sobota, 26 września 2026

Jiyoung Kang, Mordercza pani Shim (Sim-Yeosaneun Killeo)

Sympatyczny bohater to za mało

Skusiła mnie okładka, prosta, kolorowa, z prawie dziecięcym rysunkiem kobiety z nożem. Dodatkowo na jesieni człowiek chętnie sięga po kryminały – można uruchomić nieco głowę, poszukać mordercy, poznać mroczne historie. Jednak tutaj miałam wrażenie dziwnej mieszanki, lekko dla mnie niestrawnej, momentami niedoprawionej, a w innych chwilach zbyt wyrazistej w smaku.

Bycie masarzem jako stęp do kariery mordercy

Twórczość Jiyoung Kang pozostaje w Polsce nieznana, a w poszukiwaniu pisarki można trafić choćby na południowokoreańską piosenkarkę i aktorkę o takim samym imieniu. Tymczasem pani Kang ma na swoim koncie kilka zbiorów opowiadań i kryminałów, ale dopiero Mordercza pani Shim przebiła się na polski rynek. Być może nie ma się co dziwić temu literackiemu fenomenowi – bohaterką jest 50-letnia wdowa, która przez wiele lat pracowała w masarni i porcjowała mięso. Po śmierci męża i utracie pracy odpowiada na przypadkowe ogłoszenie w gazecie i trafia na rozmowę o pracę, gdzie okazuje się, że jej umiejętności trzymania noża przydadzą się w znacznie szerszym zakresie, niż sądziła. Wdowa zostaje płatnym mordercą. Tak więc niepozorna, drobna, zaniedbana kobieta wkrótce wyrasta na jedną z najlepszych pracownic agencji Smile. Tak rozpoczyna się wielowątkowa, wieloosobowa akcja, w której trochę trudno się połapać.

Lista zarzutów

Tutaj zaczyna się moja, równie długa co lista bohaterów, lista zarzutów wobec książki. Jeśli kryminałowi się nie wierzy, nie jest on wiarygodny, to jest źle, bo nie ma sensu go czytać. Tak niestety jest tutaj od samego niemal początku. Pani Shim dostaje otwartą propozycję zostania mordercą, nikt nie prześwietla jej przeszłości, nie sprawdza jej umiejętności i siły. Tylko jej pierwsze morderstwo zostaje pokazane, i dzieje się to jak po maśle – jej ofiara się nie broni, pani Shim za pierwszym razem trafia bezbłędnie, nie ma nawet szczególnie dużych wyrzutów sumienia. Niczym w serialu Dexter, ona morduje tylko tych podłych ludzi, gwałcicieli, oszustów, stręczycieli, itd. Bardzo wygodne założenie. Nikt nie zastanawia się, jak drobna, styrana życiem 50-latka z tabletkami na nadciśnienie radzi sobie w swoim niełatwym zawodzie. Drugim grubym naruszeniem sensowności fabuły było wprowadzenie pani Lee, żony policjanta. Jej naiwny mąż po jednym przypadkowym podsłuchu i w zasadzie jednym dniu przepracowanym przez małżonkę w agencji Smile pali całą akcję, ufając swojej nieszczególnie inteligentnej żonie. Zero wiarygodności.

Nadmiar bohaterów i wątków

W samej fabule narratorów jest czternastu (Eunok Shim, Taesang Park, Shinja O, Seongran Lee, Oksun Lee, Sunyeong Lee, Junki Choi, Jina Kim, Hancheol Na, Sangho Kim, Misuk Hong, Hyeonseok Park, Jinseop Kim, Yeongshik Baek), więc w takiej ilości bohaterów, z których każdy opowiada nam swoją historię i domaga czytelniczego zainteresowania, można się pogubić. Koreańskie imiona i nazwiska nie pomagają. Przy takiej ilości głosów wszystkie one zlewają się w jeden – bohaterów w zasadzie nie da się odróżnić po samej narracji, więc ich pierwszoosobowa wypowiedź nic nie zmienia. Łatwo też jest się pogubić w fabule. Po drugie, nie mam też wrażenia, że lepiej poznałam kulturę Korei Południowej. Pojawia się sporo nieznanych terminów, ale słowniczek jest na samym końcu książki, choć w publikacji sporadycznie pojawiają się przypisy. To utrudnia odbiór powieści, a słowniczek, przyjmowany w jednej dawce, jest niestrawny i nie zostaje w głowie. Z mojej perspektywy skomplikowana i zagmatwana fabuła nie rekompensuje braku wiarygodności książki, nie daje wglądu w koreańską kulturę, słowem – naprawdę niewiele wnosi. Szkoda czasu.

Moja ocena: 5/10.


Jiyoung Kang, Mordercza pani Shim
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025
Tłumaczenie: Klaudia Szary
Liczba stron: 360
ISBN: 978-83-08-08668-1

**********************************************************************************

A likable protagonist isn't enough

I was drawn in by the cover—simple and colorful, featuring an almost childlike drawing of a woman holding a knife. Autumn is also a time when one naturally gravitates toward crime novels—a chance to engage the mind, hunt for a killer, and delve into dark tales. However, I found the result to be a strange concoction: somewhat hard to digest, at times under-seasoned, and at others, overpowering in flavor.

From butcher to hitwoman

Jiyoung Kang’s work remains largely unknown in Poland; a search for the author might even lead you to a South Korean singer and actress of the same name. In reality, Ms. Kang has published several collections of short stories and crime novels, but it is Mrs. Shim is a Killer that has finally broken through to the Polish market. Perhaps this literary phenomenon is hardly surprising: the protagonist is a fifty-year-old widow who spent years working in a butcher shop, portioning meat. After her husband’s death and the loss of her job, she answers a random newspaper ad and lands an interview where she discovers that her knife-handling skills will prove useful in ways far beyond what she imagined. The widow becomes a contract killer. Thus, this unassuming, petite, and unkempt woman soon rises to become one of the top operatives at the Smile agency. So begins a complex, multi-threaded plot involving a large cast of characters—one that can be a bit difficult to keep track of.

List of Grievances

Here begins my list of grievances against the book—a list as long as the roster of characters. If a crime novel fails to convince the reader—if it lacks credibility—then it is a failure, as there is no point in reading it. Unfortunately, that is the case here almost from the very start. Ms. Shim receives an open offer to become a killer; no one vets her past or checks her skills and physical strength. Only her first murder is depicted, and it goes off without a hitch: the victim puts up no fight, Ms. Shim strikes perfectly on her first attempt, and she feels no significant pangs of conscience. Much like in the TV series Dexter, she kills only the scum of the earth—rapists, fraudsters, pimps, and the like. A very convenient premise. No one stops to wonder how a petite, weary 50-year-old woman on high blood pressure medication manages in such a demanding line of work. A second major blow to the plot's plausibility is the introduction of Ms. Lee, a police officer's wife. Her naive husband—after a single information from his wife and essentially just one day of her working at the Smile agency—blows the entire operation by trusting his not-particularly-bright spouse. Zero credibility.

An Overload of Characters and Plotlines

The story features fourteen narrators (Eunok Shim, Taesang Park, Shinja O, Seongran Lee, Oksun Lee, Sunyeong Lee, Junki Choi, Jina Kim, Hancheol Na, Sangho Kim, Misuk Hong, Hyeonseok Park, Jinseop Kim, Yeongshik Baek); with so many characters—each telling their own story and begging for the reader's attention—it is easy to lose one's way. The Korean names don't help matters. With so many voices, they all blur into one; the characters are essentially indistinguishable based on their narration alone, rendering the first-person perspective pointless. It is also easy to get lost in the plot. Secondly, I didn't feel I gained any real insight into South Korean culture. While numerous unfamiliar terms appear, the glossary is located at the very end of the book—even though footnotes do appear sporadically throughout the text. This hinders the reading experience; a glossary consumed in a single chunk is indigestible and fails to stick in one's memory. From my perspective, the convoluted plot does not compensate for the book's lack of credibility or provide cultural insight; in short, it offers very little of value. A waste of time.

My rating: 5/10.


Author: Jiyoung Kang
Title: Mrs. Shim is a Killer
Publishing House: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025
Translation: Klaudia Szary
Page count: 360
ISBN: 978-83-08-08668-1

piątek, 25 września 2026

Tove Dietlevsen, Pokój Vilhelma (Vilhelms værelse)

Ostatnia powieść Tove Ditlevsen

Znam i lubię twórczość Tove Ditlevsen, więc z pewną ciekawością sięgnęłam po wydany w tym roku Pokój Vilhelma. To ostatnia książka duńskiej pisarki, która rok po jej wydaniu zmarła śmiercią samobójczą. Myślę, że ta powieść to swoiste pożegnanie, a może nawet ostrzeżenie przed tym, co miało nadejść. Chociaż na początku książkę czytało mi się bardzo ciężko, to zakończenie wbiło mnie w fotel.

Alter ego pisarki w centrum wydarzeń

Główną bohaterką powieści jest Lise, poetka, której twórczość cieszy się dużą popularnością. Kobieta ma ukochanego syna, Toma, który właśnie dorasta i zaczyna się spotykać ze swoją pierwszą dziewczyną, duże mieszkanie, z którego ma się wkrótce wyprowadzić, ma również niezapłacone podatki, bo jak wiele ludzi pióra zupełnie nie ogarnia spraw finansowych. Po dwudziestu latach opuścił ją mąż, Vilhelm, który odszedł do kolejnej już z rzędu kochanki. To rozstanie wprawia jednak pewną sekwencję wydarzeń w ruch, a bierność większości postaci nie zapobiegnie nadchodzącej tragedii. Wiele wydarzeń z książki ma odbicie w życiu autorki, a Lise jest jej alter ego.

Nieudane małżeństwo

Lise i Vilhelm nie byli bardzo zgodnym małżeństwem, Vilhelm wiecznie poprawiał Lise, a ona starała się dopasować do jego oczekiwań pod kątem ubioru, dbania o siebie, prowadzenia domu czy wreszcie pisarstwa. Mężczyzna uważał, że to dzięki niemu i podsuwanym przez niego lekturom jego żona tak rozkwitła literacko. Tymczasem Lise zaczęła wieść niezależną egzystencję – ku oburzeniu męża wyjechała na zaproszenie do Związku Radzieckiego, znalazła pierwszego kochanka, zaczęła pisać do gazet. Kiedy jednak Vilhelm się wyprowadził, a jego miejsca nie zapełnił Kurt, lokator od sąsiadku z góry, który nosił ubrania męża Lisy i starał się go naśladować, pisarka zaczęła myśleć o śmierci i podjęła pewne poważne decyzje.

Mężczyźni, którzy zawodzą

Mężczyźni przedstawieni w książce stanowią przykry widok. Począwszy od wspomnianego Kurta, który jest biernym pionkiem, najpierw w rękach podstarzałej sąsiadki, która z nim sypia, a potem wpycha go w ramiona Lise, a potem w domu pisarki i jej syna. Chowa się w swoim pokoju, rzadko wychodzi, trwoni majątek ludzi, u których mieszka, nie ma stałego zajęcia. Pewnego dnia po prostu wraca do swojego starego pokoju na górze. Vilhelm z kolei jest skupiony głównie na sobie i na swojej karierze (jest redaktorem naczelnym jednej z gazet), ma liczne kochanki, jest alkoholikiem, który ledwo się trzyma na nogach, a kiedy dowiaduje się, że żona przypuszczalnie zrobi sobie jakąś krzywdę, nie podejmuje żadnej reakcji, nie szuka jej, nie usiłuje jej pomóc. Wraca do biura, składa broń. Syn Lise i Vilhelma jest z kolei rozpuszczonym jedynakiem, zajętym swoim kotem, a potem – na szczęście – swoim budzącym się życiem i młodością. On także nie ma na tyle uwagi, żeby pomóc matce i zapobiec tragedii.

Zakochana w śmierci

Początkowo czytałam książkę z pewną odrazą, relacje i przestrzenie wydawały mi się duszne, brudne, odrażające, przykre. Lise jest oderwana od rzeczywistości, unosząca ponad nią, krucha, choć aktywna. Mężczyźni przebywają albo w swoich dusznych, zadymionych, ciemnych gabinetach, albo w mrocznych spelunkach – knajpach, pełnych alkoholu i kobiet. Potem jednak Ditlevsen ujęła mnie swoją wrażliwością, otwartością emocji, a w końcu – postrzeganiem śmierci, która daje wolność. To książka trudna, ciężka, nieprędka w lekturze, wymagająca, ale z każdą stroną coraz bardziej warta, by wytrwać do końca. Polecam. Zapowiada się bardzo ciekawa nowa seria wydawnicza.

Moja ocena: 9/10.


Tove Ditlevsen, Pokój Vilhelma
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Liczba stron: 184
ISBN: 978-83-8396-201-6

**********************************************************************************

Tove Ditlevsen’s Final Novel

I am familiar with and enjoy Tove Ditlevsen’s work, so I picked up Vilhelm’s Room—published this year—with some curiosity. It is the Danish writer’s final book; she died by suicide a year after its publication. I view this novel as a kind of farewell, or perhaps even a warning of what was to come. Although I found the book a difficult read at first, the ending left me stunned.

The Writer’s Alter Ego at the Center of Events

The novel’s protagonist is Lise, a highly popular poet. She has a beloved son, Tom—who is coming of age and starting to date his first girlfriend—and a large apartment she is soon to vacate; she also has unpaid taxes, as, like many writers, she has absolutely no grasp of financial matters. Her husband, Vilhelm, has left her after twenty years for yet another mistress. This separation sets a chain of events in motion, and the passivity of most characters fails to avert the impending tragedy. Many events in the book mirror the author’s own life, and Lise serves as her alter ego.

A Troubled Marriage

Lise and Vilhelm did not have a harmonious marriage; Vilhelm was constantly correcting Lise, while she tried to live up to his expectations regarding her appearance, grooming, housekeeping, and even her writing. The husband believed that his wife’s literary blossoming was due to him and the reading material he provided. Meanwhile, Lise began to lead an independent life—to her husband’s outrage, she travelled to the Soviet Union upon invitation, took a lover, and began writing for newspapers. However, when Vilhelm moved out and his place was not filled by Kurt—the upstairs neighbor’s lodger, who wore Lise’s husband’s clothes and tried to imitate him—the writer began to contemplate death and made some serious decisions.

Men Who Fail

The men portrayed in the book present a sorry sight. Take the aforementioned Kurt: a passive pawn, first in the hands of an aging neighbour who sleeps with him and then pushes him into Lise’s arms, and later within the household of the writer and her son. He hides in his room, rarely ventures out, squanders the assets of the people he lives with, and has no steady job. One day, he simply returns to his old room upstairs. Vilhelm, for his part, is focused primarily on himself and his career (he is a newspaper editor-in-chief); he has numerous mistresses and is an alcoholic who can barely stay on his feet. When he learns that his wife might be about to harm herself, he does nothing—he neither searches for her nor attempts to help. He simply returns to his office and gives up. Lise and Vilhelm’s son, in turn, is a spoiled only child preoccupied with his cat and later—fortunately—with his own awakening youth and life. He, too, lacks the attentiveness needed to help his mother and avert the tragedy.

In Love with Death

At first, I read the book with a certain aversion; the relationships and settings struck me as stifling, sordid, repulsive, and unpleasant. Lise is detached from reality—floating above it—fragile yet active. The men spend their time either in their stuffy, smoke-filled, dark studies or in gloomy dives—taverns awash in alcohol and women. Yet, Ditlevsen eventually won me over with her sensitivity, emotional openness, and—ultimately—her perception of death as a source of freedom. It is a difficult, heavy, and demanding book—not a quick read—but with every page, it proves increasingly worth the effort of seeing it through to the end. I recommend it. It promises to be a fascinating new publishing series.

My rating: 9/10.


Author: Tove Ditlevsen
Title: Vilhelm’s Room
Publishing House: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026
Translation: Iwona Zimnicka
Page count: 184
ISBN: 978-83-8396-201-6

wtorek, 22 września 2026

Laura Cumming, Grom z jasnego nieba Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci (Thunderclap: A Memoir of Art and Life and Sudden Death)

Osobiste relacje z holenderskim malarstwem złotego wieku

Po książkę Laury Cumming sięgnęłam przed wyjazdem do Holandii, chcąc się nieco lepiej rozeznać w perłach XVII-wiecznego malarstwa holenderskiego. Pomysł całkiem trafiony przed wizytą w Amsterdamie, gdzie bogactwo muzeów zbija turystę z tropu, a nagromadzenie obrazów choćby w Rijks Muzeum może przyprawić o ból głowy. Z drugiej strony lekturę zaczynałam dwukrotnie, bo przy pierwszym podejściu książka mnie nieco znudziła i dopiero zbliżający się termin wyjazdu zmusił mnie do porządnego zabrania się do lektury. To dość nierówna pozycja.

Cichy bohater – Carel Fabritius

Głównym bohaterem Gromu z jasnego nieba jest Carel Fabritius (1622-12.X.1654), malarz, uczeń Rembrandta, który stworzył swój własny, niepowtarzalny styl. Chociaż zachowało się naprawdę niewiele obrazów na całym świecie (dokładnie 13 sztuk), to Fabritus przeżywa obecnie swoisty renesans. Mi sylwetkę artysty i jego dramatyczne losy przybliżyła powieść Szczygieł Donny Tartt, chociaż Cumming jest dokładniejsza w odtworzeniu losów malarza. Jako krytyk sztuki dotarła do wielu archiwalnych dokumentów i postarała się jak najdokładniej odtworzyć życie artysty, utratę rodziny (wszystkie jego dzieci zmarły za jego życia, jak również jego pierwsza żona). Autorka stara się odczytać wyraz twarzy artysty na autoportretach, dostrzega jego cierpienie i dojrzałość. Patrzy na jego obrazy bez żadnego dystansu, z osobistym zaangażowaniem i wielką wrażliwością, z perspektywy swojego życia i doświadczeń. Dodam, że większość omawianych dzieł jest w książce reprodukowana, co jest naprawdę istotne, bo można samemu spojrzeć na obraz, docenić kompozycję, kolorystykę, ujęcie tematu.

Bohaterowie poboczni

Autorka odmalowuje również współczesnych Fabritiusowi malarzy – jego mistrza Rembrandta, szanowanego i cenionego malarza, który żył ponad stan i zmarł w długach, czy wcześniej mało mi znanego Hendricka Avercampa, głuchoniemego od urodzenia, zwanego niemową z Kampen, który specjalizował się w zimowych scenach na lodowisku, gdzie naśladował Petera Breughla. W jej książce odnajdziemy również martwe natury Adriaena Coorte, Rachel Ruysch czy Marii van Oosterwijck, sporo miejsca poświęcone jest również Gerardowi ter Borch, który jak nikt inny potrafił malować tkaniny i ich blask. O każdej z tych osób podaje jakieś ciekawostki czy wykopane z ksiąg parafialnych i innych dokumentów szczegóły, z zaciekawieniem i wrażliwością odczytuje ich obrazy, robiąc to w ciekawy sposób.

Niepotrzebny bohater – ojciec autorki

Co mam książce do zarzucenia? Dwie rzeczy – przede wszystkim jest chaotyczna. Autorka w kilku miejscach wraca do tych samych tematów, analiz, jakby na powieść składały się napisane wcześniej eseje, których nie dało się już przerobić. Po drugie, Cumming wpisuje w swoją książkę o holenderskim malarstwie złotego wieku sylwetkę swojego ojca, malarza Jamesa Cumminga, a jago twórczość ma się do tej omawianej jak pięść do nosa. Rozumiem, że to ojciec nauczył ją wrażliwości na kolor i kompozycję, jednak uważam ten zabieg trochę za kryproreklamę i chwyt marketingowy, a trochę myślę, że jest to nieeleganckie wykorzystywanie czytelnika i jego uwagi. Dlatego książka zostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. Natomiast to, co mi dała, to odkrycie, że o XVII-wiecznej sztuce hlednerskiej pisał przecież również nasz Zbigniew Herbert w Martwej naturze z wędzidłem – i to będzie moja kolejna lektura.

Moja ocena: 6/10.

Laura Cumming, Grom z jasnego nieba Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026
Tłumaczenie: Anna Sak
Liczba stron: 328
ISBN: 978-83-08-08687-2

**********************************************************************************

A personal connection to Dutch Golden Age painting

I picked up Laura Cumming’s book before a trip to the Netherlands, wanting to familiarize myself a bit better with the gems of the 17th-century Dutch painting. It was a sound idea ahead of a visit to Amsterdam, where the sheer wealth of museums can overwhelm a tourist, and the sheer volume of paintings—even just within the Rijksmuseum—can cause a headache. On the other hand, I started reading it twice; the book bored me a little on the first attempt, and it was only the looming departure date that compelled me to really buckle down and read it. It is a rather uneven work.

The quiet protagonist – Carel Fabritius

The central figure of Thunderclap is Carel Fabritius (1622–1654), a painter and pupil of Rembrandt who developed his own unique style. Although very few of his paintings survive worldwide (exactly thirteen), Fabritius is currently experiencing something of a renaissance. I was first introduced to the artist and his dramatic life story through Donna Tartt’s novel The Goldfinch, though Cumming offers a more precise account of the painter’s life. As an art critic, she accessed numerous archival documents and strove to reconstruct the artist’s life—including the loss of his family (all his children, as well as his first wife, died during his lifetime)—with the utmost accuracy. The author attempts to interpret the expressions on the artist’s face in his self-portraits, discerning both his suffering and his maturity. She views his paintings without detachment—with personal engagement and great sensitivity—drawing upon the perspective of her own life and experiences. It is worth noting that most of the works discussed are reproduced in the book; this is crucial, as it allows the reader to examine the paintings firsthand and appreciate their composition, use of color, and treatment of the subject matter.

Supporting figures

The author also portrays painters who were contemporaries of Fabritius: his master Rembrandt—a respected and esteemed artist who lived beyond his means and died in debt—and Hendrick Avercamp, an artist previously unfamiliar to me. Deaf and mute from birth and known as the "Mute of Kampen," Avercamp specialized in winter skating scenes, emulating the style of Pieter Bruegel. The book also features the still-life works of Adriaen Coorte, Rachel Ruysch, and Maria van Oosterwijck, while devoting considerable space to Gerard ter Borch, an artist who possessed an unparalleled ability to capture the sheen and texture of fabrics. For each of these figures, she shares intriguing facts or details unearthed from parish registers and other documents, interpreting their paintings with curiosity, sensitivity, and an engaging narrative style.

An unnecessary figure: the author’s father

What criticisms do I have regarding the book? Two things: primarily, its structure is chaotic. In several places, the author revisits the same topics and analyses, creating the impression that the book is a compilation of previously written essays that could not be fully reworked. Secondly, Cumming weaves the story of her father—the painter James Cumming—into this book about Dutch Golden Age painting; his work bears absolutely no relation to the art being discussed. I understand that it was her father who taught her to appreciate color and composition; however, I view this device partly as covert advertising and a marketing ploy, and partly as an unseemly exploitation of the reader and their attention. That is why the book left me with mixed feelings. On the plus side, it led me to discover that our own Zbigniew Herbert also wrote about 17th-century Dutch art in Still Life with Bridle—and that will be my next read.

My rating: 6/10.


Author: Laura Cumming
Title: Thunderclap: A Memoir of Art and Life and Sudden Death
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026
Translation: Anna Sak
Page count: 328
ISBN: 978-83-08-08687-2

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Paweł Sołtys, Sierpień

Warszawa dla wtajemniczonych

Na wzmiankę o książce Pawła Sołtysa, traktującej o końcu lata w Warszawie, trafiłam przypadkiem, niewiele przed wyjazdem na rocznicę wybuchu powstania warszawskiego, która w tym roku wygodnie wypadała w sobotę. Wypożyczyłam więc książkę jak najszybciej, licząc na ukryte w niej perełki i obserwacje, które pozwolą mi lepiej nacieszyć się stolicą. Po niespełna trzech tygodniach niemal nic z tej książki nie pamiętam.

Miasto jako palimpsest

Paweł Sołtys, znany być może szerszej publiczności jako wokalista Pablopavo, postanowił poświęcić niewielki tomik swojemu miastu, Warszawie. Snuje się po nim, trochę bez celu, nieśpiesznie, przyglądając się poszczególnym miejscom i wspominając przeszłość. Przez to miasto staje się trochę palimpsestem, w którym przenika się czas teraźniejszy i przeszły. To określenie dla Warszawy wydaje się szczególnie trafne, patrząc na historię miasta, zwłaszcza wojenne zniszczenia, odbudowę, ilość pomników i tablic upamiętniających burzliwe losy. Jednocześnie jest to jednak miasto codzienności, zwyczajnie toczącego się życia, dzieciństwa. To sprawia, że dla kogoś spoza Warszawy onirycznie opisane miejsca są nieczytelne i nie niosą tego samego ładunku. Więc to pierwsze spostrzeżenie i może trochę zarzut – to książka dla warszawiaków, dla przybyszów Warszawa pozostanie tak samo obca, jak była.

Biblioteka na Okólniku

Często jest jednak tak, że sięga się po jakąś książkę, żeby dowiedzieć się z niej jednej, konkretnej rzeczy. W tym przypadku byłaby to dla mnie historia Biblioteki Ordynacji Krasińskich, zwanej popularnie biblioteką na Okólniku (od nazwy ulicy, przy której się znajdowała). W Pałacu Rzeczpospolitej, dawnym Pałacu Krasińskich, znajduje się obecnie urna z prochami książek spalonych w akcji odwetowej po powstaniu warszawskim. „W szklanej urnie lezą popioły. Ale to „leżą” nie oddaje prawdy. Układają się w na wpół spopieloną księgę, trochę w twarz bez rysów, oczu i ust. To ślad po dziesiątkach tysięcy książek spalonych przez Brandkommando po upadku powstania. Nie z przypadku, nie w wyniku działań wojennych. Niemcy weszli do biblioteki na Okólniku i miotaczami płomieni rozprawili się z dwudziestoma sześcioma tysiącami rękopisów, z dwoma i pół tysiącem inkunabułów, ze stu tysiącami grafik i rysunków, z pięćdziesięcioma tysiącami nut i druków teatralnych i tak dalej, i tak dalej”, pisze Sołtys (s. 95-96). Więcej można znaleźć o tym w bardzo dobrym artykule Mikołaja Glińskiego (https://culture.pl/pl/artykul/urna-w-bibliotece-czyli-jak-sie-pala-ksiazki). Teraz żałuję, że będąc w Warszawie nie zaszłam do Pałacu Rzeczpospolitej, choćby tylko zobaczyć ten jeden eksponat.

Piękno języka

Ostatnią rzeczą, na którą chciałabym zwrócić uwagę przy tej pierwszej przeczytanej przeze mnie książce Sołtysa, to jego piękny, poetycki, niespieszny język, dzięki któremu można trochę więcej wagi poświęcić codzienności. Mi spodobały się zwłaszcza dwa fragmenty – jeden o prawdziwej ciszy na mazowieckiej wsi sprzed elektryfikacji (naprawdę przez chwilę udało mi się ją usłyszeć, i zobaczyć tą ciemność), a drugi o tym, co czasami uda się zobaczyć kątem oka:

Nad pianą piwa mignął mi Jankowski. Co oczywiście było niemożliwe, nie żył już wtedy od kilku lat, ale wszyscy wiemy, że wąskich kątach spojrzeń jak kurz zbierają się umarli, i bywa, że bierze się kogoś najzwyczajniej żywego za wcielenie cienistej osoby. (s. 65)

Jednak piękny język nie przykrywa braku fabuły, czy nawet konkretnej ścieżku spaceru, którą czytelnik mógłby sobie odtworzyć. Chociaż może to tylko ja mam takie oczekiwanie – żeby książka stała się kluczem do opisywanego miejsca, pozwalała je lepiej zrozumieć. Okazuje się, że jest to spojrzenie konkretnej osoby na konkretne miejsce, i nasze doświadczenia i oczekiwania się rozmijają.

Subiektywny obraz pewnego miejsca

Jestem więc pisarzowi wdzięczna za chwilę refleksji i zdecydowanie za informację o urnie z prochami książek. Coraz więcej ścieżek prowadzi mnie do monumentalnej monografii Normana Daviesa Powstanie’44, na którą patrzę z lękiem (zarówno ze względu na treść, jak i rozmiary). Chyba czas przestać szukać wymówek i na dłużej zagłębić się w lekturze. Co do Sierpnia – nie spełnił moich oczekiwań i w sumie dość mocno przypominał mi Kamionek Piotra Wichy – literatura tylko dla wtajemniczonych, do których ja nie należę.

Moja ocena: 5/10.


Paweł Sołtys, Sierpień
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014
Liczba stron: 120
ISBN: 978-83-8191-975-3

*********************************************************************************

Warsaw for the Insiders

I stumbled upon a mention of Paweł Sołtys's book about the end of summer in Warsaw by chance, shortly before leaving for the anniversary of the Warsaw Uprising, which conveniently fell on a Saturday this year. So I borrowed the book as soon as possible, hoping for hidden gems and observations that would allow me to better enjoy the capital. After less than three weeks, I remember almost nothing from it.

The City as a Palimpsest

Paweł Sołtys, perhaps known to a wider audience as the singer Pablopavo, dedicated a small volume to his city, Warsaw. He wanders around it, somewhat aimlessly and leisurely, observing individual places and reminiscing about the past. In this way, the city becomes a kind of palimpsest, where present and past tenses intertwine. This description for Warsaw seems particularly apt, considering the city's history, especially the wartime destruction, reconstruction, and the multitude of monuments and plaques commemorating its turbulent fate. At the same time, however, it is a city of everyday life, of simply going on life, of childhood. This makes the dreamlike descriptions of places incomprehensible to anyone outside Warsaw and lacking the same meaning. So this is my first observation, and perhaps a bit of a reproach – this is a book for Warsaw residents; for newcomers, Warsaw will remain as alien as it was.

The Library on Okólnik Street

However, it's often the case that one reaches for a book to learn one specific thing. In this case, for me, it would be the history of the Krasiński Library, popularly known as the Library on Okólnik Street (after the name of the street on which it was located). The Palace of the Commonwealth, formerly the Krasiński Palace, currently houses an urn containing the ashes of books burned in retaliatory action after the Warsaw Uprising. "Ashes lie in a glass urn. But 'lying' doesn't convey the truth. They form a half-ashen book, a face without features, eyes, or mouth. This is a trace of the tens of thousands of books burned by the Brandkommando after the fall of the uprising. Not by accident, not as a result of warfare. The Germans entered the library on Okólnik Street and destroyed with flamethrowers twenty-six thousand manuscripts, two and a half thousand incunabula, one hundred thousand prints and drawings, fifty thousand musical scores and theatrical prints, and so on, and so forth,” writes Sołtys (pp. 95-96). You can find more about this in a very good article by Mikołaj Gliński (https://culture.pl/pl/artykul/urna-w-bibliotece-czyli-jak-sie-pala-ksiazki). Now I regret that when I was in Warsaw I didn’t stop by the Palace, even if only to see this one exhibit.

The Beauty of Language

The last thing I would like to draw attention to in the first book by Sołtys that I read, is his beautiful, poetic, unhurried language, thanks to which one can devote a little more attention to everyday life. I particularly liked two fragments – one about the true silence in the Mazovian countryside before electrification (really, for a moment I managed to hear it, and see that darkness), and the second about what one can sometimes see with the corner of one's eye:

I caught a glimpse of Jankowski over the beer foam. Which, of course, was impossible; he had been dead for several years by then, but we all know that in the narrow corners of one's gaze the dead gather like dust, and sometimes someone fully alive is mistaken for the incarnation of a shadowy person. (p. 65)

However, the beautiful language does not cover up the lack of a plot, or even a specific path the reader could retrace. Although perhaps it's just me who has this expectation – for a book to become the key to the place described, to allow for a better understanding of it. It turns out that this is a specific person's view of a specific place, and our experiences and expectations diverge.

A Subjective Image of a Certain Place

I am therefore grateful to the writer for a moment of reflection and definitely for the information about the urn with the ashes of books. More and more paths lead me to Norman Davies's monumental monograph, Rising '44 The Battle for Warsaw, which I look at with apprehension (due to both the content and the size.) I think it's time to stop looking for excuses and delve deeper into reading. As for August – it didn't live up to my expectations and actually reminded me quite strongly of Piotr Wicha's Kamionek – literature for those who already know the place well. And I am not one of such people.

My rating: 5/10.


Author: Paweł Sołtys
Title: August (book not translated to English as of August 2026)
Publishing House: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014
Number of pages: 120
ISBN: 978-83-8191-975-3

środa, 19 sierpnia 2026

Léna Pappá, Bez daty Kartki z dziennika

Szczęście dobrze naostrzonego ołówka

Swego czasu miałam wielką słabość do Wydawnictwa Książkowe Klimaty, które dbało o literaturę środkowo- i południowo-europejską. Śledziłam nowości, sięgałam po książki. Z tego też okresu pochodzi opublikowany w 2016 roku dziennik Lény Pappy, greckiej poetki i pisarki, z bardzo piękną, subtelną okładką. Z czasem jednak książki wydawnictwa przestały mnie fascynować, często mi się nie podobały, nużyły, nudziły. Niestety, dziennik Pappy trochę wpisuje się w ten trend, a sama książka nie zagrzeje miejsca na mojej półce.

Léna Pappá

Pappá urodziła się w 1932 roku w Atenach (wydawnictwo podaje rok późniejszą datę urodzenia na okładce), a zmarła w ubiegłym roku. Pracowała w Ateńskiej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych jako kustosz biblioteki i asystentka profesora historii sztuki Pandelisa Prevelakisa, była też sekretarzem generalnym tej uczelni. Uznawana jest za jedną z najważniejszych współczesnych poetek greckich, opublikowała kilkanaście tomików poezji, wielokrotnie nagradzanych różnymi wyróżnieniami. Dzienniki są jej osobistymi zapiskami i wspomnieniami, mają bardzo osobisty charakter, pokazują wątpliwości i rozterki Greczynki. Powstawały z różną intensywnością na przestrzeni całego jej życia.

Dziennik ma zawsze swoją specyfikę

Dziennik Pappy był dla mnie trochę męczący, może dlatego, że zaczyna się w jej latach młodzieńczych, kiedy najważniejszym tematem jest zakochanie i rozmyślania o obecnym ukochanym. Wszystkie pamiętniki nastolatek mają w sobie ten męczący fragment. Poetka wydaje się osobą bardzo refleksyjną, nieco depresyjną, dużo pisze o śmierci i o tym, jak ona ją pociąga. Chociaż udaje jej się ułożyć sobie szczęśliwie życie, znajduje sobie męża i rodzi trójkę dzieci, o macierzyństwie pisze w nieszczególnie pochlebny sposób:  „Ale niepodobna zaprzeczyć, że dziecko jest istotą wyjątkowo egoistyczną, która stale się czegoś domaga i chętnie pozbawi cię resztek życia osobistego. Przestajesz istnieć dla siebie, jesteś „czymś”, pisze (s. 401). Odnotowuje codzienne znużenie, drobne wydarzenia codzienności, ludzkie przemijanie, i próbuje dosięgnąć sensu ludzkiego istnienia. Czy jest on w drobnych codziennych radościach: „Zrozumiałam wtedy, i chce o tym napisać, że człowieka może uszczęśliwić byle głupstwo. Nie jakieś wielkie rzeczy, ale jedno dobre słowo, uśmiech, trochę dobrej muzyki, dobre towarzystwo. Suma małych codziennych radości, krótkich dobrych chwil – oto czym jest szczęście, nie potrzeba nic więcej” (s. 104). Zauważa też jednak smutek ludzkiego istnienia, przemijanie, odchodzenie najbliższych (najpierw matki, potem ojca, wreszcie męża).

Aforystyczny sznyt dziennika

Poetka – co pewnie nie zaskakuje – ma znakomite wyczucie słowa. Tworzy wiele niemal aforystycznych zdań, które stanowią o sile jej dziennika. Podam kilka przykładów:

·              ·       Jesienią samotność jest smutna, wiosną – niebezpieczna (s. 23).

·       Zmiana – magiczne słowo. Kryje w sobie tyle szans (s. 43).

·       Nie doroślejemy w pełni, póki nie stracimy matki (s. 129).

·       Stary człowiek potrafi zrozumieć młodego, chociaż młody nie rozumie starego (s. 291).

·       Jedyne, co warto robić na tym padole, to jak najlepiej przeżywać teraźniejszość (s. 374).

·       Co robimy każdego dnia?

Przeprowadzamy się z jednego smutku do drugiego (s. 401).

·       Najbardziej niebezpieczni i śmieszni są ci, którzy samych siebie traktują nazbyt poważnie (s. 407).

O miłości z perspektywy Penelopy

Bardzo pięknie pisze też Pappá o miłości, dzieląc ją na tą romantyczną, niespełnioną, pozostającą w strefie ideałów, i tą codzienną, utytłaną w naszej ludzkiej naturze, brudną i trudną:

Teraz, po doświadczeniach wielu lat małżeństwa, stwierdzam to z całą pewnością. Obcowanie z drugą osobą, wspólne życie zdziera z nas, jak wiadomo, płaszcz oczarowania, więc nikt, ale to nikt, nie jest ani „orłem”, ani „jedynym” w oczach partnera, z którym się dzieli bardzo ludzkie, acz nie zawsze piękne chwile, i w którego obecności człowiek – jak wszyscy ludzie na świecie – śpi, chrapie, kaszle, pluje, wydala, choruje, poci się czy gniewa nie zawsze w idealny sposób.

Wspólne życie wszystko potrafi odrzeć z mitu. S. 436

Niemniej więź między dwojgiem ludzi będących obok siebie w dzień i w nocy, „na dobre i na złe”, silniejsza jest od najbardziej namiętnej miłości. S. 437

Trudno się z tymi przemyśleniami nie zgodzić.

Ciężki klimat dziennika

Chociaż wypisałam sobie z tej książki, jak zresztą widać, naprawdę dużo myśli czy sformułowań, które chciałabym zapamiętać na przyszłość, sama lektura była dla mnie nużąca i przytłaczająca. Dziennik utrzymany jest w smutnym, ciężkim tonie, emocje często wydają się wyolbrzymione i trudne do opanowania, a zachowanie narratorki często trudne do zrozumienia. Jak mówi podtytuł, są to jedynie kartki z dziennika, niedatowane, chociaż zachowane w chronicznym układzie, z dużymi przeskokami w czasie, które znakomicie pokazują miałkość naszych niektórych emocji czy ich wyjście poza skalę problemu. Chociaż lektura jest mocno refleksyjna, to jednak jej pesymistyczny ton nie współgra z moją diametralnie inną naturą i przyznam, że odkładałam książkę z pewną ulgą.

Moja ocena: 5/10.


Léna Pappá, Bez daty Kartki z dziennika
Wydawnictwo Książkowe Klimaty, seria Greckie klimaty, Wrocław 2016
Tłumaczenie: Ewa T. Szyler
Liczba stron:452
ISBN: 978-83-64887-36-9

**********************************************************************************

The Happiness of a Well-Sharpened Pencil

I once had a great fondness for the Publishing House Książkowe Klimaty, which championed Central and Southern European literature. I kept up with new releases and picked up books. The diary of Léna Pappá, a Greek poet and writer, was published in 2016, with a very beautiful, subtle cover. Over time, however, the publisher's books lost their appeal to me; I often disliked them, found them tiresome, and boring. Unfortunately, Pappá's diary is somewhat consistent with this trend, and the book itself won't last long on my shelf.

Léna Pappá

Pappá was born in Athens in 1932 (the publisher lists her birth date on the cover a year later) and died last year (2025). She worked at the Athens Higher School of Fine Arts as a librarian and assistant to Professor of Art History Pandelis Prevelakis, and was also the school's secretary general. She is considered one of the most important contemporary Greek poets, having published more than a dozen volumes of poetry, which have received numerous awards. Her diaries are her personal notes and memoirs; they are deeply intimate, revealing the Greek woman's doubts and dilemmas. They were written with varying intensity throughout her life.

A diary always has its own unique character

Pappá's diary was a bit tedious for me, perhaps because it begins in her teenage years, when the most important theme is falling in love and reflecting on her current lover. All teenage diaries have this tiresome element. The poet seems very reflective, somewhat depressed, and she writes extensively about death and its pull on her. Although she manages to build a happy life for herself, finds a husband, and gives birth to three children, she writes about motherhood in a less than flattering way: "But it's impossible to deny that a child is an exceptionally selfish being, constantly demanding something and eager to deprive you of the remnants of your personal life. You cease to exist for yourself; you become 'something,'" she writes (p. 401). She notes daily weariness, minor everyday events, human transience, and tries to grasp the meaning of human existence. Is it found in small, everyday joys? "I understood then, and I want to write about it, that a person can be made happy by any trivial thing. Not by any great things, but by one kind word, a smile, some good music, good company. The sum of small, everyday joys, short, good moments – that's what happiness is; nothing more is needed" (p. 104). However, she also notes the sadness of human existence, transience, the passing of loved ones (first her mother, then the father, finally the husband).

The Aphoristic Touch of the Diary

The poet—perhaps unsurprisingly—has an exquisite sense of language. She creates many almost aphoristic sentences, which constitute the strength of her diary. Here are a few examples:

• In autumn, loneliness is sad, in spring—dangerous (p. 23).

• Change—a magical word. It holds so many opportunities (p. 43).

• We don't fully grow up until we lose our mother (p. 129).

• ​​An old person can understand a young person, though a young person cannot understand an old person (p. 291).

• The only thing worth doing in this world is to live the present as best as possible (p. 374).

• What do we do every day?

We move from one sadness to another (p. 401).

• The most dangerous and ridiculous people are those who take themselves too seriously (p. 407).

About Love from Penelope's Perspective

Pappá also writes beautifully about love, dividing it into the romantic, unfulfilled, idealistic kind, and the everyday kind, tainted by our human nature, dirty and difficult:

Now, after many years of marriage, I can say this with certainty. Being with another person, living together, as we know, strips us of the cloak of enchantment, so no one, and I mean no one, is either "the eagle" or "the only one" in the eyes of the partner with whom we share very human, though not always beautiful, moments, and in whose presence we—like all people in the world—sleep, snore, cough, spit, excrete, get sick, sweat, or get angry, not always in an ideal way.

Living together can strip everything of its myth. (p. 436)

Nevertheless, the bond between two people who are next to each other day and night, "for better or for worse," is stronger than the most passionate love. (p. 437)

It's hard to disagree with these thoughts.

The Stuffy Atmosphere of the Diary

Although I jotted down, as you can see, many thoughts and phrases from this book that I'd like to remember for the future, the reading itself was tedious and overwhelming. The diary has a sad, heavy tone; emotions often seem exaggerated and difficult to control, and the narrator's behavior is often difficult to understand. As the subtitle suggests, these are merely pages from the diary, undated, though preserved in a chronic way, with significant jumps in time that brilliantly demonstrate the shallowness of some of our emotions or how they transcend the scale of the problem. Although the reading is highly reflective, its pessimistic tone doesn't resonate with my diametrically different nature, and I admit I put the book down with some relief.

My rating: 5/10.


Author: Léna Pappá
Title: Undated Pages from a Diary (not translated to English as of August 2026)
Publishing House: Książkowe Klimaty, Greckie Klimaty series, Wrocław 2016
Translation: Ewa T. Szyler
Number of pages: 452
ISBN: 978-83-64887-36-9

 

 

 

wtorek, 18 sierpnia 2026

Jenny Erpenbeck, Opowieść o starym dziecku (Geschichte vom alten Kind)

Debiutancka nowela o znacznym stopniu trudności

Wszyscy zachwycają się twórczością Jenny Erpenbeck, wiele osób wymienia ją jako kolejną Noblistkę. Sięgnęłam po jej książkę bez szczególnej wiedzy, a odłożyłam bez szczególnego zachwytu. Może dlatego, że to debiut, a może książka okazała się dla mnie po prostu za trudna.

Jenny Erpenbeck

Erpenbeck urodziła się w 1967 roku w Berlinie Wschodnim. Po ukończeniu studiów pracowała głównie jako reżyser operowy, pisze od lat 90-tych. W 2024 rok jej powieść Kairos, przetłumaczona na język angielski z niemieckiego, wygrała International Booker Prize. Do tej pory (sierpień 2026) ukazały się cztery powieści, trzy tomiki nowel, dwa zbiory esejów i cztery sztuki. Debiutancką nowelę Opowieść o starym dziecku wydało Wydawnictwo Znak w serii litera nova  w tym roku w tłumaczeniu Elizy Borg, zresztą bardzo pięknie.

Bohaterka outsiderka

Któregoś dnia w przytułku dla dzieci zjawia się samotna dziewczynka trzymająca w dłoniach metalowe wiaderko. Jest gruba i niezgrabna, o okrągłej twarzy, nie wiadomo nic o jej rodzicach czy przeszłości. Bezimienna bohaterka ma problem z dopasowaniem się do grupy, więc stara się być jak najbardziej niewidoczna i pozostawać na samym dnie drabiny klasowej, bo tylko tam czuje się bezpiecznie. Jej małomówność i wycofanie zaczynają z czasem być brane przez dzieci za lojalność i oddanie, więc niektóre klasowe łobuzy polegają na jej dyskrecji. Dziewczynka jednak wkrótce zaczyna chorować, co wynosi ją poza margines klasy, a potem szkoły, i przenosi do publicznego szpitala, gdzie zagadka jej tożsamości zostaje rozwiązana.

Możliwe wątki interpretacyjne

Wielu krytyków dostrzega w tej powieści portret wyjątkowo trudnego dojrzewania i związanej z nim samotności i poczucia dyskomfortu we własnym ciele. Bohaterka ucieka od dorosłości pod wpływem nieznanej czytelnikowi traumy, nie chce się zmierzyć ze swoim życiem i ciałem. Dla innych jest to przypowieść o pamięci i życiu w NRD z amnezją i podporządkowaniem się władzy. Sierociniec wraz ze swoimi zasadami byłby opresyjnym społeczeństwem, gdzie najlepiej jest pozostawać niewidocznym, by nie ściągnąć na siebie niechcianej uwagi. Z pewnością bowiem nowela kryje w sobie coś więcej niż tylko historię o samotnej dziewczynce. Jednak żadne z tych odczytań nie było dla mnie logicznym wnioskiem z lektury. Dla mnie nowela okazała się zbyt gęsta (mało dialogów, dużo precyzyjnych acz krótkich opisów), z zaskakującym, ale nielogicznym zakończeniem, i pozostawiła mnie w zdziwieniu i niezrozumieniu. Ponadto, lada moment zapomnę o tej lekturze. Może warto sięgnąć po inny utwór tak powszechnie chwalonej pisarki?

Moja ocena: 4/10.

Jenny Erpenbeck, Opowieść o starym dziecku
Wydawnictwo Znak, Kraków 2026
Tłumaczenie: Eliza Borg
Liczba stron: 112
ISBN: 978-83-8367-785-9

********************************************************************************

A Debut Novel of Considerable Difficulty

Everyone raves about Jenny Erpenbeck's work, many expect her to become the next Literary Nobel Prize winner. I picked up her book without any particular knowledge and put it down without much enthusiasm. Perhaps because it was a debut, or perhaps the book simply proved too difficult for me.

Jenny Erpenbeck

Erpenbeck was born in East Berlin in 1967. After graduating, she worked primarily as an opera director and has been writing since the 1990s. In 2024, her novel Kairos, translated into English from German, won the International Booker Prize. To date (August 2026), four novels, three collections of short stories, two collections of essays, and four plays have been published. Her debut novella, The Old Child, was published by Znak Publishing House in the litera nova series this year, translated by Eliza Borg, and very prettily I must say.

Outsider Heroine

One day, a lonely girl arrives at the children's shelter, clutching a metal bucket. She is fat and awkward, with a round face, and nothing is known about her parents or past. The nameless heroine struggles to fit in, so she tries to be as invisible as possible and remain at the bottom of the class ladder, because that's where she feels safe. Over time, her taciturnity and withdrawn nature begin to be mistaken by the children for loyalty and devotion, so some class bullies rely on her discretion. However, the girl soon becomes ill, which pushes her beyond the margins of the class, and then the school, and she is transferred to a public hospital, where the mystery of her identity is solved.

Possible Interpretive Themes

Many critics see this novel as a portrait of exceptionally difficult adolescence and the loneliness and discomfort associated with it. The protagonist flees adulthood under the influence of an unknown trauma, refusing to confront her life and body. For others, it is a parable about memory and life in the GDR, with its amnesia and submission to authority. The orphanage, with its rules, would be an oppressive society where it's best to remain invisible to avoid attracting unwanted attention. The novella certainly contains more than just the story of a lonely girl. However, neither of these readings was a logical conclusion for me. The novella proved too dense (little dialogue, plenty of precise yet brief descriptions), with a surprising but illogical ending, and left me puzzled and confused. Furthermore, I'll soon forget about this book. Perhaps it's worth trying another work by such a widely praised writer?

My rating: 4/10.


Author: Jenny Erpenbeck
Title: The Old Child
Publishing House: Znak, Kraków 2026
Translation: Eliza Borg
Number of pages: 112
ISBN: 978-83-8367-785-9