Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2026

Armenia 28.02-2.03

Geghard
28.02, sobota

Trafiły nam się tanie bilety do Armenii z Berlina linią Wizzair. Połączenie teoretycznie przyjemne, bo 19:30 w piątek wylot z Pragi, ale dolot do Armenii koło godziny 2:30, bo różnica czasu wynosi +3 godziny. Do hotelu dotarliśmy sporo po 4 rano, bo odprawa paszportowa, wyjęcie gotówki z bankomatu i wynajęcie auta trwały stosunkowo długo.

Rano udało mi się ruszyć krótko po 9, miałam przed sobą dobre 40 minut spaceru do centrum z naszego oddalonego hotelu. Erywań mnie nie zachwycił, ale coraz to lepsze widoki wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Miasto jest tak brzydkie, że aż trudno w to uwierzyć i co krok zaskakuje jakieś nowe obrzydlistwo. Bez zieleni ukrywającej wszelkie miejskie mankamenty i z późnozimową szarością, która bezlitośnie odsłania wszelkie niedoskonałości, stolica Armenii robi fatalne wrażenie. 

Katedra św. Grzegorza, Erywań
Szłam z dzielnicy Sari Tagh przez City Market i katedrę Grzegorza Oświeciela na Targowisko Vernissage. Market jak to market, choć pięknie wystawione warzywa i zwłaszcza suszone owoce przyciągały oko. Katedra robiła wrażenie dość surowej. Została postawiona w 2001 roku na 1700-lecie chrześcijaństwa w Armenii, może pomieścić 1700 wiernych, a sam obiekt ma ponad 3500 metrów kwadratowych. W środku jest chłodny i oszczędny.

Targowisko Vernissage to długie stoiska w kilku rzędach, głównie ze starociami, biżuterią i pamiątkami, wszystko oczywiście droższe, niż być powinno, ale klimacik ma. Można znaleźć sporo pięknie wykonanego rękodzieła i kupić unikatowe pamiątki.




Garni




Dalej ruszamy do Garni, gdzie w dość spektakularnej scenerii znajduje się bazaltowa świątynia z I w. n. e. poświęcona Bogu Słońca Mitrze. Z miejsca, gdzie znajduje się obiekt w kompleksie zabudowań późniejszej twierdzy Garni rozpościera się rozległy widok na wąwóz nad rzeką Azat. Mieliśmy szczęście, bo mimo śniegu słońce przygrzewało, a roztapiające się czapy śniegu spadały nam i lokalnym kotom na głowy. Oprócz świątyni w tym miejscu znajdują się również ruiny łaźni i pałacu z III w., ślady po okrągłym kościele z VII wieku oraz fragmenty pałacu Katholikosa z IX w. Co ciekawe, świątynia została zniszczona w 1679 roku przez trzęsienie ziemi, ale zrekonstruowano ją w latach 1969-75. Budowla wspiera się na 24 kolumnach z jońskimi kapitalikami i attycką podstawą. Wstęp kosztuje 1500 AD, parking tuż przy samym wejściu 200ADN.

Geghard
Kolejny na naszej liście jest monastyr Geghard, wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO w 2000 roku. Chociaż główny budynek pochodzi z 1215 roku, to w tym miejscu pierwsze założenia klasztorne pojawiły się już w IV w. za sprawą Grzegorza Oświeciciela. W środku znajduje się święte źródło, powód dla którego założenie klasztorne powstało właśnie w tym miejscu. Nazwa miejsca oznacza klasztor włóczni, od relikwii, która została tam przywieziona. Jednym z najbardziej imponujących miejsc jest gavit – prostokątna lub kwadratowa sala, której dach opierał się na kolumnach, która pełniła funkcję wejścia, miejsca pochówku dostojników i miejsca spotkań przed nabożeństwem. Obecnie stoja w nim ławy dla wiernych, a przy ścianach znajdują się wotywne świeczniki na świece. Cały kompleks jest malowniczo położony i otoczony murem. Za murami znajduje się kilka kościołów, częściowo wykutych w skale. Wstęp jest bezpłatny, a parking kosztuje 200AMD. Ze wszystkich klasztorów, które widziałam w Armenii, ten podobał mi się najbardziej. Ma wspaniale zdobiony, mroczny środek i szereg połączonych ze sobą ciemnych pomieszczeń. Zachwycają wyryte na ścianach krzyże i czaczkary – ormiańskie kamienne stele lub płyty wotywne, bogato zdobione.  

Norawank
Po krótkiej przerwie obiadowej w bardzo zimnym lokalu przy drodze niedaleko klasztoru, gdzie można było zobaczyć jak powstaje lawasz, czyli cienki, sporych rozmiarów podpłomyk, ruszyliśmy do ostatniego punktu na naszej trasie, a mianowicie klasztoru Norawank. Kompleks położony jest na zboczach kanionu Gnishik, a datowany już na IX wiek. Pierwszy z kościołów, z imponującym, bogato zdobionym tympanonem, to Kościół Matki Boskiej, ukończony w 1339 roku. Bogate rzeźbienie nad wejściem na pierwszym poziomie przedstawia Matkę Boską siedzącą na tronie z malutkim Jezusem na rękach i dwoma archaniołami po obu jej stronach – Gabrielem i Michałem. Przy drugim poziomie rzeźba przedstawia popiersie Jezusa z apostołami Piotrem i Pawłem. Druga budowla w kompleksie to kościół św. Jana Chrzciciela z IX lub X wieku, więc nieco straszy. Z najstarszego kościoła pozostała ruina po trzęsieniu ziemi z 1840 roku. Przylegający do niego kościół pod tym samym wezwaniem powstawał w latach 1221-27, a przyłączony do niego kościół świętego Grzegorza w 1275 roku, gdzie pochowanych jest wielu członków rodu Orbelianów, która rozbudowywała kompleks, w tym grób Elikuma, syna księcia Tarsaicha Orbeliana z 1300 roku (na płycie nagrobnej wyrzeźbiona figura lwa spoczywającego na łapie). Z przodu kompleksu znajduje się znany nam już z klasztoru Geghard gavit, nad którego drzwiami znajdują się niezwykłe rzeźby – dwa tympanony przedzielone oknem. Na górnym przedstawiony jest Bóg, który trzyma prawicę nad sceną ukrzyżowania, a lewej ręce trzyma głowę, przypuszczalnie Jana Chrzciciela. Po prawej stronie patrzącego znajduje się również gołąb, symbol Ducha Świętego. Dolna rzeźba przedstawia Matkę Boską z prorokiem Izajaszem i Janem Chrzcicielem. Trafiliśmy na miejscu na przesympatycznego przewodnika, który za drobną opłatą z wielkim zaangażowaniem pokazał nam wszystkie ważne detale kompleksu, a na koniec zapraszał do siebie do domu (jeśli dobrze zrozumieliśmy). 

1.03, niedziela

Niedzielę ogłosiliśmy dniem zabytków listy UNESCO - w Armenii są wpisane na nią trzy pozycje - widziany przez nas wcześniej Monastyr Geghard wraz z Doliną Górnego Azatu, zespół archeologiczny w Zvartnoc oraz katedra i kościoły w Eczmiadzynie, i wreszcie zespoły klasztorne Hachpat i Sanahin w regionie Tumanian.

Ruiny katedry w Zwartnoc
Zaczęliśmy więc od Zwartnoc, gdzie znajdują się ruiny trzypoziomowej katedry św. Grzegorza, której budowę rozpoczęto w 643 roku, a zakończono w 652. W X w. świątynię zniszczyło trzęsienie ziemi, a pył przysypał ruiny i z czasem pamięć o budowli zatarła się. Prace archeologiczne zaczęły się dopiero na początku XX wieku i były prowadzone do lat 90-tych. Rekonstrukcja wskazuję, że budowla miała trzy piętra, około 49 metrów wysokości i 37.5 metra średnicy (zbudowana była na planie okręgu). Do świątyni prowadziło 5 wejść, a kolejne piętra były coraz węższe. Świątynia ma pięknie zdobione kolumny, a wyższe piętra były rzeźbione w liście winorośli i krzewy granatu. Duże wrażenie robią zwieńczenie kolumn w kształcie orłów. Katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO w 2000 roku z otaczającym ją obszarem 14 hektarów. 

Eczmiadzyn







Następnie ruszyliśmy do Eczmiadzyna, gdzie stoi wspaniała bazaltowa katedra. Pierwsza budowla powstała w IV wieku i została znacząco przebudowana wiek później. W XVII wieku przeprowadzono szeroko zakrojone prace renowacyjne. Nie udało nam się wejść do środka, bo trwało właśnie nabożeństwo, ale zewnętrze i cały teren dookoła katedry wyglądały imponująco. 

Sanahin
Potem pojechaliśmy zwiedzać kościoły w Sanahinie i Hachpacie. Pierwszy jest malowniczo położony w ciekawej skądinąd miejscowości Sanahin, niedaleko której znajduje się nieczynna kopalnia miedzi, a pracownicy mogli dojeżdżać do pracy kolejką linową, której wagonik wciąż wiszą nad miastem. Urbex jak nic. Klasztor powstał około X w. za czasów panowania ormiańskiej dynastii Bagradytów, był ważnym ośrodkiem kulturalnym i naukowym. W centrum kompleksu znajduje się kościół Matki Bożej z lat 928-944, bazylika kopułowa na planie krzyża. Największą świątynią jest kościół Odkupiciela z 966 roku. Na wschodniej fasadzie znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca królów Lorri Gurgena I i Symbata, synów fundatorki kościoła, królowej Chosrowanusz, żony króla Aszota III z rodu Bagradytów.  To pierwsza w historii płaskorzeźba, ma ogromne znaczenie dla sztuki ormiańskiej. W 1811 roku do świątyni dodano gavit i jest to najwcześniejszy znany przykład takiej konstrukcji, wzorowanej zresztą na ormiańskich domach chłopskich, gdzie 4 słupy podtrzymywały dach, który miał otwór na środku, przez który mógł uciekać dym. W kompleksie znajduje się również seminarium Akademii z końca X wieku i biblioteka z 1063 roku, dzwonnica z lat 1211-1235 zwieńczona rotundą, również jeden z pierwszych takich obiektów w Armenii, wzorzec dla kolejnych podobnych konstrukcji.

Hachpat
Dosłownie 15 minut dalej leży klasztor w Hachpacie, drugi najciekawszy ze wszystkich przeze mnie zobaczonych. Chociaż jest ciut młodszy od sąsiada, jako pierwszy został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO (w 1996 roku).  Zespół klasztorny otoczony jest średniowiecznymi murami i składa się m.in. z czterech kościołów, dwóch narteksów, biblioteki, grobowca, wieży dzwonniczej oraz licznych płaskorzeźbionych płyt kamiennych zwanych chaczkarami. Podobnie jak w przypadku Sanahina, fundatorką była królowa Chosrowanusz. W latach 976-991 powstał największy kościół w kompleksie – Świętego Krzyża. Do świątyni dobudowano ogromny gavit (21 x18 metrów, ma on większą powierzchnię niż cała świątynia). Oprócz tego w kompleksie znajduje się jeszcze kościół św. Grzegorza z 1005 roku oraz kościół Matki Bożej z lat 1208-1220. W 1257 roku dodano największy obiekt w kompleksie, gavit Hamazaspa, od nazwiska przełożonego klasztoru, największy w całej Armenii, ze znakomitą akustyką. Z roku 1245 pochodzi wieża dzwonnicza.

Achpat


Zrobiliśmy jeszcze niepotrzebny wypad do kościoła w Achpacie, ale niestety był on zamknięty, a Google w ogóle nie podawało godzin otwarcia. O 18:15 kościół był już zamknięty, więc nie udało. Nam się zobaczyć zdobiących go pięknych fresków. 

Powrót do Erywania koło 23, co uważam za błąd, trzeba było zostać w okolicach Goszawanku i nocować. Klasztoru tam położonego nie udało nam się już następnego dnia zobaczyć. 

2.03, poniedzialek

Plac Republiki
Rano szybki wypad na Erywań - dojazd metrem do centrum i przyspieszony spacer - od Parku Khachkar z licznymi kamiennymi rzeźbami - kamiennymi krzyżami z różnych rejonów i okresów, ważnymi inskrypcjami w kamieniu, przez monumentalny plac Republiki, przy którym mieści się m.in. Ministerstwo Finansów i Muzeum Narodowe (w poniedziałki zamknięte), spacer koło pomnika starego sprzedawcy kwiatów (KARA-BALA) i dalej Północną Aleją ze sklepami największych i najbardziej luksusowych domów handlowych do placu Wolności i znajdującego się tam budynku Opery. Stamtąd rzut beretem na Erywańskie Esplanady, czyli monumentalne schody prowadzące do pomnika Xxx. Schody zostały wybudowane na 50-lecie istnienia Związku Radzieckiego, ale budowla nie została wtedy ukończona. W środku mieści się muzeum sztuki nowoczesnej Fundacji Rodziny Cafesijan i ruchome schody wiodące niemal na sam szczyt. Zarówno w środku budowli, jak i przed nią i na różnych jej poziomach znajdują się - bardzo dobre moim zdaniem - rzeźby. W ogóle Erywań jest miastem różnego rodzaju pomników, ale robi to w zdecydowanie lepszym stylu niż choćby Skopje, stolica Macedonii. I chociaż miasto nie rzuca na kolana, to jednak sądzę, że latem i wiosną, kiedy zazielenia się drzewa i przykryją trochę post-sowiecką rzeczywistość, stolica Armenii może mieć swój urok. 

Keczaris





Udało nam się jeszcze wyskoczyć do klasztoru Keczaris, około godzinę drogi od Erywania właśnie w stronę jeziora Sewan i dalej Goszawanku. Kompleks położony jest w zimowym kurorcie Tsaghkadzor, chociaż nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Głowny kościół, oczywiście poświęcony św. Grzegorzowi, został wzniesiony w 1003 roku, część kościoła uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1927 roku, ale została odbudowana w 1997 i 2000 roku. W XII wieku dobudowano duży gavit i niedaleko położoną katedrę (1214 r.). Jednak inne zabytki Armenii nieco przyćmiewają ten Kecharis, chociaż sami miasto robi przyjemne wrażenie.

Sevanavank
Około 30 minut dalej w stonę jeziora, na cypelku Sewan, do którego trzeba się było nieźle (i szybko) wspinać, mieści się klasztor Sevanavank. Kompleks składa się z kościoła Świętych Apostołow ufundowanego w 874 roku przez królewnę Miriam, żonę księcia Vasaka, córkę króla Ashota I. Drugi, nieco większy obiekt to kościół Matki Bożej z niewielkimi kaplicami. W jedne z nich znajduje się piękny XIII-wieczny khaczkar z wizerunkiem Boga Ojca i scenami biblijnymi. Ze względu na swoje położenie kompleks oferuje spektakularne widoki na pobliskie jezioro.

Tyle udało nam się zobaczyć w Armenii, więc całkiem sporo.

Drogi

Drogi w Armenii są w złym stanie, zaskakują dziurami, często rozpływającym się asfaltem, oraz znaczną ilością działających fotoradarów. Co prawda każdy z nich poprzedzony jest znakiem ostrzegającym, ale są one umieszczone nie tylko po prawej stronie drogi i często w miejscach z dodatkowym miejscowym ograniczeniem prędkości. Należy zwłaszcza uważać na trasie Erywań – Sewan. Paliwo jest tańsze nić w Polsce, litr benzyny kosztował ok. 4.60PLN.

Jedzenie

Jedzenie  Armenii jest smaczne i niedrogie. Warto zwłaszcza spróbować lokalnych serów, znacznie bardziej słonych od naszych i o nieco innej konsystencji. Popularnością cieszy się lawasz i różnego rodzaju mięsa z grilla. Warto też popróbować pożywnych zup, jak choćby charczo. Jest znacznie taniej niż w Polsce, herbata czy kawa kosztują ok. 2PLN, obiad bardzo różnie – 15-50PLN, w zależności od zamówienia.

 

piątek, 13 lutego 2026

Finlandia (31.12.2025-6.01.2026)

Zima w Dolinie Muminków

Ostatni, a jednocześnie pierwszy długi weekend w Polsce – biorąc zaledwie trzy dni urlopu można odpoczywać tydzień (a można i było  kosztem kolejnych dwóch dni odpoczywać znacznie dłużej, ale nie ogarnęłam się na tyle dobrze). Dlatego świadomość, że miałabym siedzieć w domu, była dla mnie nie do zniesienia. Jednocześnie, po książce Zimowanie Katherine May, miałam w sobie dużą ciekawość prawdziwej, śnieżnej, ciemnej zimy, a jednocześnie lekką fascynację kulturą saunowania. Dlatego też kiedy zobaczyłam tanie bilety do Finlandii, nie zastanawiałam się długo. Jestem zadowolona z tego wyjazdu, a kraj wydaje mi się nieodkrytą perłą Północy.

31.12.2025, środa

Podróż rozpoczynamy 3:50 rano z Wrocławia – przed nami długa droga samochodem do Gdańska, a w tle obawy o przechodzące przez Polskę śnieżyce. Na szczęście na linii Wrocław – Poznań – Bydgoszcz jedzie się naprawdę dobrze i dopiero pod samym Gdańskiem musimy trochę zwolnić ze względu na opady. Dojeżdżamy z dużym zapasem czasu i dopiero widząc, jak wyglądają warunki pogodowe i stopniowo przekonując się, że samolot wyleci, zamawiamy kolejne noclegi. Do tej pory mieliśmy tylko pierwszy nocleg w Turku. Samolot wylatuje z ponad godzinnym opóźnieniem – najpierw przymarzł luk bagażowy, potem trzeba było odladzać skrzydła. Na miejscu jesteśmy więc chwilę po 15, ale auto odbieramy bez najmniejszego problemu. Zaczynamy od marketu, zakupów na kolację i śniadanie, oraz wizyty w katedrze. Oprócz tego, że luterańska katedra, wybudowana częściowo w XIII wieku, robi spore wrażenie swoją wielkością i surowością wystroju, to dodatkowo jest w niej ciepło! Przy -14°C ma to dla mnie duże znaczenie, dlatego świątynię zwiedzam bardzo dokładnie. Udaje nam się zobaczyć grób królowej Szwecji Katarzyny Mansdotter, żony Eryka XIV. W katedrze przy ołtarzu, jak i przed wejściem głównym do świątyni, stoją piękne wielkie choinki. W mieście słychać wystrzały fajerwerków, chociaż nieszczególnie je widać. Ruszamy na nocleg, oddalony trochę od centrum, ale oferujący darmowy, bezproblemowy parking, co w Finlandii jest miłym wyjątkiem. Kiedy udaje nam się już trochę odmarznąć, wyruszamy z powrotem na miasto – pospacerować wzdłuż rzeki Aurajoki, zobaczyć Rynek i pobliskie uliczki. Muzea są już niestety pozamykane. Jednak jest tak zimno, wieje tak silny wiatr, że nie zostajemy w centrum do północy i pokonani wracamy na nocleg.

1.01.2026, czwartek

Nowy Rok wita nas pochmurnie. Dzisiaj mam w planach trasę do Helsinek, ale po drodze chcemy zobaczyć Sanatorium przeciwgruźlicze w Paimio projektu Alvara Aalto, jednego z najważniejszych fińskich architektów XX wieku. Chociaż budynek jest zamknięty na przerwę świąteczną, szybki spacer dookoła niego pozwala nam docenić obiekt. Szkoda, że nie możemy wejść do środka – Aalto wraz z zespołem projektował również detale wystroju – wygodne krzesła dla pacjentów, umywalki, które nie hałasowały podczas mycia rąk, by nie przeszkadzać współlokatorom w pokoju, przestronne balkony do zażywania kąpieli słonecznych. Cóż… Kąpiele słoneczne z pewnością nie dzisiaj. Po drodze zajeżdżamy również do sklepu-składu z wszystkim w miejscowości Ravitola, ale szybko gnamy dalej. Po drodze zjadamy obiad na stacji benzynowej, gdzie udaje mi się również kupić produkt, który uratował mi życie w zimowej Finlandii, a więc grube skarpety z wełny merynosa. To był zakup tej wycieczki, life-saver! 

Po szybkim i byle-jakim obiedzie decydujemy, że zdążymy zajechać do Nuuksio, gdze znajduje się piękny park narodowy. Udaje nam się przespacerować w ostatnich promieniach zachodzącego słońca (czyli koło 15:30), ale złota godzina już dawno za nami – słońce daje najlepsze światło koło godziny 13. Wracamy do auta i zdążamy do Helsinek, zahaczając po drodze o muzeum fińskiego artysty Aksela Gallen-Kalleli, autora mojego ulubionego obrazu Jezioro Kaitele, 1904 (https://gallen-kallela.fi/en/). Ja zwiedzam wystawę, Małżonek raczy się kawą i ciastem na terenie Muzeum. Zajeżdzamy jeszcze na teren kampusu uniwersyteckiego, również zaprojektowanego przez Aalto, i po krótkim spacerze i zakupach ruszamy na nocleg w dzielnicy Pohjois-Haga, który leży jakieś 300 metrów od stacji kolejowej. Miejsce jest ciepłe, przestronne, czyste, i znów oferuje rzadki benefit – miejsce parkingowe w garażu podziemnym. Zważywszy na ceny parkingów w centrum i ich obostrzenia (dozwolony stosunkowo krótki czas parkowania) miasto będziemy zwiedzać pieszo i komunikacją miejską. Wieczór wykorzystujemy również na sprawdzenie najkorzystniejszej opcji zwiedzania jak największej liczby muzeów – okazuje się, że warto kupić Museot – roczną kartę uprawniającą do wstępów do ponad 360 muzeów  kraju, wielokrotnie. Koszt – 86 EUR, niemało, ale karta zwróciła nam się w całości już następnego dnia.

2.01.2026, piątek

Dzień zaczynamy wcześniej niż zwykle, przed wschodem słońca (co wcale nie znaczy, że wcześnie – słońce wschodzi dopiero ok. 9:30), a dodatkowo jest pochmurno, więc dzień idealny na rajd po muzeach. Okazało się jednak, że niestety nie idealny na zwiedzanie twierdzy Suomenlinna, wpisanej na listę Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Twierdza Finlandii (bo to oznacza nazwa) jest jedną z największych fortec morskich na świecie i jest położona na kilku wysepkach. Dotrzeć tam można promem z Kauppatori, a bilet dzienny na komunikację miejską (10.60 EUR) pokrywa tę podróż. Budowę twierdzy rozpoczęli Szwedzi w 1748 roku i prowadzili prace przez blisko 40 lat. Miejsce nazywało się wtedy Sveaborg i było drugim największym ośrodkiem miejskim po Turku, większym, niż same Helsinki! W 1809 roku Szwecja utraciła tereny Finlandii na rzecz Rosjan i twierdza, przemianowana na Viapori, trafiła w rosyjskie ręce. Rosjanie w 1812 roku przenieśli stolicę z Turku do Helsinek (nic dziwnego, mieli tam bliżej). Findlandia odzyskała niepodległość 6 grudnia 1917 roku, ale twierdzę odzyskała dopiero rok później, kiedy to z wysepek wyniósł się rosyjski garnizon. Wstęp na wyspę jest bezpłatny, ale poszczególne Muzea na wyspie już nie. My zwiedziliśmy jedyne otwarte muzeum – Muzeum Suomenlinny (10 EUR) z ciekawym filmem dotyczącym historii twierdzy (pokazy zaczynają się co pół godziny – zimą od godziny 11:00 i są w języku angielskim), a wystawa pokazuje makiety fortu, jego rozwój i życie codzienne mieszkańców. Na dole jest też rozległy sklep i kawiarnia. My popłynęliśmy pierwszym promem o godzinie 9:40, obeszliśmy całą wyspę wraz z Królewską Bramą (King’s Gate), skąd latem również odpływają promy, i poszliśmy na 11 rozgrzać się do Muzeum. Prom powrotny mieliśmy 12:20, latem na pewno przyjemniej spędzić na wyspie więcej czasu, ale zimą… Wiało tak, że palce odmarzały przy robieniu zdjęć.










Z przystani promowej mieliśmy bardzo blisko do Soboru Uspieńskiego, wzniesionego w 1868 roku wg. projektu A. M. Gornostajewa. Świątynia ma 13 złoconych kopuł, symbolizujących Jezusa i 12 Apostołów, a w środku zwraca uwagę piękny ikonostas, bogate malowidła ścienne i siedem dzwonów, z których jeden jest darem od mieszkańców Moskwy. Wstęp kosztuje przykre 5 EUR i nie jest na karcie muzeów.


Wracając z Soboru widzieliśmy Pałac Prezydencki z XIX wieku w rosyjskim stylu, zamknięty dla zwiedzających, potem Targ Rybny Kauppatori ze stojącymi tam straganami oraz górującym nad placem obelisk ze złotym orłem na szczycie, zwanym Kamieniem Carowej. To najstarszy pomnik w Helsinkach, odsłonięty w 1835 roku dla uczczenia wizyty carskiej pary, Mikołaja I i Aleksandry. Kawałek dalej stoi fontanna z posągiem syreny Havis Amanda dłuta Villego Vallgrena, przeniesiona z Paryża do Hesinek w 1908 roku. Rokrocznie 1 maja studenci rozpoczynają pod nią celebrację swojego święta. Nas rozbawiły cztery figury fok patrzące na syrenkę z memicznym Wow! Dalej piękna aleja otoczona drzewami prowadzi najpierw do najstarszej kawiarni w Helsinkacch, Kappeli, a potem do pomnika Jana Ludwika Runeberga, autora słów hymnu narodowego, poety. Niewiele dalej skręcaliśmy do Muzeum Architektury i Designu, gdzie trafiliśmy na rozległą wystawę poświęconą twórczości Tove Jansson, z opisem jej życia podzielonego na zimy w Helsinkach i lata na wyspie Klovharu (https://admuseo.fi/en/exhibition/escape-to-moominvalley/). Wystawa pokazywała również świat Muminków, projekty domu Muminka, komin zamieszkiwany przez Przodka i fantastyczne streszczenia poszczególnych tomów. Dolne piętro, pokazujące najważniejsze sylwetki architektów i projektantów, było rozczarowująco skromne, choć przyniosło nam kilka inspiracji na trasie. Gdyby nie karta muzealna, wstęp byłby chyba trochę zaporowy – łączony bilet na wystawę czasową i stałą to bagatela 22 EUR.

Z jednego muzeum mieliśmy naprawdę niedaleko do następnego – Muzeum Sztuki Sinebrychoff (https://sinebrychoffintaidemuseo.fi/en/opening-hours-tickets-and-getting-here/ ), które zawiera bogatą kolekcję malarstwa europejskiego. Bilety – u nas na karcie muzeów – byłyby znów za szokujące 21 EUR. Kolekcja rozciągała się w sumie na trzech poziomach i tylko dzięki spostrzegawczości Męża dotarliśmy do wystawy prezentowanej w piwnicy, niedaleko szatni, gdzie były chyba najładniejsze obrazy. Wewnątrz można było znaleźć Rembrandta, Cranacha czy Tiepolo.


Stamtąd udaliśmy się do dość oddalonego kościoła w skale Temppeliaukio, który został zaprojektowany przez Timo i Tuomo Suomalainenów i powstawał w latach 1968-1969. Miejsce jest otoczone przez kwartał kamienic, tworząc dla nich ciekawy i rozległy dziedziniec. Świątynia faktycznie została wykuta w skale, a koliste drewniane sklepienie kościoła otoczone oknami wpuszcza do środka dużo światła. Zimą kościół jest otwarty stosunkowo krótko (12-16) i dlatego musieliśmy do niego dopasować resztę trasy. Wstęp – zawarty w karcie muzeów – to skromne 8 EUR.

Dalej potwornie rozczarowujące Kunsthalle Helsinki, 20EUR (na karcie muzealnej), z zaledwie jednym poziomem z obrazami i sztuką współczesną, do obejrzenia w 10 minut. Gdyby nie karta muzealna, byłabym jeszcze bardziej rozczarowana. Dalej Helsinki Art Muzeum (HAM), 20 EUR (na karcie, karta właśnie nam się zwróciła), gdzie mogliśmy oglądać dwie wystawy czasowe poświęcone – częściowo przynajmniej – Tove Jansson – Vapaa 90, gdzie artystka studiowała w Szkole Sztuk Pięknych Vapaa w latach 1937–1944, oraz wystawę Tove Janssen: Freski i kapelusz magika (https://www.hamhelsinki.fi/exhibitions/tove-jansson-freskot-ja-taikurinhattu/) , gdzie pokazywany był trzyczęściowy obraz „Lato, wiosna, jesień” z 1984 roku z przedszkola w Taikurinhattu w Pori. Na wystawie stałej można zobaczyć „Uroczystości w mieście” (1947) i „Uroczystości na wsi” (1947), freski namalowane dla restauracji Kaupunginkellari w helsińskim ratuszu miejskim. Wystawy czasowe już się zakończyły, więc naprawdę cieszę się, że mogłam je zobaczyć, sztukę współczesną pominę milczeniem.


Po szybkim posiłku w okolicach Dworca Głównego, projektu Eliena Saarinena z 1919 roku, który robi niesamowite wrażenie i jest naprawdę piękny, zwłaszcza w zimowej, mrocznej scenerii. Niedaleko dworca mieści się muzealna perełka Helsinek, czyli Ateneum. Muzeum zawiera fantastyczną kolekcję fińskiej sztuki od 1750 roku do lat 60-tych XX wieku oraz zbiory XIX-wiecznej sztuki europejskiej. My znów mieliśmy wielkie szczęście, bo trafiliśmy na wystawę Gallen-Kalleli, Klimta i Wiedeńczyków (https://ateneum.fi/en/exhibitions/gallen-kallela-klimt-wien/). Zabrakło nam może z pół godziny, żeby na spokojnie ponapawać się całą kolekcją, ale była ona naprawdę wyjątkowa i zachwycająca! Kilkadziesiąt obrazów Gallen-Kalleli, sporo dzieł Klimta, Oskara Kokoschki, Egona Schiele, Edwarda Muncha, Carla Molla i wielu wielu innych. Wspaniała sprawa! Wstęp 23 EUR, na karcie muzeów.

Ponieważ dalej nam było mało wystaw, na koniec zostawiliśmy sobie Kiasmę, Muzeum Sztuki Współczesnej (https://kiasma.fi/en/). Stąd zdjęć dzieł nie mam żadnych, natomiast sam budynek jest niesamowicie ciekawy i fantastycznie wchodzi w dialog z otaczającą przestrzenią miejską, otwierając się na widoki dookoła. Akurat w dniu, kiedy tam byliśmy, do Kiasmy był darmowy wstęp, stąd kręciły się tam prawdziwe tłumy, ale normalnie galeria kosztuje 23 EUR (jest na karcie muzealnej).




Na zupełny koniec zostawiliśmy Oodi – Bibliotekę Centalną w Helsinkach (https://oodihelsinki.fi/) projektu ALA architects. Wstęp tu jest za darmo, a zapoznanie się z możliwościami, jakie daje Finom biblioteka, wpędza w depresję – dostępne maszyny do druku, druku 3D, różnego rodzaju warsztaty, maszyny do szycia, możliwość rezerwacji pokoi do pracy i na spotkania, możliwość wypożyczenia instrumentów muzycznych i rezerwacji studia… W dodatku miejsce zachwyca architektonicznie, a zbiory książek przyprawiają o zawrót głowy.

Ten dzień był naprawdę wyczerpujący, choć akurat pogoda sprzyjała zwiedzaniu muzeów.



3.01.2026, sobota

Dzień zaczynamy od podjechania pod muzeum i sklep firmy Arabia, gdzie można podziwiać niewielką wystawę ceramiki oraz odwiedzić sklep fabryczny (https://www.iittala.com/en-gb/universe/destinations/arabia-museum). Tuż pod muzeum są darmowe miejsca parkingowe, ale należy pamiętać o zabraniu bileciku z maszyny parkingowej albo zgłoszeniu parkowania w aplikacji. Wielkość muzeum równa się powierzchniowo wielkości sklepu, więc naprawdę można wyjść z niemałymi zakupami. Firma Arabia odpowiada za hitową serię kolekcjonerskich kubków z Muminkami, i co roku wypuszcza nowy jubileuszowy kubek oprócz kolekcji standardowej. Kubki Arabii to jeden z najlepszych prezentów z Finlandii.









Dalej ruszyliśmy na północ w stronę Tampere, po drodze odwiedzając Muzeum Kolei w Hyvinkää (https://rautatiemuseo.fi/en/). W tym niewielkim miasteczku w latach 40-stych XX wieku wybudowano zakład naprawy pociągów, a obecnie mieści się w nim naprawdę spora wystawa parowozów i wagonów z rożnych okresów, choćby 150-letni skład carski, który nawet w obecnych czasach może wyznaczać standardy luksusu. Ciekawe, choć zimą dość chłodne miejsce.












W Hyvinkää znajduje się również bardzo ciekawy kościół, zaprojektowany przez Aarno Ruusuvuori i konsekrowany 19 stycznia 1961 roku. Jego trójkątny kształt nawiązuje do Trójcy Świętej (https://en.wikipedia.org/wiki/Hyvink%C3%A4%C3%A4_Church). Wzmiankę o kościele znaleźliśmy w Muzeum Designu i Architektury w Helsinkach  dlatego do niego przyjechaliśmy.








Dalej na naszej trasie leżał zamek Häme w Hämeenlinna nad jeziorem Vanajavesi, przypuszczalnie z połowy XIII wieku. Obecny kształ zamek uzyskał w 1520 roku. Ciekawa wystawa w środku pokazuje różne funkcje, jakie pełniła twierdza od momentu powstania – m.in. mieściło się tu kobiece więzienie w latach 1837-1972. Od 1979 roku udostępniony dla zwiedzających (https://www.kansallismuseo.fi/en/haemeenlinna/info).




Niestety za dnia nie zdążyliśmy dotrzeć do wieży obserwacyjnej w Aulanko. Nie odważyliśmy się też podjechać pod nią samochodem, chociaż po czasie myślę, że spokojnie mogliśmy to zrobić. Zaliczyliśmy za to ponad godzinny spacer do tego punktu widokowego, który z pewnością latem zapiera dech w piersiach. Zimą było tam ciemno i ponuro, a widok na jezioro Aulangonjärvi nie robił odpowiedniego wrażenia. Udało nam się po drodze zobaczyć stado saren, więc trekking uważam za udany.

Późnym wieczorem dotarliśmy na nocleg w Tampere, pierwsze mieszkanie z sauną, które udało nam się wynająć, więc wieczór upłynął nam na wygrzewaniu kości.


4.01.2026, niedziela




W niedzielę udało nam się z bezpłatnym parkingiem w Tampere – podjechaliśmy do centrum miasta pod Muzeum Muminków (https://www.muumimuseo.fi/en/visit-us/tickets-and-opening-hours/). Co za wspaniałe miejsce – przekroczyło moje oczekiwania. Spodziewałam się muzeum typowo dla dzieci, a miałam okazję zobaczyć wiele oryginalnych ilustracji Tove Jansson, zobaczyć makiety tworzone przez Autorkę wraz z jej partnerką Tuulikki Pietilą, oraz ogromny domek rodziny Muminków. Na wystawie można było odtwarzać fragmenty książek, które ilustrowały makiety, zapoznać się z interpretacją poszczególnych tomów, czy też naelektryzować Hatifnaty. Rewelacyjne miejsce nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych – spędziliśmy tam niemal dwie godziny.


Dalej podjechaliśmy do Biblioteki Miejskiej w Tampere, którą również znaleźliśmy na wystawie w Muzeum Architektury i Designu w Helsinkach (https://www.tampere.fi/kirjastot/kirjastojen-omat-sivut/paakirjasto-metso). Charakterystyczna architektura Biblioteki Głównej w Metso, ukończonej w 1986 roku, jest dziełem pary architektów Raili i Reimy Pietilä, i reprezentuje architekturę organiczną. Z góry budynek przypomina dzięcioła z instrumentem muzycznym, a nam, dolnoślązakom, może nieco projekty Witolda Lipińskiego.





Następnie pośpieszyliśmy do Pori, by zdążyć obejrzeć Mauzoleum Juseliusa (https://www.visitpori.fi/?service-card=juseliuksen-mausoleumi). To poruszające miejsce zostało wybudowane przez potentata handlu drewnem F.A. Juseliusa po śmierci jego 11-letniej córki Sigrid. Freski w kaplicy wykonał Akseli Gallen-Kallela, ale niestety z biegiem lat uległy one zniszczeniu. Obecne obrazy są dziełem syna malarza, Jormy, odwzorowanym z projektów ojca (które widzieliśmy na wystawie w Ateneum). Sklepienie pokrywają freski z ośmioma najpopularniejszymi drzewami Finlandii, na jednym z nich siedzi dzięcioł, symbol śmierci. Miejsce jest naprawdę piękne i poruszające, warto tu przyjechać.





Ostatnim punktem na mapie naszego zwiedzania była Stara Rauma, miejsce wpisane na listę Dziedzictwa UNESCO. Znajduje się tam około 900 starych, drewnianych, pięknie zachowanych i wciąż zamieszkanych domów, wiele klimatycznych knajpek i sklepików. Wieczorny spacer przyprawił nas o dreszcze, więc po około półgodzinnym spacerze uciekliśmy na nocleg, znów z sauną.


5.01.2026, poniedziałek

Okazało się, że dosłownie 300 metrów od naszego noclegu w Raumie znajduje się zagłębie kirpputori, czyli sklepów z rzeczami z drugiej ręki. Działają one jednak nieco inaczej, niż second handy w Polsce. W Finlandii zaradni Finowie mogą wycenić i oddać swoje rzeczy na sprzedaż do dużych kirpputori za opłatą za stolik/stoisko, ale nie muszą tych rzeczy pilnować. Ceny są bardzo różne, od dosłownie kilkudziesięciu centów, po grube euro za przedmioty kolekcjonerskie. Mam wrażenie, że bardzo dużo w tych sklepach rupieci, i skarby jednych są śmieciami drugich.

Korzystając ze słonecznej, choć bardzo mroźnej pogody, pojechaliśmy na ostatnie w naszym zimowym planie miejsce z listy UNESCO, czyli do Sammallahdenmäki (https://maps.app.goo.gl/jFaRkfDJc9kA7Ghm9). Znajduje się tam miejsce pochówku z epoki brązu. Na terenie parku znajduje się trzydzieści sześć kamiennych kopców na długości około 700 metrów. Chociaż miejsce było przysypane śniegiem, udało nam się zlokalizować trzy formacje skalne i odkopać przysypane śniegiem tablice informacyjne. Czuliśmy się jak archeologowie, ale kształty kopców były dobrze widoczne spod śniegu. Plus byliśmy na terenie parku całkowicie sami, co chyba jest rzadkością w sezonie.


Po drodze to Turku zajechaliśmy jeszcze do kościoła św. Henryka z 1232 r., gdzie pochowany był pierwszy hierarcha chrześcijański na ziemiach fińskich, biskup Henryk. W 1300 roku jego zwłoki przeniesiono do katedry w Turku. Kościół został wzniesiony z polnych kamieni, ma grube mury i osobną wieżę z dzwonnicą. Niestety, kiedy zajechaliśmy na miejsce, kościół był zamknięty, ale mogliśmy przejść się po otaczającym go cmentarzu (https://maps.app.goo.gl/YVFNAXjPk7VPReea9).


Nasz dzień zakończył się wyjątkowo nieprzyjemnie, bo mandatem za niewystawienie zegara parkingowego na 60 EUR pod kirrputori w Kaarina pod Turku. Ewidentnie ktoś poluje tam na podekscytowanych turystów i wlepia im mandaty przy najbliższej okazji.

6.01.2026, wtorek

Ostatni dzień w Turku zaczynamy od zwiedzenia rozległego zamku (https://turunlinna.fi/en/opening-times-and-prices/). Twierdzę wzniesiono w 1280 roku u wejścia do Aurajoki, a potem wielokrotnie rozbudowywano, co pokazuje wystawa z makietami w środku. Na zamku w Turku odbyło się wielkie wesle fińskiego księcia Jana i Katarzyny Jagiellonki, a wśród eksponatów można również znaleźć miniaturę kolumny Zygmunta. Dolne piętro pokazuje czasy średniowiecza, renesansowa nadbudówka dalszą historię zamku. Zaskoczyła nas rozbudowana wystawa z XVIII i XIX wieku znajdująca się w baszcie z boku, z kolekcją monet i bogato zdobionych mebli. Na zwiedzanie zamku potrzeba dobre dwie godziny. Bilety 18 EUR (jest na karcie muzeów).

Tuż przed odjazdem na lotnisko podjechaliśmy jeszcze do kaplicy ekumenicznej św. Henryka, zaprojektowanej w 1995 roku przez pracownię Sanaksenaho Architects (Matti Sanaksenaho). Kaplica służy kilku wyznaniom, ale jest też miejscem wystaw sztuki i koncertów. Wstęp 7.5 EUR, nie jest objęty kartą muzealną. Piękna snycerka i ciekawe szkło na końcu tej wąskiej, długiej strutury, piękne, przytulne miejsce, ale opłata za wstęp dość wygórowana (https://www.taidekappeli.fi/in-english/).

Potem bezproblemowe oddanie auta na lotnisku w Turku, drobiazgowa i bezsensowna odprawa bezpieczeństwa z trzykrotnym prześwietlaniem plecaka i pretensjami o niewyjęte krople do oczu, i pół godziny opóźnienie w odlocie samolotu, bo na jednej bramce bezpieczeństwa nie da się w ten sposób odprawić pełnego samolotu na czas. Potem spokojny powrót do domu.

Podsumowanie

Ja wróciłam zachwycona – Finlandia wydała mi się trochę nieodkrytą perłą, przyćmioną przez Norwegię i Szwecję. Latem przyroda musi być tam naprawdę zachwycająca, zimą miasta są rozświetlone setkami lampek, światełek i gwiazd z parapetów mieszkań, balkonów, drzew. Światła brakuje bardzo, ale też zachody słońca są inne, a światło towarzyszy ludziom jeszcze długo po schowaniu się gorącej kuli za horyzont.

Drogi

Drogi w większości są utrzymane w bardzo dobrym stanie, odświeżone, zresztą kolce w oponach pozwalają zachować przyczepność. Jeździliśmy bardzo przepisowo, baliśmy się śliskich dróg, ale też na każdym niemal kroku rozstawione są radary, często nieoznaczone na mapach Googla. Nie chcieliśmy ryzykować (co i tak nas nie uchroniło przed mandatem, chociaż parkingowym). W wielu miejscach trzeba pamiętać o wystawieniu zegara parkingowego z zaznaczonym rozpoczęciem czasu parkowania, w centrum miasta parkowanie potrafi być bardzo drogie (Helsinki 4EUR/1h, ograniczenie parkowania do jednej godziny). Benzyna na początku 2026 – ok. 1.8EUR/litr.

Jedzenie

Nie poszaleliśmy szczególnie spożywczo – jedliśmy głównie w sieciówkach albo kupowaliśmy gotowe posiłki do odgrzania w kuchence mikrofalowej (bardzo zresztą smaczne). Prawie wszystkie takie opcje były pozbawione glutenu i laktozy. Kawa – w kawiarniach/sklepach muzealnych 3EUR, w lokalnych żabkach – od 1 EUR. Finowie lubią kawę z ekspresów przelewowych i zazwyczaj była ona bardzo smaczna. Przy takim klimacie nie ma się co dziwić, że wypijają jej największe ilości na świecie.

Macie jakieś pytania? Potrzebujecie wskazówek? Piszcie!

 


 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 13 lutego 2023

Jordania (24-31.01.2023)

Welcome to Jordan

Warto polować na tanie loty i podróżować w nieoczywistych kierunkach. Kiedy z końcem grudnia kupowałam loty do Jordanii za 120PLN od osoby w dwie strony z Poznania, byłam jednocześnie podekscytowana (w tym rejonie świata mnie jeszcze nie było) i lekko przerażona (ten sam powód). Szczęśliwie wszystko się udało, lot był względnie sensowny (z Poznania do Ammanu 14:35, lądowanie 20:40, powrót 21:35, lądowanie 23:30).

Co udało nam się zobaczyć?

W Jordanii spędziliśmy tylko 8 dni, a w zasadzie 7, bo pierwszego dnia przylecieliśmy, odebraliśmy auto i pojechaliśmy do hotelu na obrzeżach Ammanu.

Starożytne rzymskie miasto Geraza
Geraza

W środę zaczęliśmy od zwiedzania wpisanego na listę UNESCO starożytnego rzymskiego miasta Geraza (obecnie we współczesnym mieście Jerash, Dżerasz). Ze względu na znakomity stan zachowania ruin nazywane jest Pompejami Wschodu. Faktycznie, spokojne obejście całego kompleksu to co najmniej 3 godziny, a na terenie miasta założonego w 331r.p.n.e. przez Aleksandra Macedońskiego znajdziemy wiele imponujących zabytków – odrestaurowany Łuk Hadriana, czyli łuk triumfalny ze 129 lub 130 r., za którym znajduje się hipodrom na 17 tysięcy widzów z 220 r. o wielkości 244m x 52m, owalne forum otoczone jońskimi kolumnami z II w., świątynia Zeusa czy amfiteatr południowy z I w. z widownią na 5 tysięcy osób.

Mały amfiteatr w Gerazie

Główna ulica miasta – Cardo Maximus – ma aż 800 metrów długości i zachowaną oryginalną nawierzchnię z wapiennych płyt, a wzdłuż niej wznosiły się niegdyś ważne budynki miejskie – liczne kościoły, meczet, łaźnie. Na terenie miasta znajdziemy też ruiny świątyni Artemidy z korynckimi kolumnami z II w. czy teatr północny ze 165 r. na 2 tysiące widzów. Mimo że nie pasjonuję się starożytnością, ten kompleks miejski zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie, a możliwość chodzenia po tak starym mieście i odtwarzania życia sprzed wieków była dla mnie wyjątkowa.

Zamek Ajlun

Następnie udaliśmy się do muzułmańskiego zamku Ajlun (Kalat ar-Rabad, Adżlun) z XII wieku, z którego był piękny widok na okolicę oraz całkiem nieźle zachowane mury. Zamek długo przechodził z rąk do rąk i został porzucony dopiero w 1837 roku po trzęsieniu ziemi i od tego czasu popadał w ruinę. Z perspektywy czasu – można go sobie spokojnie odpuścić, jeśli planuje się zobaczyć zamek Shobak albo zamki na pustyni. Nam zabrakło przez to czasu na zobaczenie Betanii – musielibyśmy czekać 30 minut na autobus, który podwozi do miejsca chrztu Chrystusa, a samo zwiedzanie trwa około godziny. Wybraliśmy kąpiel w Morzu Martwym i widowiskową drogę do Al-Karak ze słońcem zachodzącym nad wielkim akwenem słonej wody. W Al- Karak nocowaliśmy w zimnym hotelu ze spektakularnym widokiem na zamek krzyżowców.

Zamek Kerak
Zamek krzyżowców Kerak

W czwartek zwiedziliśmy zamek Kerak, którego budowę rozpoczęto w 1132 r. Z fortecą związana jest postać rycerza Renalda z Châtillon, który było dość barwną i okrutną postacią. W 1188 r. zamek wpadł w ręce muzułmanów i już nigdy nie został odbity przez krzyżowców. Twierdza zajmuje całe wzgórze i jest naprawdę rozległa, oferując widoki na wszystkie strony świata.

Rezerwat przyrody Dana - panorama
Dana National Reserve

Później ruszyliśmy do rezerwatu Dana, jednak napotkany po drodze mężczyzna odradził nam zjazd do doliny i w rezultacie musieliśmy się zadowolić przepiękną panoramą. Dzięki temu jednak zwiedziliśmy zamek Shobak (Asz-Szaubak, znany też pod nazwą Montreal Castle). Budowę rozpoczęto w 1115 r., a ukończona forteca stała na trasie karawan z Egiptu do Syrii i czuwała nad ich bezpieczeństwem. Ponieważ twierdza nie jest otoczona zabudową jak Kerak, robi chyba większe wrażenie, chociaż środek jest zdecydowanie mniejszy i w gorszym stanie.

Panorama Małej Petry
Mała Petra

Pod koniec dnia udało nam się dotrzeć do Małej Petry, która była znakomitą zapowiedzią tego, co będzie się działo w Petrze. Do końca widowiskowego kanionu można dotrzeć w pół godziny, a na końcu znajduje się beduiński sklepik, gdzie można nabyć różne pamiątki, napić się herbaty i… rozpocząć wspinaczkę na szczyt górujących nad wąwozem skał. To było wyzwanie! Udało nam się dotrzeć na szczyt, skąd widoki były naprawdę niesamowite, ale kosztem nadwyrężonego kolana (niestety). Udało nam się jakoś dokulać na sam dół i pojechaliśmy do miejscowości Wadi Musa, gdzie mieści się kompleks Petry.

Spokój Petry na wieczornym pokazie
Petra by Night

Wieczorem poszliśmy na wydarzenie Petra by Night – pokaz świateł i lokalnej muzyki tuż pod Skarbcem (po to też potrzebny był nam dwudniowy bilet do Petry). Chociaż baliśmy się, że będzie to całkowicie komercyjne wydarzenie, typowy tourist trap, było zaskakująco kameralnie i spokojnie. Do Skarbca, a więc najbardziej znanego grobowca Nabateczyków, idzie się jakieś 30 minut szybkim tempem. Punktualnie o 21 rozpoczął się krótki pokaz – świątynia została podświetlona, a po krótkim wstępie rozpoczął się koncert lokalnych artystów, którzy grali na flecie i na rababie (lokalnym instrumencie szarpanym). Chociaż sądzę, że wiele osób mogło się nudzić, dla mnie ten występ był autentyczny i piękny. Powiało pustynią! Z czasem stwierdziliśmy, że podniosły nastrój wieczoru podobał nam się znacznie bardziej niż zgiełk i turystyczne zamieszanie przy Skarbcu następnego dnia. Wracało się tą samą drogą, wąwozem Siq, podświetlonym kameralnym światłem świec rozstawionych w papierowych torebkach co jakieś 2 metry. Naprawdę przyjemny klimat!

Petra

Piątek od samego rana przeznaczyliśmy na zwiedzanie Petry. Wpisana na listę UNESCO i zaliczana do jednego z siedmiu cudów świata, Petra to stolica nieistniejącego już państwa Nabatejskiego, ukryta w wąwozach skalnych, a odkryta dopiero w XIX wieku przez szwajcarskiego podróżnika Johanna L. Buckhardta. Cywilizacja Nabatejczyków przeżywała największy rozkwit w okresie między II w.p.n.e. a I w.n.e., a jej dobrobyt opierał się o handel i przesyłanie dóbr karawanami, natomiast upadek wiązał z przeniesieniem handlu na drogę morską.

Monastyr

Właściciel naszego hotelu słusznie doradził nam, byśmy skorzystali z darmowego transportu miejskiego do Małej Petry, tam wynajęli jeepa i podjechali do początku trasy do Monastyru (czyli jeszcze około godzina podejścia). Petrę zwiedzaliśmy więc od końca. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wiedzieliśmy, że podjęliśmy najlepszą możliwą decyzję, bo podchodziliśmy pod Monastyr stosunkowo łagodnym podejściem, w zasadzie bez innych turystów, z pięknymi panoramicznymi widokami, i osłonieni przed wschodzącym słońcem. Monastyr to największy, wysoki na 48 metrów, nigdy nieukończony grobowiec z I w. Spod Monastyru w dół doliny prowadziło znacznie mniej przyjemnie zejście, było całkiem sporo turystów i mnóstwo kramów z pamiątkami, zakłócających klimat tego miejsca.

Panorama Petry z Wyżyny Ofiarnej

W dolinie znajduje się Wielka świątynia, a droga wystawiona na palące promienie słońca wiedzie obok Nimfeum do Amfiteatru i grobowców (odbicie na lewo) do Skarbca. Bardzo żałuję, że nie wykonaliśmy pierwotnego planu i nie porzuciliśmy zakurzonej i zatłoczonej głównej drogi kolumnowej na rzecz Wyżyny Ofiarnej, z której widoki były naprawdę spektakularne. Napotkani lokalsi sugerowali nam, że podejście jest trudne i wymagające, a skończyliśmy wspinając się do Miejsca Ofiar i schodząc z powrotem do głównej drogi tą samą drogą.



Pustynia Wadi Rum

Krajobraz Wadi Rum

W sobotę zerwaliśmy się bladym świtem, by dojechać do Wadi Rum Village, wioski w parku narodowym pustyni Wadi Rum. Cały obszar, a więc 74000ha, został wpisany na listę UNESCO jako obszar mieszany, łączący zachwycającą przyrodę ze starymi śladami bytności człowieka (rysunki czy ryty naskalne). Tam musieliśmy chwilę poczekać na naszego jeepa, i zaczęła się nasza niespełna dwudniowa przygoda na pustyni. Tak się złożyło, że jeepa i przewodnika mieliśmy tylko dla siebie. Rozpoczęliśmy od źródła Lawrence’a z Arabii (wspinaczka), potem było podejście na wydmę, potem podziwianie skalnego kanionu z wyrytymi na skałach prehistorycznymi rysunkami. Widzieliśmy co najmniej 3 skalne mosty, przy czym wspinaliśmy się na dwa, ciekawe formacje skalne (Grzybek i Kurczak), spacerowaliśmy po wydmach, a w końcu doświadczyliśmy zachodu słońca przy błyskawicznie rozpalonym ognisku i herbacie. Noc na pustyni również nie rozczarowała, choć w naszym beduińskim namiocie było dość chłodno. Natomiast podziwianie gwiazd o 3 nad ranem, niezakłóconych żadnym sztucznym światłem, było przeżyciem metafizycznym.

Wschód słońca na Wadi Rum

W niedzielę znów pobudka bladym świtem, by nagrać wschód słońca, a potem przez 3 godziny wracać na wielbłądach do naszej bazy wypadowej. Przyznam, że spokojna, powolna jazda na dromaderach, mimo swoich niewygód (kołysania, cierpnących nóg i desek z prowizorycznego siodła wrzynających się w tyłek) była znacznie przyjemniejsza niż objeżdżanie jednej pustynnej atrakcji po drugiej i wspinaczka w gronie innych turystów. Tu byliśmy sami, a dookoła nas pustynia, cisza i czasami pochrupujące rachityczne krzaczki wielbłądy. Po dotarciu na miejsce zjedliśmy jeszcze lunch w przydrożnej restauracji i udaliśmy się do Akaby zobaczyć Morze Czerwone. 


Akaba

Plaża w Akabie

Tu daliśmy się złapać lokalnym naganiaczom na półgodzinny rejs statkiem o przeźroczystym dnie (15JOD za 2 osoby) i ku mojemu zaskoczeniu widok rafy koralowej, zatopionych czołgów, które rafa już przejmowała we władanie, i czystej wody zrobił na mnie znacznie większe wrażenie niż zakładałam. Pułapka na turystów okazała się nie taka groźna. Nocowaliśmy dalej od centrum miasta, za portem, blisko plaży, ale pogoda już nam nie sprzyjała. Zrobiło się chłodno i wietrznie i w Morzu Czerwonym nie mieliśmy okazji się wykąpać.


Umm-Ar-Rasas

Mozaika w Umm-Ar-Rasas

W poniedziałek po śniadaniu udaliśmy się do Umm-Ar-Rasas, zobaczyć rozległe ruiny starożytnego miasta (miejsce jest jednym z siedmiu wpisanych na listę UNESCO w Jordanii). Zdjęcia w przewodniku nie zachęcały do udania się w to miejsce, ale okazało się, że są tam ruiny kościoła św. Szczepana z VIII wieku z niesamowitą, zachwycającą mozaiką. Co prawda kościół został przykryty mało estetycznym metalowym dachem, a konstrukcja, po której się chodzi mogłaby mieć umyte szyby, to mozaika sama w sobie jest naprawdę niesamowita. W centrum znajdują się pędy winorośli i pracujący dookoła nich ludzie. Dookoła biegnie ciemna bordiura przedstawiająca sceny morskie, połów ryb, łodzie. Kolejny pas zajmują przestawienia ważnych miast i ośrodków pielgrzymkowych Ziemi Świętej. Można pobawić się w odczytywanie grackich inskrypcji. Warto się przejść ruinami miasta, choć są nie tylko słabo opisane, ale także słabo zbadane. Dla mnie wyglądało to jak morze kamieni z wystającymi gdzieniegdzie łukami skalnymi.

Makaba

Widok z góry Nebo na Ziemię Obiecaną

Stamtąd ruszyliśmy do Makaby, która jest jordańskim centrum mozaiki i znajduje się tam kilka wartych odwiedzenia miejsc. Zaczęliśmy od kościoła św. Męczenników z mozaikami przykrytymi równie nieestetycznym dachem co w Umm-Ar-Rasas. Mozaika jest dość rozległa, można dostrzec wiele zwierząt (dzik, byk, antylopa, tygrys), ptaków, krzewy granatu, natomiast w środku w okrągłym medalionie znajduje się personifikacja morza w postaci Talassy z rybami. Potem pojechaliśmy do cerkwi św. Jerzego zobaczyć słynną mapę świata starożytnego. Mapa jest bardzo ciekawa, zwłaszcza jej orientacja (na wschód), ale zachowała się dość fragmentarycznie i w sumie byłam nią rozczarowana. Na podstawie tej mapy ustalano lokalizację Betanii. Kiedy wróciliśmy do samochodu znaleźliśmy za wycieraczką mandat za niewłaściwe parkowanie, co było dla nas sporym stresem, i opóźniło nas w dalszej podróży. Kiedy dotarliśmy do góry Nebo, centum było już zamknięte. Jednak wspięliśmy się na wzgórze obok i zrozumieliśmy, co ukazało się oczom Mojżesza – dolina rzeki Jordan i panorama na Morze Martwe. Pogoda się pogarszała, zrobiło się zimno, więc zameldowaliśmy się w hotelu w Madabie i wybraliśmy się wieczorem na miasto, na kolację i spokojny spacer.

Największa mozaika z Madaba Archeological Park

Wtorkowy poranek należał do zalanej deszczem Makaby, gdzie udaliśmy się do parku archeologicznego (Madaba Archeological Park) i widzieliśmy zdecydowanie najpiękniejsze mozaiki ze wszystkich z lokalną Panią przewodnik. Jest tam mozaika ze scenami mitologicznymi, która dawniej znajdowała się w bizantyńskiej rezydencji. Potem została zasypana, a kawałek dalej i wyżej powstał kościół ze swoimi mozaikami. Mozaiki z prywatnej rezydencji pochodzą z czasów największego rozkwitu tej sztuki w Madabie, a więc z czasów panowania cesarza Justyniana Wielkiego (527-565). W centrum można rozpoznać Afrodytę obok Adonisa, otoczonych amorkami i gracjami. Dookoła mamy personifikacje pór roku i sceny z polowań.

Zamek Amra

Koło 11 zebraliśmy się z miasta i pojechaliśmy zwiedzać zamki na piasku – najpierw Kasr Amra, wpisany na listę UNESCO, który służył niegdyś jako komfortowe łaźnie (w co patrząc na pustynny krajobraz dookoła trudno dziś uwierzyć). Zamek powstał pomiędzy 705 a 750 rokiem, a w środku zachowały się freski z 1 poł. VIII w., na których mamy przedstawienia ludzi i zwierząt (sceny polowania i oprawiania zwierząt czy picia alkoholu, kąpiąca się naga (!) kobieta, tańczące nimfy, muzycy grający na instrumentach – dość obsceniczne jak na muzułmańskich właścicieli). Zamek jest niewielki i zwiedza się go bardzo szybko.



Zamek Al-Azrak

Dalej jest odległy, ale wart zwiedzania Qasr Al-Azrak z czarnego bazaltu. Zamek był pierwotnie rzymskim fortem, zachowały się oryginalne kamienne drzwi. Zahaczyliśmy też o rezerwat przyrody bagien Al-Azrak, ale widząc, jak ponuro i odstraszająco, a także brudno i martwo wygląda to miejsce w styczniu, zawinęliśmy się raz dwa. Z tym rezerwatem wiąże się smutna historia – z powodu budowy wodociągów do Ammanu miejsce niemal całkowicie wyschło i trzeba tam teraz sztucznie doprowadzać wodę. Obecny rezerwat zajmuje zaledwie 10% pierwotnej powierzchni, a część endemicznych gatunków trzeba tam było wprowadzać od nowa. Wracając zajechaliśmy do Qasr Al-Charana, którego jakimś cudem nie zauważyliśmy przejeżdżając w drugą stronę (nie mam pojęcia jak to się stało). Zamek pochodzi z końca VII lub początku VIII w. i został wzniesiony na planie czworokąta wokół centralnego dziedzińca. Każdy narożnik wieńczy okrągła wieżyczka. Przeznaczenie zamku pozostaje nieznane – na zamek obronny ma za cienkie ściany, na karawanseraj się nie nadaje, bo brakuje źródła wody blisko. Ale robi wielkie wrażenie.

Tęcza nad Ammanem
Amman


Ponieważ zostało nam wciąż sporo czasu do odlotu samolotu podjęliśmy szaloną misję zobaczenia Cytadeli w Ammanie, i była to dobra decyzja. Mimo że w Ammanie lało prawie cały czas, Cytadela jest znakomitym punktem widokowym na całe miasto – widzieliśmy Amfiteatr, zaszliśmy do ruin pałacu Umajjadów, a słońce, które na chwilę przebiło się przez chmury sprawiło, ze na niebie pokazała się niesamowita tęcza. Tak pożegnał nas zimny tego dnia Amman. W drodze powrotnej na lotnisko zajechaliśmy do ostatniego, graniczącego z lotniskiem zamku, Qasr Al-Mushatta (Kasr Al-Muszatta, Zimowy Zamek), dawniej największego ze wszystkich. Nieukończona budowla datowana jest na VIII w.

Potem ruszyliśmy do naszego portu lotniczego. Pomyłka z wybraniem niewłaściwego parkingu kosztowała nas jeszcze 9JOD na do widzenia. Przygoda z Jordanią skończyła się dokładnym trzepaniem bagażu na lotnisku, i już lecieliśmy do domu.

Wyjazd z Wadi Rum

Jordania zdecydowanie zaskoczyła mnie pięknem przyrody, zróżnicowaniem terenu (tego samego dnia byliśmy na wysokości 1800 m.n.p.m. i -400m.n.p.m), skalą zabytków i parków narodowych. Przez całą podróż czuliśmy się bezpiecznie, chociaż kilkakrotnie zatrzymywała nas policja (papiery samochodu, ewentualnie „where are you from?”). W hotelach było różnie z czystością, w zdecydowanej większości były problemy z ciśnieniem wody i możliwością regulacji temperatury (albo wrzątek, albo lód), ale śniadania wszędzie były obfite i zapewniały dobry start w pełen atrakcji dzień. Żałujemy w sumie dwóch rzeczy – po pierwsze, że nie odżałowaliśmy jednak kilku stów więcej i nie spaliśmy w którymś z luksusowych hoteli przy Morzu Martwym. Jednak kąpiel w tej gęstej od soli wodzie była nie lada atrakcją, a możliwość skorzystania z prysznica po kąpieli na pewno by nam pomogła. Plus można by było spokojnie poczytać książkę, odpocząć, a nie gnać dalej. Dwa, niewykorzystany potencjał trasy widokowej w Petrze.

Czy Jordania jest drogim krajem?

I tak i nie. Jeszcze przed przyjazdem wydaliśmy ponad 2k – Jordan Pass (wiza + wstępny do prawie 40 zabytków, w tym Petry) kosztowały 75JOD od osoby (1JOD – ca. 6PLN, a więc 450PLN), wynajem samochodu (Nissan Micra w automacie) – 540PLN plus dodatkowe ubezpieczenie 240PLN, ubezpieczenie podróżne 240PLN za dwie osoby w zwiększonym wariancie, plus rezerwacja na wycieczkę po pustyni – 50USD. Czy tych kosztów dało się uniknąć? Nie bardzo. Sam wstęp do Petry, w której planowaliśmy spędzić dwa dni, to 55JOD. Pozostałe wstępy wg. naszych obliczeń wynosiły jeszcze 25JOD, a koszt wizy (40JOD) był już zawarty w Jordan Pass. Co prawda kosztów wizy można uniknąć udając się w przeciągu 48 godzin do wskazanego biura wizowego w Akabie, ale nam opłacało się już na samych wstępach.

Sok ze świeżych granatów

W samej Jordanii było przystępnie cenowo – za posiłki nie zapłaciliśmy więcej niż 9JOD od łeba (i to tylko raz, poszliśmy do drogiej knajpy spróbować lokalnego jedzenia), zazwyczaj płaciliśmy po 5JOD,  zdarzało się i zjeść za 2JOD za dwie osoby. Paliwo na wszystkich stacjach kosztowało 0.90JOD za litr benzyny 90-oktanowej (tak tak, taka tam jeszcze istnieje, u nas już tylko 95). Za najdroższy hotel ze śniadaniem zapłaciliśmy 215PLN za dwie osoby, za najtańszy odpowiednio 100PLN mniej. Nie szaleliśmy za bardzo z pamiątkami ze względu na bagaż podręczny w sezonie zimowym, więc po prostu nie mieliśmy miejsca. Jordania oferuje piękne szale, smakowite przyprawy i kosmetyki z błotem i solą z Morza Martwego.


Wskazówki praktyczne

Drogi w Jordanii pozostawiają sporo do życzenia – są pełne dziur, i to dość głębokich, drogi na pustyni były mocno spękane i nierówne, plus wszędzie, również na autostradach, są progi zwalniające. Dlatego odradzamy podróżowanie w nocy – hopki są słabo oznaczone i często jadąc w większą prędkością w ciągu dnia zdarzało nam się na nie nadziać. A można zgubić podwozie! Na drogach często są kamyczki, etc., więc warto wykupić dodatkowe ubezpieczenie.

Dla osób korzystających z karty Revolut - nie ma problemu z wybieraniem gotówki z bankomatów Jordan Kuwait Bank, ale tych bankomatów nie ma na lotnisku ani w centrum kraju. Są tylko w Ammanie, Madabie i Akabie, poza tym – pustynia. Jednorazowa opłata za wybranie gotówki z ATMu waha się od 4-6.5JOD. Warto więc zaopatrzyć się w gotówkę przy którymś z dużych miast, zwłaszcza że hotele często nie przyjmują płatności kartą. Nawet jeśli na stronie piszą, że jak najbardziej da się tak zapłacić.

Mimo że byliśmy w styczniu pogoda nam dopisała – oprócz ostatniego pochmurnego wieczoru i całego ostatniego deszczowego dnia w Ammanie mieliśmy piękną pogodą. Wydaje mi się jednak, że mieliśmy trochę fuksa, a pogoda w chłodniejszych zimowych miesiącach częściej przypomina tę z ostatniego dnia.

Podejście do Monastyru

Absolutny must have w Jordanii to wysokie buty trekkingowe. Mimo, że wzięłam sobie miejskie półbuty, cały wyjazd chodziłam w moich traperach. Jeśli chce się porządnie zwiedzić Petrę i Małą Petrę, a także zobaczyć wszystkie zabytki pustyni, gdzie jest zaskakująco dużo wspinaczki na różne formacje skalne i strome kamienie, takie buty to zdroworozsądkowa konieczność. My latamy tylko z niewielkim bagażem podręcznym, więc ograniczamy liczbę przedmiotów do minimum. Oczywiście, należy pamiętać że Jordania jest krajem muzułmańskim, więc lepiej ubierać się skromnie i nie eksponować – zwłaszcza w przypadku kobiet – za dużo. Zimą akurat nie było z tym zbyt wiele problemu. Na plażach nad Morzem Czerwonym kobiety siedziały w tradycyjnych, zakrywających wszystko strojach, i tak też się kąpały, więc widok półnagiego bardzo bladego ciała może budzić niezdrową sensację.

Tyle. Polecamy Jordanię, bo przy dobrej pogodzie zimą można naładować trochę swoje baterie słoneczne i zwiedzać jedne z najsłynniejszych zabytków na świecie w nie tak strasznym tłumie (i przy zdecydowanie lepszej i tańszej ofercie hotelowej). Od wiosny noclegi i dodatkowe atrakcje trzeba rezerwować ze sporym wyprzedzeniem.

Zatem – udanej podróży!