role" (p. 281). The transformation takes place slowly, but towards the end the narrator says:

That is why murder is the most heinous of all deeds. We should be able to spare life even to our enemies. In murder and in the desire to kill, we only expose our own weakness. (p. 457)

Difficult content in a difficult form

It's been a long time since I read a book so pessimistic in its overtones, and at the same time so difficult in its form. The novel consists of several dozen short chapters, from half a page to several pages, not arranged chronologically, touching on various topics. The narrator talks about his early childhood, his family situation, his father's almost slave work in the factory, problems with acceptance by the group, adolescence (which was one big trauma), and relations with women. The murder itself is not clearly presented, it is only known that John Wakefield abused a physically weaker boy, making him freeze in the 20-degree frost or picking up a woman he liked (and winning her favours). By killing Wakefield, Arnakke took revenge on an oppressive social system, but the act leaves him wondering if it was the right thing to do.

A Fugitive Crosses His Tracks is a very difficult book. I would say that it is a combination of Dostoyevsky's Crime and Punishment, the severity of the Old Testament style, it has something of the tone of Albert Camus, perhaps Karl Ove Knausgård refers to it in its exhibitionism. From the point of view of the history of literature, it is undoubtedly an important position that delights with the freshness of the style (which may be explained by the contemporary translation of Iwona Zimnicka from 2019) and the totality of the presented vision. It was difficult for me to read and I think there are vast passages I didn’t understand in this book.

My rating: 6/10.

 

Author: Aksel Sandemose
Title: A Fugitive Crosses His Tracks
Publishing House: wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019
Translation: Iwona Zimnicka
Number of pages: 764
ISBN: 978-83-8049-888-4