niedziela, 12 kwietnia 2026

Osamu Dazai, Kwiaty wiśni (Ōtō)

Japońskie akwarele

Zbiór szesnastu opowiadań raczej mało znanego w Polsce japońskiego pisarza Osamu Dazai wydało Wydawnictwo Czytelnik. Chociaż tomik jest stosunkowo niedługi (250 stron), stanowił dla mnie niemałe wyzwanie, mimo, że czytałam go w kraju autora. Jednak Japonia z utworów pisarza już nie istnieje, więc nawet otoczenie nie mogło mnie wspomóc w lekturze.

Trudna biografia Autora

Sądzę, że męczyłam opowiadania Autora, gdyż są one wiernym odzwierciedleniem jego biografii. Dazai kilkukrotnie usiłował popełnić samobójstwo, przeszedł zapalenie wyrostka robaczkowego i zapalenie trzewnej, po którym przez długi czas był uzależniony od morfiny, wyłudzał od swojego brata pieniądze na życie i oszukiwał rodzinę, jeśli chodzi o postępy na studiach i pracę zarobkową. Jako narrator nie wzbudza więc sympatii, a jego rozważania i podejście stawiają go na równi z bohaterem Głodu Knuta Hamsuna.

Japonia sprzed kilkudziesięciu lat

W opowiadaniach Dazaia zobaczyć można Japonię z czasów tuż po II wojnie światowej, z kłopotami z zaopatrzeniem, wojennym zniszczeniem, koniecznością budowania i rozpoczynania życia na nowo. Japonię jeszcze nie tak rozwiniętą jak ta obecna, nie tak zadeptaną, kameralną, ale burzliwie rozwijającą się i modernizowaną. Jednak czytając te opowiadania właśnie w Japonii, opisywanego kraju już nie widziałam, on już chyba nie istnieje.

Wąskie ramy osobistej historii

Opowiadania Dazaia są krótkie i zasadzone w jego doświadczeniu, co zresztą sam pisarz podsumowuje najlepiej:

Jestem pisarzem miasta. To, o czym opowiadam, zamyka się zawsze w wąskich ramach mojej osobistej historii. […] Jednak kto wie, przyszłość może pokaże, że te nasze osobiste, fragmentaryczne opisy codzienności okażą się bardziej wiarygodne niż dzieła tak zwanych „historyków”. Nie należy ich trywializować. (Roczniki cierpienia, s. 167)

Z tego też wynika fragmentaryczność, ułamkowość całej książki. To bardziej obrazki, małe akwarele, niż wielkie płótno opisujące jakąś spójną historię. Z perspektywy mojej kultury, literackiego doświadczenia, nawet trzykrotnej wizyty w kraju Autora i lekkiej fascynacji kulturą Japonii, pozostają mi obce, nudne, martwe. Nie podzielam zachwytów nad twórczością „kultowego pisarza”, nie potrafiłam wzbudzić w sobie ani sympatii, ani zrozumienia dla narratora. Nie dla mnie.

Moja ocena: 5/10.


Osamu Dazai, Owoce wiśni
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2020
Tłumaczenie: Katarzyna Sonnenberg-Musiał
Liczba stron: 252
ISBN: 978-83-07-03489-8

*******************************************************************************

Japanese Watercolors

A collection of sixteen short stories by the Japanese writer Osamu Dazai, who is relatively unknown in Poland, was published by Polish Publishing House Czytelnik. Although the volume is relatively short (250 pages), it posed quite a challenge for me, even though I read it in the author's country. However, the Japan in which the author's works were written no longer exists, so even my surroundings couldn't help me read.

A Difficult Biography of the Author

I believe I barely survived through the author's stories is because they faithfully reflect his biography. Dazai attempted suicide several times (sometimes accompanied by his lovers), suffered from appendicitis and celiac disease, after which he was addicted to morphine for a long time, extorted money from his brother for his living, and deceived his family about his academic progress and employment. As a narrator, he doesn't evoke sympathy, and his reflections and approach place him on par with the protagonist of Knut Hamsun's Hunger.

Japan of Decades Ago

Dazai's stories depict Japan just after World War II, with its supply shortages, wartime destruction, and the need to rebuild and start anew. A Japan not yet as developed as today, not as downtrodden, intimate, but rapidly developing and modernizing. However, even reading these stories in Japan, I no longer saw the country described; it seems it no longer exists.

The Narrow Frames of Personal History

Dazai's stories are short and rooted in his experience, a fact best summarized by the writer himself:

I am a writer of the marketplace. What I speak about remains within  the purview of the history of the one little individual called “me”. [...] but in later ages, when the time comes to investigate our currents of thought , it may be that these personal fragmentary descriptions of our lives that we are always writing will be more reliable than the writings of so-called historians. They are not to be something to be belittled. (An Almanac of Pain, p. 167)

This also explains the fragmented nature of the entire book. It's more like pictures, small watercolors, than a large canvas describing a coherent story. From the perspective of my culture, literary experience, even having visited the author's country three times and having a slight fascination with Japanese culture, it remains alien, boring, and lifeless to me. I don't share the admiration for the work of this "cult writer"; I couldn't gain any sympathy or understanding for the narrator. This book is simply for me.

My rating: 5/10.

Author: Osamu Dazai
Title: Cherries
Publishing House: Wydawnictwo Czytelnik, Warsaw 2020
Translation: Katarzyna Sonnenberg-Musiał
Number of pages: 252
ISBN: 978-83-07-03489-8

Maciej Siembieda, Gołoborze

Stare rany to zawsze dobry powód do nowej wojny

Powieść Macieja Siembiedy Małżonek dostał w grudniu w prezencie i nawet zaczął podczytywać. Potem odłożył gdzieś na bok, a ja jadąc w trasę odpaliłam sobie w serwisie YouTube darmowy fragment i przepadłam. Ponieważ książkę diabeł ogonem nakrył, musiałam wykupić sobie dostęp do platformy z audiobookami i przetestować, jak sprawdza się mi słuchanie tak długiego formatu (ponad 14 godzin w wykonaniu Mariusza Bonaszewskiego). Chociaż pod koniec tygodnia byłam już dość zmęczona, a historia w sumie mi się dłużyła, to książka trzymała w napięciu do samego końca.

Historia zanurzona w historii

Siembieda temat zakreślił bardzo ambitnie – historia toczy się od powstania styczniowego w 1863 roku do czasów transformacji ustrojowej i obejmuje 4 pokolenia dwóch zwaśnionych rodów – Kończaków i Cebrzynów. Akcja toczy się w okolicach Gór Świętokrzyskich, w fikcyjnej wsi Grabin (zanim doszłam do Post Scriptum Autora z uporem maniaka szukałam Grabina w okolicach Łysej Góry na Google Maps), gdzie dokonanie zemsty jest ważniejsze niż jakiekolwiek inne prawo, a wiejska gromada nie piśnie nikomu z zewnątrz ani słowa. Klimat jest mroczny niczym wnętrza oświetlanych lampą naftową wiejskich chat i duszny niczym w świniarni. Chociaż Siembieda zarzeka się, że nie lubuje się w makabrze i bebechach zbrodni, ilość kładącego się w książce trupa zdaje się temu przeczyć. Faktem jest, że co najmniej do połowy książka jest całkowicie nieodkładalna.

Realistyczne tło

Trzeba oddać Autorowi, że wydarzenia dokładnie umiejscawia w czasie i jego realiach. Mamy więc i okrutne podejście armii rosyjskiej do powstańców, i zapał po odzyskaniu państwowości, i okropieństwa drugiej wojny światowej, realia komuny, a potem rabunkowe podejście do transformacji. Zwłaszcza najnowsze czasy są przedstawione wyjątkowo realistycznie. Chociaż wiążący wszystko temat rodowej zemsty zaczął mnie z czasem nużyć, a nieudana historia miłości Stefana Cebrzyny i Jadwigi Kończakowej stanowiła punkt kulminacyjny w książce, po którym czytałam z mniejszymi wypiekami na twarzy, to jednak zwrotów akcji (zwłaszcza tego z zakończenia) mógłby Autorowi pozazdrościć niejeden scenarzysta. Zresztą książka aż się prosi o ekranizację z tuzami naszej sceny aktorskiej. Jednak, mimo wszystko – postaci najbardziej z krwi i kości były w pierwszej części – potworny zwyrodnialec Karaś, zabijający bez zmrużenia okiem, niewinna młoda Jadzia, jej ojciec Zbigniew, zwany Mścicielem, mordujący Niemców po lasach… W drugiej części historia straciła dla mnie trochę swojego impetu.

Sprawnie napisana rozrywka

Zdecydowanie nie jest to dla mnie wielka literatura, raczej sprawnie i znakomicie napisana rozrywka, która trzyma w napięciu, często buduje atmosferę grozy, czerpiąc obficie z lokalnych legend i historii. Mam jednak wrażenie, że motyw zemsty jest dość ograny, a dodatkowo – przestałam wierzyć w historię gdzieś w połowie. Może Autor za dobrze nakreślił miłość Stefana i Jadwigi, a nienawiść rodziców wydała mi się po prostu głupia. Warto po powieść sięgnąć, ale jestem odległa od pełnych zachwytu ocen.

Moja ocena: 7.5/10


Maciej Siembieda, Gołoborze
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2025
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-83677880

**********************************************************************************

Old wounds are always a good reason for a new war

My husband received Maciej Siembieda's novel as a gift in December and even started reading it. Then he put it aside, and while driving, I listened to a free excerpt on YouTube and was hooked. Since the book has disappeared, I had to purchase access to an audiobook platform and test how listening to such a long format (over 14 hours read by Mariusz Bonaszewski) worked for me. Although I was quite tired by the end of the week, and the story seemed to drag on, the book kept me hooked until the very end.

History Immersed in History

Siembieda's approach is very ambitious – the story unfolds from the January Uprising of 1863 to the period of the political transformation, spanning four generations of two feuding families – the Kończaks and the Cebrzyns. The action takes place near the Świętokrzyskie Mountains, in the fictional village of Grabin (before I reached the Author's Post Scriptum, I stubbornly searched for Grabin near Łysa Góra on Google Maps), where revenge is more important than any other law, and the villagers won't breathe a word to anyone outside. The atmosphere is as dark as the interiors of kerosene-lamplit farmhouses and as stuffy as a pigsty. Although Siembieda swears he doesn't revel in the macabre and guts of crime, the sheer number of corpses in the book seems to contradict this. In fact, the book is utterly unputdownable until at least halfway through.

A Realistic Setting

To the author's credit, he precisely places the events in the time and its realities. Thus, we have the Russian army's cruel treatment of the partisans, the zeal after regaining independence, the horrors of World War II, the realities of communism, and then the predatory approach to transformation. The most recent period, in particular, is presented with exceptional realism. Although the overarching theme of family revenge began to tire me over time, and the failed love story between Stefan Cebrzyna and Jadwiga Kończak served as the book's climax, leaving me less than thrilled to read it after this event, the plot twists (especially the one at the end) would make many a screenwriter envious. Besides, the book is practically begging for a film adaptation starring some of our leading actors. Despite all this, the characters were the most flesh and blood in the first part – the monstrous degenerate Karaś, who kills without batting an eye, the innocent young Jadzia, her father Zbigniew, known as the Avenger, murdering Germans in the forests… In the second part, the story lost some of its momentum for me.

Well written entertainment

This is definitely not great literature for me, but rather a skilfully and brilliantly written entertainment that keeps you on your toes, often building an atmosphere of dread, drawing heavily on local legends and history. However, I feel like the revenge theme is rather cliched, and what's more, I stopped believing the story about halfway through. Perhaps the author portrayed Stefan and Jadwiga's love too well, and the parents' hatred seemed simply stupid to me. The novel is worth reading, but I'm far from giving it a 10 out of 10 review.

My rating: 7.5/10

Author: Maciej Siembieda
Title: Stone Run (not translated to English as of April 2026)
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2025
Number of pages: 528
ISBN: 978-83-83677880

  

sobota, 11 kwietnia 2026

Szczepan Twardoch, Powiedzmy, że Piontek

Metapowieść

Dokonałam smutnej konstatacji – mam na swoich półkach niemal 2100 książek. Skoro czytam 52 książki rocznie, przeczytanie tylko tego, co czeka u mnie w domu, to ponad 40 lat, więc do emerytury nie wyrobię się na pewno, a nie wiem, czy i życia wystarczy. A przecież nie czyta się tylko tego, co człowiek pracowicie zgromadził we własnym księgozbiorze, książki się pożycza, i od znajomych, i z biblioteki, więc ogrom do przeczytania może przytłaczać. W związku z czym postanowiłam, jakże późno, dać audiobookom n-tą szansę, i na razie idzie mi całkiem nieźle. Udaje mi się dorzucić książkę w tygodniu, w tle, podczas spacerów, gotowania czy sprzątania, i staram się, by była to pozycja, która już czeka w domu w długiej kolejce wstydu. Tak też przesłuchałam powieść Szczepana Twardocha Powiedzmy, że Piontek, czytaną przez Autora oraz przez Borysa Szyca. Chociaż początkowo wada wymowy Autora bardzo mnie irytowała, to szybko wciągnęłam się w historię i pierwszy bohater całkowicie mnie urzekł, śmiałam się w głos, jednak im dalej w las, tym gorzej.

Powiedzmy, że Erwin Piontek to górnik ze Śląska

Historia zaczynała się bardzo obiecująco. Emerytowany górnik Erwin Piontek wstaje rano do pracy. Ubiera się, szykuje sobie kawę, wypala porannego papierosa, schowanego w ogrodowym krasnalu i wsiada do auta tylko po to, by w lusterku zobaczyć oświetloną światłem stopu mocno zirytowaną małżonkę, która uświadamia mu, że przecież jest na emeryturze i nie musi jechać do pracy. Erwin zasmuca się. Jego życie straciło kierunek i sens, domowe obowiązki nie dają mu poczucia spełnienia, ale mężczyzna ma marzenie, które w końcu, podczas spotkania Górniczego Klubu Turystyki Żeglarskiej „Szkwał” wypowiada na głos. Chociaż Piontek całe życie był górnikiem i 25 lat spędził pod ziemią, z całego serca pragnie pływać po morzu. Chociaż wszyscy myślą, że Erwin żartuje, górnik postanawia wydać oszczędności życia na łódkę, którą wpływa na zalew Rybnicki, i krąży po nim wytrwale, pragnąc przepłynąć dystans równy opłynięciu kuli ziemskiej. 73-latek staje się lokalną sensacją, a Twardoch pięknie obśmiewa społeczność tiktokerów, influencerów i inne absurdy. Kiedy już czytelnik pięknie umościł się na kanapie i z wypiekami na twarzy obserwuje górnika spełniającego swoje morskie marzenia, nagle zostaje przeniesiony w zupełnie inny czas (początek XX wieku) i w zupełnie inne miejsce (Deutsch-Südwestafrika), gdzie poznaje innego Erwina Piontka, który wiedzie zupełnie inne życie (choć ma te same pasje i obsesje, czyli pragnienie żeglowania i bezbłędne określanie czasu). Nie jest to jednak jedyne wcielenie bohatera.

Powiedzmy, że czytelnik nadąża

Wraz z upływem fabuły Erwin Piontek dostaje coraz większą autonomię, co jest ciekawym zabiegiem. Przechodzimy od wszystkowiedzącego narratora, który referuje jego życie oraz wydarzenia przed nim i po nim, do Piontka, który całkowicie przejmuje kontrolę nad opowiadaną historią i mści się na Autorze za niepomyślny dla niego rozwój fabuły. Z kolei jego destrukcyjne zapędy mszczą się na nim i prowadzą do utraty głosu. Twardoch napisał więc metapowieść zarówno o trudach pisania, kreowania świata ze słów, ale też samoświadomości Autora i jego widoczności w tekście. Twardoch już nawet nie puszcza oczka do czytelnika, tylko patrzy mu prosto w oczy i bawi się formą. Pytanie tylko, czy oprócz niego ktoś jeszcze dobrze się bawi. Powiedzmy, że nie.

Powiedzmy, że uwierzę narratorowi

Ta powieść zakłada dużo cierpliwości i dobrej woli ze strony czytelnika. Decydując się na formę powieści czytelnik chce słuchać spójnej i wiarygodnej historii, i pierwsza część książki mnie porwała i zachwyciła, ale też wzruszyła. Starszy człowiek, pełen swoich nawyków i dziwactw, pięknie nakreślony, mówiący po śląsku, spełniający swoje marzenia z poczuciem, że nie zostało mu dużo czasu. Potem zwrot fabularny i budowanie postaci Erwina Piontka od nowa – w ogóle mnie to nie zainteresowało ani nie porwało. Przestałam wierzyć książkowej narracji. Po co słuchać o czymś, czemu nie daje się wiary? Ostatni Erwin Piontek, samodzielnie opowiadający swoją historię, nie obchodził mnie już kompletnie, choć jego przemiana w Naczelnika Państwa, którego miał początkowo udawać, jest udana i przerażająca. Kończyłam jednak książkę na siłę, rozczarowana, zdezorientowana i nie doceniająca zabiegu formalnego. Nie wiem, czy pretensji nie mogę mieć tylko do siebie – począwszy od tytułu Autor uprzedza nas, że świat przedstawiony to tylko założenie. „powiedzmy, że” przewija się przez całą książkę konsekwentnie, więc powiedzmy, że czytelnik się na to zgadza od samego początku. Ale czy świadomie?  

Klub Fanów Erwina Piontka Pierwszego

Jeszcze na polonistyce ta książka bardzo by mnie ucieszyła i założę się, że powstanie na jej temat niejedna praca magisterska. Jednak teraz, kiedy nie czytam już z profesjonalnego przymusu, a bardziej dla przyjemności, ta lektura mnie zmęczyła i zirytowała. No i Erwin raczej nie opłynął świata, a to największe rozczarowanie. Wypuścić Erwina Piontka na morze! Zresztą to byłby fantastyczny plot twist, gdyby Erwin Piontek w wydaniu górniczo-żeglarskim zaczął żyć własnym życiem, fan-pejdże powstałyby naprawdę i Erwin zacząłby żyć własnym życiem, niezależnym od Autora. A może od początku o to właśnie chodziło?

Moja ocena: 6/10.


Szczepan Twardoch, Powiedzmy, że Piontek
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-08-08438-0

*******************************************************************************

Metanovel

I've made a sad realization – I have almost 2,100 books on my shelves. Since I read 52 books a year, reading only what's waiting for me at home would take over 40 years, so I definitely won't make it to the end of my life, let alone the retirement. But you don't just read what you've painstakingly amassed in your own collection; you borrow books, both from friends and from the library, so the sheer volume of reading can be overwhelming. Therefore, I decided, ever so late, to give audiobooks an umpteenth chance, and so far, I'm doing quite well. I manage to add a book a week, in the background, while walking, cooking, or cleaning, and I try to make sure it's a book that's already waiting in the long queue of shame at home. That's how I listened to Szczepan Twardoch's novel Let's Say Piontek, read by the Author himself and actor Borys Szyc. Although the Author's speech impediment initially irritated me, I quickly became engrossed in the story, and the first character completely captivated me. I laughed out loud, but the further I went, the worse it got.

Let's Say Erwin Piontek is a miner from Silesia

The story began very promisingly. Retired miner Erwin Piontek gets up for work in the morning. He dresses, prepares coffee, smokes his morning cigarette, hidden in a garden gnome, and gets into his car, only to see his wife, illuminated by the brake light, looking very irritated in the rearview mirror. She reminds him that he's retired and doesn't have to go to work. Erwin becomes saddened. His life has lost direction and meaning, his domestic duties leave him feeling unfulfilled, but he has a dream, which he finally voices aloud during a meeting of the "Squall" Mining Tourism Sailing Club (in English the club’s name sounds even more ironic). Although Piontek has been a miner his entire life and spent 25 years underground, he wholeheartedly longs to sail the sea. Although everyone thinks Erwin is joking, the miner decides to spend his life savings on a boat, which he takes to the Rybnik Reservoir and persistently navigates, aiming to sail a distance equivalent to circumnavigating the globe. The 73-year-old becomes a local sensation, and Twardoch brilliantly pokes fun at the community of TikTokers, influencers, and other absurdities. Once the reader has comfortably settled into the couch and is watching the miner fulfil his seafaring dreams, they are suddenly transported to a completely different time (the early 20th century) and a completely different place (German South West Africa), where they meet a different Erwin Piontek, who leads a completely different life (though he shares the same passions and obsessions, namely a desire for sailing and impeccable timekeeping). However, this isn't the only incarnation of the protagonist.

Let's say the reader keeps up

As the story progresses, Erwin Piontek gains more and more autonomy, which is an interesting literary breach. We move from an omniscient 3rd person narrator who recounts his life and the events before and after, to Piontek, who completely takes control of the story and takes revenge on the Author for the unfavourable developments of the plot. In turn, his destructive tendencies backfire on him and lead to the loss of his voice. Twardoch has written a metanovel about the difficulties of writing, creating a world from words, but also the author's self-awareness and his visibility in the text. Twardoch no longer even winks at the reader; he looks them straight in the eye and plays with form. The only question is whether anyone else is having fun. Let's say not really.

Let's say I believe the narrator

This novel assumes a great deal of patience and goodwill on the reader's part. Choosing the novel format, the reader wants to hear a coherent and believable story, and the first part of the book captivated and delighted me, but also moved me. An elderly man, full of his habits and quirks, beautifully described, speaking Silesian, fulfilling his dreams with the sense that he doesn't have much time left. Then the plot twist and the re-creation of Erwin Piontek's character—it didn't interest me or captivate me at all. I stopped believing in the book's narrative. Why listen to something you can't believe? The final Erwin Piontek, who tells his own story, no longer interested me at all, although his transformation into the Chief of State he was initially supposed to fake is both successful and utterly terrifying. However, I finished the book reluctantly, disappointed, disoriented, and underestimating the formal device. I don't know if I can blame only myself – starting with the title, the author warns us that the world presented is merely an assumption. "Let's say that" recurs consistently throughout the book, so let's say the reader agrees to this from the very beginning. But was it conscious?

Erwin Piontek the First Fan Club

Back in Polish Literature Studies, this book would have delighted me greatly, and I bet more than one master's thesis will be written about it. However, now that I no longer read out of professional obligation but more for pleasure, this reading has exhausted and irritated me. And Erwin probably didn't sail around the world, which is a bigger disappointment. Let Erwin Piontek out to sea! Besides, it would be a fantastic plot twist if Erwin Piontek, in his mining and sailing edition, started a life outside of the book, fan-pages were actually created, and he had a life of his own, independent of the author. Or maybe that was the intention from the beginning? 

My rating: 6/10.


Author: Szczepan Twardoch
Title: Let's Say Piontek
Publishing House: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Number of pages: 256
ISBN: 978-83-08-08438-0

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Philip K. Dick, Blade Runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (Do Androids Dream of Electric Sheep?)

Odkrywanie klasyki na nowo

Po książce Kazuo Ishiguro Klara i słońce nie mogłam sięgnąć po nic innego jak klasykę gatunku – Blade Runnera Philipa K. Dicka. Chociaż film oglądałam kilka razy (zarówno w reżyserii Ridley’a Scotta z 1982 roku, jak i nowy z 2017 roku w reżyserii Dennisa Villeneuve), to mam wrażenie, że klasyki gatunku nie czytałam, albo czytałam bardzo dawno. Warto więc było po nią sięgnąć, bo książka inaczej rozkłada akcenty niż obie ekranizacje.

Postapokaliptyczne życie na ziemi

Powieść Dicka mam w pięknym wydaniu Wydawnictwa Rebis z ilustracjami Wojciecha Siudmaka. Książka, licząca sobie niecałe 300 stron ze wstępem, to dość szybka lektura w 22 rozdziałach. Rick Deckard, żyjący w post-apokaliptycznym San Francisco, dostaje niespodziewany przydział na odłowienie sześciu zbiegłych androidów nowej generacji Nexus-6, gdyż jego bardziej doświadczony kolega zostaje poważnie zraniony przez jednego ze zbiegów. Łowca ma przed sobą bardzo trudne zadanie – wytropienie i zlikwidowanie aż sześciu sprytnych, łudząco podobnych do człowieka robotów, które odróżnia się od ludzi testem na empatię. Androidy nie mają w sobie współczucia, potrafią je tylko udawać, i taki test jest podstawą do rozróżnienia człowieka od maszyny. Chociaż androidy, które poznajemy, chcą wieść w miarę normalne życie (jedna z uciekinierek z Marsa śpiewa np. w operze), to jednak by dostać się z powrotem na Ziemię dopuściły się zbrodni na czerwonej planecie.

Mężczyzna w kryzysie

Deckarda obserwujemy w sytuacji kryzysowej – mężczyzna marzy o prawdziwym zwierzęciu, którym mógłby się opiekować zamiast swojej elektrycznej owcy. Żywy organizm świadczy o statusie, choć produkowane po zagładzie elektryczne zwierzęta w zasadzie trudno rozróżnić od oryginałów. Na Ziemi wyginęły niemal wszystkie ptaki i większość ssaków, więc pojedyncze pozostałe egzemplarze są na wagę złota. Po wykonaniu połowy swojej misji, którą łowca niemal przypłacił życiem, mężczyzna kupuje sobie szalenie drogą, żywą, czarną kozę nubijską, która jest powodem jego dumy.

Niewidoczna granica

Niepokojącym aspektem książki Dicka jest zacieranie się granic pomiędzy robotami a człowiekiem. Coraz nowsze systemy operacyjne coraz lepiej  naśladują ludzi, a wgrywana im pamięć utrzymuje maszyny w przekonaniu, że są żywymi organizmami. Androidy mają rosnącą potrzebę niezależności i prowadzenia samodzielnego życia, niepoświęconego służbie człowiekowi. Deckhard ma spore problemy z rozróżnieniem najnowszych generacji maszyn od ludzi, a można się domyślać, że w przyszłości ten problem będzie się jeszcze pogłębiał. Jednak w codziennym życiu łatwo to zauważyć – kiedy J.R. Isidore, jedyny mieszkaniec bloku, do którego wprowadzają się zbiegowie, znajduje żywego pająka, androidy zaczynają odrywać mu nogi, znęcając się nad stworzeniem bez szczególnej refleksji. To empatia staję się czynnikiem odróżniającym człowieka od maszyny, ale – paradoskalnie – ludzie w powieści Dicka są często odrętwiali, samotni, wyizolowani, nie widzący sensu w swoim istnieniu. Muszą używać specjalnej maszyny, by łączyć się w empatii z innymi ludźmi. Roboty z kolei nawiązują między sobą relacje i budują małe społeczności, co zwiększa ich szanse przeżycia.

Nowa religia

Ostatnim aspektem książki, na który chciałabym zwrócić uwagę, jest łącząca ludzi religia – Merceryzm. Ludzie mogą się połączyć przez specjalny aparat ze swoim cierpiącym guru, Wilburem Mercerem, i dzielić emocjami, wysyłając potrzebującym dumę i radość, a zabierając ich smutek i cierpienie. Wartością nadrzędną jest więc współodczuwanie, wspólnota, której jednak na co dzień w książce nie widać. Co ciekawe, Deckhard ma kilka razy wizje Mercera, który ostrzega go przed niebezpieczeństwem, ale pozwala również dostrzec ropuchę na pustyni. Chociaż w oglądanej przez wszystkich stacji telewizyjnej następuje próba obalenia merceryzmu jako fikcji, łowca jest przekonany o jej wadze i autentyczności.

Absolutna klasyka

Zawsze z dużą ciekawością sięgam do ważnych pozycji w kulturze – po pierwsze, żeby zobaczyć, czy je faktycznie znam i na ile różnią się one od swoich późniejszych interpretacji. Powieść przesuwa ciężar w stronę zagłady ekologicznej, wymierania gatunków i poczucia odpowiedzialności za tę katastrofę. Podkreślony jest cynizm wielkich korporacji, które produkują roboty wpierające ludzi podczas życia na innych planetach, ich próby podważenia metodologii rozróżniania robotów i ludzi, ich ostentacyjne bogactwo. Android Rachel Rosen, przy której testowaniu Deckhard niemal poległ, jest cynicznie zaprojektowany na uwodzenie łowców i uniemożliwianie im dalszej pracy. Misja robota jest jednak tylko połowicznie udana i pozostaje pytanie, kto kogo wykorzystał.

Chociaż książka została opublikowana w 1968 roku, pozostaje dalej boleśnie aktualna. Napisana w estetyce noir i przypominająca nieco kryminały Raymonda Chandlera (detektyw ścigający bezwzględnych przestępców) w ogóle się nie zestarzała, choć niektóre skoki myślowe Dicka i szybkie zmiany tematu czy optyki wymagają od czytelnika czujności. Dla mnie pozycja absolutnie obowiązkowa i być może coraz bardziej aktualna.

Moja ocena: 8/10.


Philip K. Dick, Blade Runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Ilustracje: Wojciech Siudmak
Wydawnictwo Rebis, Poznań 2018
Tłumaczenie: Sławomir Kedzierski
Liczba stron: 272
ISBN: 978-83-7519-131-7

**********************************************************************************

Redescovering the classic

Afer Kazuo Ishiguro's book Klara and the Sun, I couldn't find anything else but the classic of the genre – Philip K. Dick's Do Androids Dream of Electric Sheep?. Although I've seen the film Blade Runner several times (both Ridley Scott's 1982 film and the new 2017 film directed by Dennis Villeneuve), I feel like I haven't read this genre classic, or maybe I did a long time ago. It was worth picking it up, as the book has a different focus than the two film adaptations.

Post-apocalypse Life on Earth

I read Dick's novel in a beautiful edition from Rebis Publishing House, illustrated by Wojciech Siudmak. The book, with just under 300 pages including the introduction, is a fairly quick read with 22 chapters. Rick Deckard, living in post-apocalyptic San Francisco, is unexpectedly assigned to capture six escaped, next-generation Nexus-6 androids after his more experienced colleague is seriously wounded by one of the escapees. The hunter faces a daunting task: tracking down and eliminating six clever, deceptively human-like robots, distinguished from humans by an empathy test. Androids lack compassion; they can only fake it, and this test is the basis for distinguishing humans from machines. Although the androids we meet want to lead relatively normal lives (one of the Martian escapees sings opera, for example), they have committed crimes on the red planet to return to Earth.

Man in Crisis

We observe Deckard in a crisis situation: he dreams of a real animal to care for instead of his electric sheep. A living organism signifies status, although the electric animals produced after the Holocaust are essentially indistinguishable from the real thing. Almost all birds and most mammals have become extinct on Earth, so the few remaining specimens are worth their weight in gold. After completing half of his mission, which nearly cost the hunter his life, the man buys himself a wildly expensive, live, black Nubian goat, a source of pride for him.

Invisible Difference

A disturbing aspect of Dick's book is the blurring of the lines between robots and humans. Newer operating systems increasingly mimic humans, and the memory they're loaded with keeps the machines convinced they're living organisms. Androids have a growing need for independence and to lead independent lives, not dedicated to serving humans. Deckhard has significant difficulty distinguishing the latest generations of machines from humans, and one can surmise that this problem will only worsen in the future. However, this is easily noticeable in everyday life – when J.R. Isidore, the sole resident of the apartment building the fugitives move into, finds a live spider, the androids begin ripping off its legs, tormenting the creature without much thought. Empathy becomes the factor that distinguishes man from machine, but paradoxically, the people in Dick's novel are often numb, lonely, isolated, and see no meaning in their existence. They must use a special machine to connect empathetically with other humans. The robots, in turn, establish relationships with each other and build small communities, which increases their chances of survival.

New Religion

The final aspect of the book I'd like to highlight is the religion that unites people – Mercerism. People can connect through a special device with their suffering guru, Wilbur Mercer, and share emotions, sending pride and joy to those in need and taking away their sadness and suffering. Compassion and community are paramount, however, and these are not generally visible in the book. Interestingly, Deckhard has several visions of Mercer, who warns him of danger but also allows him to see a toad in the desert. Although a widely watched television station attempts to debunk Mercerism as fiction, the hunter remains convinced of its importance and authenticity.

An Absolute Classic

I always delve into important cultural works with great curiosity – firstly, to see if I actually know them and how they differ from later interpretations. The novel shifts the focus towards ecological destruction, species extinction, and the sense of responsibility for this catastrophe. It highlights the cynicism of large corporations that produce robots to support humans on other planets, their attempts to undermine the methodology of distinguishing between robots and humans, and their ostentatious wealth. Rachel Rosen's android, whose testing nearly failed, is cynically designed to seduce the hunters and prevent them from continuing their work. However, the robot's mission is only partially successful, and the question remains who exploited whom.

Although the book was published in 1968, it remains painfully relevant. Written in a noir aesthetic and somewhat reminiscent of Raymond Chandler's crime novels (a detective pursuing ruthless criminals), it hasn't aged at all, although some of Dick's thought-provoking leaps and quick changes of subject or perspective require the reader to be alert. For me, it's an absolute must-read and perhaps growing increasingly relevant.

My rating: 8/10.


Author: Philip K. Dick
Title: Do Androids Dream of Electric Sheep?
Illustrations: Wojciech Siudmak
Rebis Publishing House, Poznań 2018
Translation: Sławomir Kedzierski
Number of pages: 272
ISBN: 978-83-7519-131-7