niedziela, 12 kwietnia 2026

Osamu Dazai, Kwiaty wiśni (Ōtō)

Japońskie akwarele

Zbiór szesnastu opowiadań raczej mało znanego w Polsce japońskiego pisarza Osamu Dazai wydało Wydawnictwo Czytelnik. Chociaż tomik jest stosunkowo niedługi (250 stron), stanowił dla mnie niemałe wyzwanie, mimo, że czytałam go w kraju autora. Jednak Japonia z utworów pisarza już nie istnieje, więc nawet otoczenie nie mogło mnie wspomóc w lekturze.

Trudna biografia Autora

Sądzę, że męczyłam opowiadania Autora, gdyż są one wiernym odzwierciedleniem jego biografii. Dazai kilkukrotnie usiłował popełnić samobójstwo, przeszedł zapalenie wyrostka robaczkowego i zapalenie trzewnej, po którym przez długi czas był uzależniony od morfiny, wyłudzał od swojego brata pieniądze na życie i oszukiwał rodzinę, jeśli chodzi o postępy na studiach i pracę zarobkową. Jako narrator nie wzbudza więc sympatii, a jego rozważania i podejście stawiają go na równi z bohaterem Głodu Knuta Hamsuna.

Japonia sprzed kilkudziesięciu lat

W opowiadaniach Dazaia zobaczyć można Japonię z czasów tuż po II wojnie światowej, z kłopotami z zaopatrzeniem, wojennym zniszczeniem, koniecznością budowania i rozpoczynania życia na nowo. Japonię jeszcze nie tak rozwiniętą jak ta obecna, nie tak zadeptaną, kameralną, ale burzliwie rozwijającą się i modernizowaną. Jednak czytając te opowiadania właśnie w Japonii, opisywanego kraju już nie widziałam, on już chyba nie istnieje.

Wąskie ramy osobistej historii

Opowiadania Dazaia są krótkie i zasadzone w jego doświadczeniu, co zresztą sam pisarz podsumowuje najlepiej:

Jestem pisarzem miasta. To, o czym opowiadam, zamyka się zawsze w wąskich ramach mojej osobistej historii. […] Jednak kto wie, przyszłość może pokaże, że te nasze osobiste, fragmentaryczne opisy codzienności okażą się bardziej wiarygodne niż dzieła tak zwanych „historyków”. Nie należy ich trywializować. (Roczniki cierpienia, s. 167)

Z tego też wynika fragmentaryczność, ułamkowość całej książki. To bardziej obrazki, małe akwarele, niż wielkie płótno opisujące jakąś spójną historię. Z perspektywy mojej kultury, literackiego doświadczenia, nawet trzykrotnej wizyty w kraju Autora i lekkiej fascynacji kulturą Japonii, pozostają mi obce, nudne, martwe. Nie podzielam zachwytów nad twórczością „kultowego pisarza”, nie potrafiłam wzbudzić w sobie ani sympatii, ani zrozumienia dla narratora. Nie dla mnie.

Moja ocena: 5/10.


Osamu Dazai, Owoce wiśni
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2020
Tłumaczenie: Katarzyna Sonnenberg-Musiał
Liczba stron: 252
ISBN: 978-83-07-03489-8

*******************************************************************************

Japanese Watercolors

A collection of sixteen short stories by the Japanese writer Osamu Dazai, who is relatively unknown in Poland, was published by Polish Publishing House Czytelnik. Although the volume is relatively short (250 pages), it posed quite a challenge for me, even though I read it in the author's country. However, the Japan in which the author's works were written no longer exists, so even my surroundings couldn't help me read.

A Difficult Biography of the Author

I believe I barely survived through the author's stories is because they faithfully reflect his biography. Dazai attempted suicide several times (sometimes accompanied by his lovers), suffered from appendicitis and celiac disease, after which he was addicted to morphine for a long time, extorted money from his brother for his living, and deceived his family about his academic progress and employment. As a narrator, he doesn't evoke sympathy, and his reflections and approach place him on par with the protagonist of Knut Hamsun's Hunger.

Japan of Decades Ago

Dazai's stories depict Japan just after World War II, with its supply shortages, wartime destruction, and the need to rebuild and start anew. A Japan not yet as developed as today, not as downtrodden, intimate, but rapidly developing and modernizing. However, even reading these stories in Japan, I no longer saw the country described; it seems it no longer exists.

The Narrow Frames of Personal History

Dazai's stories are short and rooted in his experience, a fact best summarized by the writer himself:

I am a writer of the marketplace. What I speak about remains within  the purview of the history of the one little individual called “me”. [...] but in later ages, when the time comes to investigate our currents of thought , it may be that these personal fragmentary descriptions of our lives that we are always writing will be more reliable than the writings of so-called historians. They are not to be something to be belittled. (An Almanac of Pain, p. 167)

This also explains the fragmented nature of the entire book. It's more like pictures, small watercolors, than a large canvas describing a coherent story. From the perspective of my culture, literary experience, even having visited the author's country three times and having a slight fascination with Japanese culture, it remains alien, boring, and lifeless to me. I don't share the admiration for the work of this "cult writer"; I couldn't gain any sympathy or understanding for the narrator. This book is simply for me.

My rating: 5/10.

Author: Osamu Dazai
Title: Cherries
Publishing House: Wydawnictwo Czytelnik, Warsaw 2020
Translation: Katarzyna Sonnenberg-Musiał
Number of pages: 252
ISBN: 978-83-07-03489-8

Maciej Siembieda, Gołoborze

Stare rany to zawsze dobry powód do nowej wojny

Powieść Macieja Siembiedy Małżonek dostał w grudniu w prezencie i nawet zaczął podczytywać. Potem odłożył gdzieś na bok, a ja jadąc w trasę odpaliłam sobie w serwisie YouTube darmowy fragment i przepadłam. Ponieważ książkę diabeł ogonem nakrył, musiałam wykupić sobie dostęp do platformy z audiobookami i przetestować, jak sprawdza się mi słuchanie tak długiego formatu (ponad 14 godzin w wykonaniu Mariusza Bonaszewskiego). Chociaż pod koniec tygodnia byłam już dość zmęczona, a historia w sumie mi się dłużyła, to książka trzymała w napięciu do samego końca.

Historia zanurzona w historii

Siembieda temat zakreślił bardzo ambitnie – historia toczy się od powstania styczniowego w 1863 roku do czasów transformacji ustrojowej i obejmuje 4 pokolenia dwóch zwaśnionych rodów – Kończaków i Cebrzynów. Akcja toczy się w okolicach Gór Świętokrzyskich, w fikcyjnej wsi Grabin (zanim doszłam do Post Scriptum Autora z uporem maniaka szukałam Grabina w okolicach Łysej Góry na Google Maps), gdzie dokonanie zemsty jest ważniejsze niż jakiekolwiek inne prawo, a wiejska gromada nie piśnie nikomu z zewnątrz ani słowa. Klimat jest mroczny niczym wnętrza oświetlanych lampą naftową wiejskich chat i duszny niczym w świniarni. Chociaż Siembieda zarzeka się, że nie lubuje się w makabrze i bebechach zbrodni, ilość kładącego się w książce trupa zdaje się temu przeczyć. Faktem jest, że co najmniej do połowy książka jest całkowicie nieodkładalna.

Realistyczne tło

Trzeba oddać Autorowi, że wydarzenia dokładnie umiejscawia w czasie i jego realiach. Mamy więc i okrutne podejście armii rosyjskiej do powstańców, i zapał po odzyskaniu państwowości, i okropieństwa drugiej wojny światowej, realia komuny, a potem rabunkowe podejście do transformacji. Zwłaszcza najnowsze czasy są przedstawione wyjątkowo realistycznie. Chociaż wiążący wszystko temat rodowej zemsty zaczął mnie z czasem nużyć, a nieudana historia miłości Stefana Cebrzyny i Jadwigi Kończakowej stanowiła punkt kulminacyjny w książce, po którym czytałam z mniejszymi wypiekami na twarzy, to jednak zwrotów akcji (zwłaszcza tego z zakończenia) mógłby Autorowi pozazdrościć niejeden scenarzysta. Zresztą książka aż się prosi o ekranizację z tuzami naszej sceny aktorskiej. Jednak, mimo wszystko – postaci najbardziej z krwi i kości były w pierwszej części – potworny zwyrodnialec Karaś, zabijający bez zmrużenia okiem, niewinna młoda Jadzia, jej ojciec Zbigniew, zwany Mścicielem, mordujący Niemców po lasach… W drugiej części historia straciła dla mnie trochę swojego impetu.

Sprawnie napisana rozrywka

Zdecydowanie nie jest to dla mnie wielka literatura, raczej sprawnie i znakomicie napisana rozrywka, która trzyma w napięciu, często buduje atmosferę grozy, czerpiąc obficie z lokalnych legend i historii. Mam jednak wrażenie, że motyw zemsty jest dość ograny, a dodatkowo – przestałam wierzyć w historię gdzieś w połowie. Może Autor za dobrze nakreślił miłość Stefana i Jadwigi, a nienawiść rodziców wydała mi się po prostu głupia. Warto po powieść sięgnąć, ale jestem odległa od pełnych zachwytu ocen.

Moja ocena: 7.5/10


Maciej Siembieda, Gołoborze
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2025
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-83677880

**********************************************************************************

Old wounds are always a good reason for a new war

My husband received Maciej Siembieda's novel as a gift in December and even started reading it. Then he put it aside, and while driving, I listened to a free excerpt on YouTube and was hooked. Since the book has disappeared, I had to purchase access to an audiobook platform and test how listening to such a long format (over 14 hours read by Mariusz Bonaszewski) worked for me. Although I was quite tired by the end of the week, and the story seemed to drag on, the book kept me hooked until the very end.

History Immersed in History

Siembieda's approach is very ambitious – the story unfolds from the January Uprising of 1863 to the period of the political transformation, spanning four generations of two feuding families – the Kończaks and the Cebrzyns. The action takes place near the Świętokrzyskie Mountains, in the fictional village of Grabin (before I reached the Author's Post Scriptum, I stubbornly searched for Grabin near Łysa Góra on Google Maps), where revenge is more important than any other law, and the villagers won't breathe a word to anyone outside. The atmosphere is as dark as the interiors of kerosene-lamplit farmhouses and as stuffy as a pigsty. Although Siembieda swears he doesn't revel in the macabre and guts of crime, the sheer number of corpses in the book seems to contradict this. In fact, the book is utterly unputdownable until at least halfway through.

A Realistic Setting

To the author's credit, he precisely places the events in the time and its realities. Thus, we have the Russian army's cruel treatment of the partisans, the zeal after regaining independence, the horrors of World War II, the realities of communism, and then the predatory approach to transformation. The most recent period, in particular, is presented with exceptional realism. Although the overarching theme of family revenge began to tire me over time, and the failed love story between Stefan Cebrzyna and Jadwiga Kończak served as the book's climax, leaving me less than thrilled to read it after this event, the plot twists (especially the one at the end) would make many a screenwriter envious. Besides, the book is practically begging for a film adaptation starring some of our leading actors. Despite all this, the characters were the most flesh and blood in the first part – the monstrous degenerate Karaś, who kills without batting an eye, the innocent young Jadzia, her father Zbigniew, known as the Avenger, murdering Germans in the forests… In the second part, the story lost some of its momentum for me.

Well written entertainment

This is definitely not great literature for me, but rather a skilfully and brilliantly written entertainment that keeps you on your toes, often building an atmosphere of dread, drawing heavily on local legends and history. However, I feel like the revenge theme is rather cliched, and what's more, I stopped believing the story about halfway through. Perhaps the author portrayed Stefan and Jadwiga's love too well, and the parents' hatred seemed simply stupid to me. The novel is worth reading, but I'm far from giving it a 10 out of 10 review.

My rating: 7.5/10

Author: Maciej Siembieda
Title: Stone Run (not translated to English as of April 2026)
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2025
Number of pages: 528
ISBN: 978-83-83677880

  

sobota, 11 kwietnia 2026

Szczepan Twardoch, Powiedzmy, że Piontek

Metapowieść

Dokonałam smutnej konstatacji – mam na swoich półkach niemal 2100 książek. Skoro czytam 52 książki rocznie, przeczytanie tylko tego, co czeka u mnie w domu, to ponad 40 lat, więc do emerytury nie wyrobię się na pewno, a nie wiem, czy i życia wystarczy. A przecież nie czyta się tylko tego, co człowiek pracowicie zgromadził we własnym księgozbiorze, książki się pożycza, i od znajomych, i z biblioteki, więc ogrom do przeczytania może przytłaczać. W związku z czym postanowiłam, jakże późno, dać audiobookom n-tą szansę, i na razie idzie mi całkiem nieźle. Udaje mi się dorzucić książkę w tygodniu, w tle, podczas spacerów, gotowania czy sprzątania, i staram się, by była to pozycja, która już czeka w domu w długiej kolejce wstydu. Tak też przesłuchałam powieść Szczepana Twardocha Powiedzmy, że Piontek, czytaną przez Autora oraz przez Borysa Szyca. Chociaż początkowo wada wymowy Autora bardzo mnie irytowała, to szybko wciągnęłam się w historię i pierwszy bohater całkowicie mnie urzekł, śmiałam się w głos, jednak im dalej w las, tym gorzej.

Powiedzmy, że Erwin Piontek to górnik ze Śląska

Historia zaczynała się bardzo obiecująco. Emerytowany górnik Erwin Piontek wstaje rano do pracy. Ubiera się, szykuje sobie kawę, wypala porannego papierosa, schowanego w ogrodowym krasnalu i wsiada do auta tylko po to, by w lusterku zobaczyć oświetloną światłem stopu mocno zirytowaną małżonkę, która uświadamia mu, że przecież jest na emeryturze i nie musi jechać do pracy. Erwin zasmuca się. Jego życie straciło kierunek i sens, domowe obowiązki nie dają mu poczucia spełnienia, ale mężczyzna ma marzenie, które w końcu, podczas spotkania Górniczego Klubu Turystyki Żeglarskiej „Szkwał” wypowiada na głos. Chociaż Piontek całe życie był górnikiem i 25 lat spędził pod ziemią, z całego serca pragnie pływać po morzu. Chociaż wszyscy myślą, że Erwin żartuje, górnik postanawia wydać oszczędności życia na łódkę, którą wpływa na zalew Rybnicki, i krąży po nim wytrwale, pragnąc przepłynąć dystans równy opłynięciu kuli ziemskiej. 73-latek staje się lokalną sensacją, a Twardoch pięknie obśmiewa społeczność tiktokerów, influencerów i inne absurdy. Kiedy już czytelnik pięknie umościł się na kanapie i z wypiekami na twarzy obserwuje górnika spełniającego swoje morskie marzenia, nagle zostaje przeniesiony w zupełnie inny czas (początek XX wieku) i w zupełnie inne miejsce (Deutsch-Südwestafrika), gdzie poznaje innego Erwina Piontka, który wiedzie zupełnie inne życie (choć ma te same pasje i obsesje, czyli pragnienie żeglowania i bezbłędne określanie czasu). Nie jest to jednak jedyne wcielenie bohatera.

Powiedzmy, że czytelnik nadąża

Wraz z upływem fabuły Erwin Piontek dostaje coraz większą autonomię, co jest ciekawym zabiegiem. Przechodzimy od wszystkowiedzącego narratora, który referuje jego życie oraz wydarzenia przed nim i po nim, do Piontka, który całkowicie przejmuje kontrolę nad opowiadaną historią i mści się na Autorze za niepomyślny dla niego rozwój fabuły. Z kolei jego destrukcyjne zapędy mszczą się na nim i prowadzą do utraty głosu. Twardoch napisał więc metapowieść zarówno o trudach pisania, kreowania świata ze słów, ale też samoświadomości Autora i jego widoczności w tekście. Twardoch już nawet nie puszcza oczka do czytelnika, tylko patrzy mu prosto w oczy i bawi się formą. Pytanie tylko, czy oprócz niego ktoś jeszcze dobrze się bawi. Powiedzmy, że nie.

Powiedzmy, że uwierzę narratorowi

Ta powieść zakłada dużo cierpliwości i dobrej woli ze strony czytelnika. Decydując się na formę powieści czytelnik chce słuchać spójnej i wiarygodnej historii, i pierwsza część książki mnie porwała i zachwyciła, ale też wzruszyła. Starszy człowiek, pełen swoich nawyków i dziwactw, pięknie nakreślony, mówiący po śląsku, spełniający swoje marzenia z poczuciem, że nie zostało mu dużo czasu. Potem zwrot fabularny i budowanie postaci Erwina Piontka od nowa – w ogóle mnie to nie zainteresowało ani nie porwało. Przestałam wierzyć książkowej narracji. Po co słuchać o czymś, czemu nie daje się wiary? Ostatni Erwin Piontek, samodzielnie opowiadający swoją historię, nie obchodził mnie już kompletnie, choć jego przemiana w Naczelnika Państwa, którego miał początkowo udawać, jest udana i przerażająca. Kończyłam jednak książkę na siłę, rozczarowana, zdezorientowana i nie doceniająca zabiegu formalnego. Nie wiem, czy pretensji nie mogę mieć tylko do siebie – począwszy od tytułu Autor uprzedza nas, że świat przedstawiony to tylko założenie. „powiedzmy, że” przewija się przez całą książkę konsekwentnie, więc powiedzmy, że czytelnik się na to zgadza od samego początku. Ale czy świadomie?  

Klub Fanów Erwina Piontka Pierwszego

Jeszcze na polonistyce ta książka bardzo by mnie ucieszyła i założę się, że powstanie na jej temat niejedna praca magisterska. Jednak teraz, kiedy nie czytam już z profesjonalnego przymusu, a bardziej dla przyjemności, ta lektura mnie zmęczyła i zirytowała. No i Erwin raczej nie opłynął świata, a to największe rozczarowanie. Wypuścić Erwina Piontka na morze! Zresztą to byłby fantastyczny plot twist, gdyby Erwin Piontek w wydaniu górniczo-żeglarskim zaczął żyć własnym życiem, fan-pejdże powstałyby naprawdę i Erwin zacząłby żyć własnym życiem, niezależnym od Autora. A może od początku o to właśnie chodziło?

Moja ocena: 6/10.


Szczepan Twardoch, Powiedzmy, że Piontek
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-08-08438-0

*******************************************************************************

Metanovel

I've made a sad realization – I have almost 2,100 books on my shelves. Since I read 52 books a year, reading only what's waiting for me at home would take over 40 years, so I definitely won't make it to the end of my life, let alone the retirement. But you don't just read what you've painstakingly amassed in your own collection; you borrow books, both from friends and from the library, so the sheer volume of reading can be overwhelming. Therefore, I decided, ever so late, to give audiobooks an umpteenth chance, and so far, I'm doing quite well. I manage to add a book a week, in the background, while walking, cooking, or cleaning, and I try to make sure it's a book that's already waiting in the long queue of shame at home. That's how I listened to Szczepan Twardoch's novel Let's Say Piontek, read by the Author himself and actor Borys Szyc. Although the Author's speech impediment initially irritated me, I quickly became engrossed in the story, and the first character completely captivated me. I laughed out loud, but the further I went, the worse it got.

Let's Say Erwin Piontek is a miner from Silesia

The story began very promisingly. Retired miner Erwin Piontek gets up for work in the morning. He dresses, prepares coffee, smokes his morning cigarette, hidden in a garden gnome, and gets into his car, only to see his wife, illuminated by the brake light, looking very irritated in the rearview mirror. She reminds him that he's retired and doesn't have to go to work. Erwin becomes saddened. His life has lost direction and meaning, his domestic duties leave him feeling unfulfilled, but he has a dream, which he finally voices aloud during a meeting of the "Squall" Mining Tourism Sailing Club (in English the club’s name sounds even more ironic). Although Piontek has been a miner his entire life and spent 25 years underground, he wholeheartedly longs to sail the sea. Although everyone thinks Erwin is joking, the miner decides to spend his life savings on a boat, which he takes to the Rybnik Reservoir and persistently navigates, aiming to sail a distance equivalent to circumnavigating the globe. The 73-year-old becomes a local sensation, and Twardoch brilliantly pokes fun at the community of TikTokers, influencers, and other absurdities. Once the reader has comfortably settled into the couch and is watching the miner fulfil his seafaring dreams, they are suddenly transported to a completely different time (the early 20th century) and a completely different place (German South West Africa), where they meet a different Erwin Piontek, who leads a completely different life (though he shares the same passions and obsessions, namely a desire for sailing and impeccable timekeeping). However, this isn't the only incarnation of the protagonist.

Let's say the reader keeps up

As the story progresses, Erwin Piontek gains more and more autonomy, which is an interesting literary breach. We move from an omniscient 3rd person narrator who recounts his life and the events before and after, to Piontek, who completely takes control of the story and takes revenge on the Author for the unfavourable developments of the plot. In turn, his destructive tendencies backfire on him and lead to the loss of his voice. Twardoch has written a metanovel about the difficulties of writing, creating a world from words, but also the author's self-awareness and his visibility in the text. Twardoch no longer even winks at the reader; he looks them straight in the eye and plays with form. The only question is whether anyone else is having fun. Let's say not really.

Let's say I believe the narrator

This novel assumes a great deal of patience and goodwill on the reader's part. Choosing the novel format, the reader wants to hear a coherent and believable story, and the first part of the book captivated and delighted me, but also moved me. An elderly man, full of his habits and quirks, beautifully described, speaking Silesian, fulfilling his dreams with the sense that he doesn't have much time left. Then the plot twist and the re-creation of Erwin Piontek's character—it didn't interest me or captivate me at all. I stopped believing in the book's narrative. Why listen to something you can't believe? The final Erwin Piontek, who tells his own story, no longer interested me at all, although his transformation into the Chief of State he was initially supposed to fake is both successful and utterly terrifying. However, I finished the book reluctantly, disappointed, disoriented, and underestimating the formal device. I don't know if I can blame only myself – starting with the title, the author warns us that the world presented is merely an assumption. "Let's say that" recurs consistently throughout the book, so let's say the reader agrees to this from the very beginning. But was it conscious?

Erwin Piontek the First Fan Club

Back in Polish Literature Studies, this book would have delighted me greatly, and I bet more than one master's thesis will be written about it. However, now that I no longer read out of professional obligation but more for pleasure, this reading has exhausted and irritated me. And Erwin probably didn't sail around the world, which is a bigger disappointment. Let Erwin Piontek out to sea! Besides, it would be a fantastic plot twist if Erwin Piontek, in his mining and sailing edition, started a life outside of the book, fan-pages were actually created, and he had a life of his own, independent of the author. Or maybe that was the intention from the beginning? 

My rating: 6/10.


Author: Szczepan Twardoch
Title: Let's Say Piontek
Publishing House: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Number of pages: 256
ISBN: 978-83-08-08438-0

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Philip K. Dick, Blade Runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (Do Androids Dream of Electric Sheep?)

Odkrywanie klasyki na nowo

Po książce Kazuo Ishiguro Klara i słońce nie mogłam sięgnąć po nic innego jak klasykę gatunku – Blade Runnera Philipa K. Dicka. Chociaż film oglądałam kilka razy (zarówno w reżyserii Ridley’a Scotta z 1982 roku, jak i nowy z 2017 roku w reżyserii Dennisa Villeneuve), to mam wrażenie, że klasyki gatunku nie czytałam, albo czytałam bardzo dawno. Warto więc było po nią sięgnąć, bo książka inaczej rozkłada akcenty niż obie ekranizacje.

Postapokaliptyczne życie na ziemi

Powieść Dicka mam w pięknym wydaniu Wydawnictwa Rebis z ilustracjami Wojciecha Siudmaka. Książka, licząca sobie niecałe 300 stron ze wstępem, to dość szybka lektura w 22 rozdziałach. Rick Deckard, żyjący w post-apokaliptycznym San Francisco, dostaje niespodziewany przydział na odłowienie sześciu zbiegłych androidów nowej generacji Nexus-6, gdyż jego bardziej doświadczony kolega zostaje poważnie zraniony przez jednego ze zbiegów. Łowca ma przed sobą bardzo trudne zadanie – wytropienie i zlikwidowanie aż sześciu sprytnych, łudząco podobnych do człowieka robotów, które odróżnia się od ludzi testem na empatię. Androidy nie mają w sobie współczucia, potrafią je tylko udawać, i taki test jest podstawą do rozróżnienia człowieka od maszyny. Chociaż androidy, które poznajemy, chcą wieść w miarę normalne życie (jedna z uciekinierek z Marsa śpiewa np. w operze), to jednak by dostać się z powrotem na Ziemię dopuściły się zbrodni na czerwonej planecie.

Mężczyzna w kryzysie

Deckarda obserwujemy w sytuacji kryzysowej – mężczyzna marzy o prawdziwym zwierzęciu, którym mógłby się opiekować zamiast swojej elektrycznej owcy. Żywy organizm świadczy o statusie, choć produkowane po zagładzie elektryczne zwierzęta w zasadzie trudno rozróżnić od oryginałów. Na Ziemi wyginęły niemal wszystkie ptaki i większość ssaków, więc pojedyncze pozostałe egzemplarze są na wagę złota. Po wykonaniu połowy swojej misji, którą łowca niemal przypłacił życiem, mężczyzna kupuje sobie szalenie drogą, żywą, czarną kozę nubijską, która jest powodem jego dumy.

Niewidoczna granica

Niepokojącym aspektem książki Dicka jest zacieranie się granic pomiędzy robotami a człowiekiem. Coraz nowsze systemy operacyjne coraz lepiej  naśladują ludzi, a wgrywana im pamięć utrzymuje maszyny w przekonaniu, że są żywymi organizmami. Androidy mają rosnącą potrzebę niezależności i prowadzenia samodzielnego życia, niepoświęconego służbie człowiekowi. Deckhard ma spore problemy z rozróżnieniem najnowszych generacji maszyn od ludzi, a można się domyślać, że w przyszłości ten problem będzie się jeszcze pogłębiał. Jednak w codziennym życiu łatwo to zauważyć – kiedy J.R. Isidore, jedyny mieszkaniec bloku, do którego wprowadzają się zbiegowie, znajduje żywego pająka, androidy zaczynają odrywać mu nogi, znęcając się nad stworzeniem bez szczególnej refleksji. To empatia staję się czynnikiem odróżniającym człowieka od maszyny, ale – paradoskalnie – ludzie w powieści Dicka są często odrętwiali, samotni, wyizolowani, nie widzący sensu w swoim istnieniu. Muszą używać specjalnej maszyny, by łączyć się w empatii z innymi ludźmi. Roboty z kolei nawiązują między sobą relacje i budują małe społeczności, co zwiększa ich szanse przeżycia.

Nowa religia

Ostatnim aspektem książki, na który chciałabym zwrócić uwagę, jest łącząca ludzi religia – Merceryzm. Ludzie mogą się połączyć przez specjalny aparat ze swoim cierpiącym guru, Wilburem Mercerem, i dzielić emocjami, wysyłając potrzebującym dumę i radość, a zabierając ich smutek i cierpienie. Wartością nadrzędną jest więc współodczuwanie, wspólnota, której jednak na co dzień w książce nie widać. Co ciekawe, Deckhard ma kilka razy wizje Mercera, który ostrzega go przed niebezpieczeństwem, ale pozwala również dostrzec ropuchę na pustyni. Chociaż w oglądanej przez wszystkich stacji telewizyjnej następuje próba obalenia merceryzmu jako fikcji, łowca jest przekonany o jej wadze i autentyczności.

Absolutna klasyka

Zawsze z dużą ciekawością sięgam do ważnych pozycji w kulturze – po pierwsze, żeby zobaczyć, czy je faktycznie znam i na ile różnią się one od swoich późniejszych interpretacji. Powieść przesuwa ciężar w stronę zagłady ekologicznej, wymierania gatunków i poczucia odpowiedzialności za tę katastrofę. Podkreślony jest cynizm wielkich korporacji, które produkują roboty wpierające ludzi podczas życia na innych planetach, ich próby podważenia metodologii rozróżniania robotów i ludzi, ich ostentacyjne bogactwo. Android Rachel Rosen, przy której testowaniu Deckhard niemal poległ, jest cynicznie zaprojektowany na uwodzenie łowców i uniemożliwianie im dalszej pracy. Misja robota jest jednak tylko połowicznie udana i pozostaje pytanie, kto kogo wykorzystał.

Chociaż książka została opublikowana w 1968 roku, pozostaje dalej boleśnie aktualna. Napisana w estetyce noir i przypominająca nieco kryminały Raymonda Chandlera (detektyw ścigający bezwzględnych przestępców) w ogóle się nie zestarzała, choć niektóre skoki myślowe Dicka i szybkie zmiany tematu czy optyki wymagają od czytelnika czujności. Dla mnie pozycja absolutnie obowiązkowa i być może coraz bardziej aktualna.

Moja ocena: 8/10.


Philip K. Dick, Blade Runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Ilustracje: Wojciech Siudmak
Wydawnictwo Rebis, Poznań 2018
Tłumaczenie: Sławomir Kedzierski
Liczba stron: 272
ISBN: 978-83-7519-131-7

**********************************************************************************

Redescovering the classic

Afer Kazuo Ishiguro's book Klara and the Sun, I couldn't find anything else but the classic of the genre – Philip K. Dick's Do Androids Dream of Electric Sheep?. Although I've seen the film Blade Runner several times (both Ridley Scott's 1982 film and the new 2017 film directed by Dennis Villeneuve), I feel like I haven't read this genre classic, or maybe I did a long time ago. It was worth picking it up, as the book has a different focus than the two film adaptations.

Post-apocalypse Life on Earth

I read Dick's novel in a beautiful edition from Rebis Publishing House, illustrated by Wojciech Siudmak. The book, with just under 300 pages including the introduction, is a fairly quick read with 22 chapters. Rick Deckard, living in post-apocalyptic San Francisco, is unexpectedly assigned to capture six escaped, next-generation Nexus-6 androids after his more experienced colleague is seriously wounded by one of the escapees. The hunter faces a daunting task: tracking down and eliminating six clever, deceptively human-like robots, distinguished from humans by an empathy test. Androids lack compassion; they can only fake it, and this test is the basis for distinguishing humans from machines. Although the androids we meet want to lead relatively normal lives (one of the Martian escapees sings opera, for example), they have committed crimes on the red planet to return to Earth.

Man in Crisis

We observe Deckard in a crisis situation: he dreams of a real animal to care for instead of his electric sheep. A living organism signifies status, although the electric animals produced after the Holocaust are essentially indistinguishable from the real thing. Almost all birds and most mammals have become extinct on Earth, so the few remaining specimens are worth their weight in gold. After completing half of his mission, which nearly cost the hunter his life, the man buys himself a wildly expensive, live, black Nubian goat, a source of pride for him.

Invisible Difference

A disturbing aspect of Dick's book is the blurring of the lines between robots and humans. Newer operating systems increasingly mimic humans, and the memory they're loaded with keeps the machines convinced they're living organisms. Androids have a growing need for independence and to lead independent lives, not dedicated to serving humans. Deckhard has significant difficulty distinguishing the latest generations of machines from humans, and one can surmise that this problem will only worsen in the future. However, this is easily noticeable in everyday life – when J.R. Isidore, the sole resident of the apartment building the fugitives move into, finds a live spider, the androids begin ripping off its legs, tormenting the creature without much thought. Empathy becomes the factor that distinguishes man from machine, but paradoxically, the people in Dick's novel are often numb, lonely, isolated, and see no meaning in their existence. They must use a special machine to connect empathetically with other humans. The robots, in turn, establish relationships with each other and build small communities, which increases their chances of survival.

New Religion

The final aspect of the book I'd like to highlight is the religion that unites people – Mercerism. People can connect through a special device with their suffering guru, Wilbur Mercer, and share emotions, sending pride and joy to those in need and taking away their sadness and suffering. Compassion and community are paramount, however, and these are not generally visible in the book. Interestingly, Deckhard has several visions of Mercer, who warns him of danger but also allows him to see a toad in the desert. Although a widely watched television station attempts to debunk Mercerism as fiction, the hunter remains convinced of its importance and authenticity.

An Absolute Classic

I always delve into important cultural works with great curiosity – firstly, to see if I actually know them and how they differ from later interpretations. The novel shifts the focus towards ecological destruction, species extinction, and the sense of responsibility for this catastrophe. It highlights the cynicism of large corporations that produce robots to support humans on other planets, their attempts to undermine the methodology of distinguishing between robots and humans, and their ostentatious wealth. Rachel Rosen's android, whose testing nearly failed, is cynically designed to seduce the hunters and prevent them from continuing their work. However, the robot's mission is only partially successful, and the question remains who exploited whom.

Although the book was published in 1968, it remains painfully relevant. Written in a noir aesthetic and somewhat reminiscent of Raymond Chandler's crime novels (a detective pursuing ruthless criminals), it hasn't aged at all, although some of Dick's thought-provoking leaps and quick changes of subject or perspective require the reader to be alert. For me, it's an absolute must-read and perhaps growing increasingly relevant.

My rating: 8/10.


Author: Philip K. Dick
Title: Do Androids Dream of Electric Sheep?
Illustrations: Wojciech Siudmak
Rebis Publishing House, Poznań 2018
Translation: Sławomir Kedzierski
Number of pages: 272
ISBN: 978-83-7519-131-7

czwartek, 26 marca 2026

Kazuo Ishiguro, Klara i słońce (Klara and the Sun)

Czy androidy wierzą w boga?

Powieść Kazuo Ishiguro z 2017 roku przypomina Nie opuszczaj mnie. Autor po raz kolejny sięga do tematów science-fiction, pokazując je niepokojąco blisko naszej rzeczywistości i w całkiem prawdopodobnym scenariuszu. Klara i słońce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Empatyczne androidy wspierają ludzi

Tytułowa Klara jest robotem, Sztuczną Przyjaciółką drugiej generacji, która z wystawy sklepowej obserwuje toczące się na ulicy życie. Ona i jej podobni zostali zaprojektowani jako wsparcie dla dzieci w czasie ich dorastania, z umiejętnością obserwacji, wyciągania wniosków i rozbudowanej analizy sytuacji. Klara dość długo musi czekać na swoją właścicielkę - zostaje nią Josie z rozbitej rodziny, gdzie dwoje rodziców pracuje w administracji na dość wysokich stanowiskach. Dziewczynka została poddana modyfikacji genetycznej, zwanej korekcją, która dzieciom z dobrze usytuowanych rodzin ma zapewnić sukces na studiach i lepsze życie. Starsza siostra Josie, Sal, zmarła w wyniku tego zabiegu. Stan dziewczynki się pogarsza i rodzina obawia się powtórki scenariusza. Zwłaszcza matka ma wyrzuty sumienia, ponieważ to ona podjęła decyzję o zabiegu.

Świat z przyszłości

W ten sposób zaczynamy poznawać świat z przyszłości. Roboty pomagają dzieciom w nauce i zapewniają im towarzystwo, by nie czuły się samotne. Rodzice czują się zmuszeni, by poddawać swoje pociechy ryzykowny procedurom, bez których z kolei droga na większość uniwersytetów jest zamknięta. Matka Josie, w obawie przed utratą drugiej córki, prosi Klarę, by jak najlepiej "nauczyła się" Josie, by ewentualnie, w przypadku jej śmierci, mogła ją zastąpić. Powstaje nawet specjalna powłoka o dokładnym wyglądzie córki, dla której wymówką jest pozowanie do portretu. Z jednej strony pokazuje to pewną niedojrzałość dorosłych i brak gotowości do ponoszenia konsekwencji własnych decyzji, z drugiej - ich totalne zagubienie w świecie technologii i wartości oraz zagrożeń z niej płynących.

Odwrócenie ról

Ofiarą w walce o zdrowie Josie będzie Klara, oddana przyjaciółka całkowicie poświęcona misji ratowania swojego człowieka. Klara, rozumiejąca świat poprzez swoją mechanikę i zasady działania, uznaje, że to samo, co jest dobre dla niej, będzie dobre dla człowieka. Co ciekawe, robot uznaje życiodajne słońce (Klara ma baterie słoneczne) za Boga i składając do niego modły podczas zachodu słońca uważa, że wyprasza zdrowie dla swojej ludzkiej przyjaciółki. Ludzie wierzą ślepo w naukę i niesione przez nią możliwości, szafując własnym życiem i zdrowiem. Roboty przejmują ludzką empatię i okazują więcej ciepłych emocji i zaangażowania niż ludzie, ale też szukają w swoim życiu absolutu, którego ludzie zdają się nie potrzebować. To niepokojące odwrócenie ról.

Klara i słońce wpisuje się w literacką tradycję

Powieść Ishiguro jest naprawdę bardzo dobra, długo trzyma w napięciu, co stronę cierpliwie pokazując coraz bardziej przerażający obraz nowej rzeczywistości. Oprócz wcześniejszej książki Klara i słońce nasuwa mi na myśl Wiedźmina - tam też pogromca potworów uważał je czasem za bardziej ludzkie od zleceniodawców. To na naszym podwórku, na światowym oczywiście Philip K. Dick i jego powieść Czy androidy śnią o elektrycznych owcach. Ishiguro wpisuje się w bogatą tradycję literacką, opowiadając historię, która łapie za serce, porusza i skłania do myślenia. Fascynująca książka.

Moja ocena: 9/10.


Kazuo Ishiguro, Klara i słońce
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Liczba stron:320
ISBN: 978-83-8251-365-1

**********************************************************************************

Do Androids Believe in God?

Kazuo Ishiguro's 2017 novel is reminiscent of Never Let Me Go. The author once again draws on science fiction themes, presenting them disturbingly close to our reality and in a quite plausible scenario. Klara and the Sun was a great read.

Empathetic Androids Support People

The titular Klara is a robot, a second-generation Artificial Friend who observes life on the street from a shop window. She and others like her were designed to support children as they grow up, with the ability to observe, draw conclusions, and analyze situations in detail. Klara has to wait quite a while for her owner – Josie. The girl comes from a broken home, where both parents, divorced, work in relatively high-ranking government positions. The girl has undergone genetic modification, known as correction, which is intended to ensure success in college and a better life for children from well-off families. Josie's older sister, Sal, died as a result of this procedure. The girl's condition worsens, and the family fears a repeat of the same scenario. The mother in particular feels guilty, as she was the one who made the decision for her daughter to undergo the procedure.

A World of the Future

This is how we begin to explore the world of the future. Robots help children learn and provide them with companionship so they don't feel lonely. Parents feel compelled to subject their children to risky procedures, without which, in turn, entry to most universities is closed. Josie's mother, fearing the loss of her second daughter, asks Klara to "learn" Josie as best she can so that, if she dies, she can replace her. A special shell is even created, precisely resembling her daughter, while the girl poses for a portrait. On the one hand, this demonstrates a certain immaturity of the adults and their lack of readiness to face the consequences of their own decisions, and on the other, their complete loss in the world of technology, values, and the dangers it brings.

Role Reversal

The victim in the fight for Josie's health will be Klara, a devoted friend completely dedicated to the mission of saving her human. Clara, understanding the world through her own mechanics and operating principles, recognizes that what is good for her will also be good for humans. Interestingly, the robot recognizes the life-giving sun (Clara has solar panels) as God, and by praying to it at sunset, she believes she is praying for the health of her human friend. People blindly believe in science and the possibilities it offers, squandering their own lives and health. Robots adopt human empathy and display more warm emotions and commitment than humans, but they also seek an absolute in their lives that humans seem to reject. This is a disturbing role reversal.

Clara and the Sun continues a literary tradition

Ishiguro's novel is truly excellent, sustaining suspense for a long time, patiently presenting an increasingly terrifying picture of the new reality with each page. Besides his earlier book, Klara and the Sun reminds me of The Witcher – in which the monster slayer sometimes considered them more human than their employers. It's in our own backyard, and in the world, of course, that’s Philip K. Dick and his novel Do Androids Dream of Electric Sheep are at the forefront. Ishiguro joins a rich literary tradition, telling a story that touches the heart, moves, and provokes thought. A fascinating book.

My rating: 9/10.


Author: Kazuo Ishiguro
Title: Klara and the Sun
Publishing House: Albatros, Warsaw 2021
Translation: Andrzej Szulc
Number of pages: 320
ISBN: 978-83-8251-365-1

sobota, 7 marca 2026

Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie (Nevel Let Me Go)

Nobliści też piszą science-fiction

Kiedy sięga się po tą książkę bez żadnej wiedzy i przygotowania, trochę przypadkowo, tak jak ja to zrobiłam, wybierając ją jako audiobooka na Spottify, czytelnik może być naprawdę coraz bardziej zaskoczony. Historia jest tak nieoczekiwana, że łapałam się na przewijaniu fragmentów, żeby upewnić się, że na pewno wszystko dobrze zrozumiałam.

Powieść doceniona przez krytyków

Opublikowana w 2005 roku powieść Nie opuszczaj mnie to szóste dzieło w dorobku Autora. Ishiguro publikuje swoje utwory ze znacznymi przerwami w czasie, mniej więcej co pięć lat, dając sobie dostatecznie dużo czasu na staranne wycyzelowanie swoich książek. Zarówno publiczność, jak i krytycy doceniają taką postawę, ponieważ pozycja była na krótkiej liście do Nagrody Bookera za 2005 rok, nominowana do Nagrody Arthura C. Clarke’a w 2006 roku oraz do Nagrody National Book Critics Circle za 2005 rok. Magazyn „TIME” umieścił ją na wśród stu najlepszych powieści opublikowanych od 1923 roku, a „The Guardian” na wysokim, czwartym miejscu wśród stu najlepszych powieści opublikowanych od 2000 roku. Ja nadal wolę Okruchy dnia i w moim personalnym rankingu postawiłabym je wyżej, ale obie książki mają w sobie taki stłumiony, subtelny krzyk.

Jakie sekrety kryje dzieciństwo

Nie opuszczaj mnie opowiada historię Kathy, która jest obecnie opiekunką dawców organów. Ponad trzydziestoletnia kobieta wspomina swoje dzieciństwo w internacie w Hailsham, swoje relacje z przyjaciółmi i nauczycielami. Jej najbliższą przyjaciółką była Ruth, a przyjacielem Tommy, który znosił wiele szykan od innych dzieci ze względu na swój wybuchowy charakter. Z czasem okazuje się, że brak rodziców i tajemniczość opiekunów to nie przypadek. Dzieci to klony, hodowane na dawców organów, a ośrodek w Hailsham to progresywna placówka, która ma pokazać społeczeństwu, że „wersje zastępcze” też mają uczucia i potrafią je wyrażać choćby przez sztukę (dlatego Madame, która regularnie wizytuje szkołę, zabiera najlepsze prace podopiecznych do mitycznej galerii). Z czasem dzieci dowiadują się coraz więcej o czekającym je losie, również dzięki niepogodzonym z nim nauczycielom, jak to było w przypadku pani Lucy. Czytelnik dowiaduje się, że klony są bezpłodne, a po ukończeniu edukacji mogą albo zostać opiekunami dawców, albo od razu dawcami. Najczęściej po maksymalnie czterech donacjach umierają, więc ich życie nie jest długie.

Najważniejsze tematy

Ishiguro porusza temat przyjaźni, ciągnącej się od dziecka po dorosłość, i jej różnym wymiarom. Oczywiście, jest to przefiltrowane przez motyw pamięci – narratorem powieści jest Kathy, która po szkole zdecydowała się na rolę opiekunki dawców, i dla której niedługo przyjdzie czas na spełnienie swojego losu. Dziewczyna zastanawia się więc, jak za czasów Hailsham dzieci rozumiały, co się wokół nich dzieje, jak postrzegały świat zewnętrzny (jako zagrożenie, dlatego nie wolno im było opuszczać ośrodka), ile tak naprawdę potrafiły pojąć. Drugim ważnym tematem jest dla mnie nadzieja połączona z miłością – legenda głosi, że jeśli jakaś para klonów pokocha się dostatecznie mocno, może dostać odroczenie zostania dawcą i kilka lat wspólnego szczęścia. Kiedy jednak Kathy i Tommy idą do panien Emily i Lucy, które opiekowały się szkołą, okazuje się, że takie odroczenie nie istnieje i raczej nigdy nie istniało. Szczęście nie jest dla klonów.

Gdy czytelnik wie więcej niż narrator

Ten stłumiony krzyk, o którym pisałam na początku, powstaje bardziej w czytelniku, niż narratorze. Poznając Kathy jako dziecko, z targającymi nią emocjami i klasycznymi dla tego okresu przygodami (ekscytujące pchle targi, kiedy dzieci mogły sobie zakupić jakiś używany przedmiot, rywalizacja o względy nauczycieli, tajemne zgrupowania i teorie spiskowe, młodzieńcze zauroczenia i miłostki), patrzymy na nią jako dziecko i dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, że Kathy nie jest w pełni człowiekiem. Ale  drugiej strony – no jak to nie jest? Przecież odczuwa i myśli zupełnie jak my. Stąd też budzi się niezgoda na taki los trójki przyjaciół, na traktowanie ich jako magazyn części zamiennych, bez prawa do życia i szczęścia. Jednak ta niezgoda jest tylko w czytelniku – zarówno narratorka, jak i jej przyjaciele nie buntują się przeciwko swojemu losowi. Odkąd został im on objawiony, przyjmują go i wypełniają bez słowa narzekania. Tymczasem upadek nadziei na wspólne życie dla Kathy i Tommiego czy też przedwczesna śmierć Ruth bezgłośnie łamią czytelnikowi serce.

Ważny głos we współczesnej dyskusji o etyce

Nie opuszczaj mnie to na pewno ważny głos etyczny w dyskusji o klonowaniu i jego moralnym wymiarze. Ishiguro najpierw pozwala nam poznać gromadę dzieciaków i przywiązać się do nich, a potem pokazuje nam całą prawdę, pytając – czy on naprawdę aż tak się od nas różnią? Pewnie dlatego ośrodek w Hailsham został zamknięty – dawał złudzenie, że istnieje jakaś inna wersja przyszłości, że nadzieja jest możliwa. Powieść Ishiguro można nazwać antyutopią i pokazać świat, w którym nie chcemy żyć. To ważna, mądra i bardzo przebiegła książka. Chociaż moja recenzja to uniemożliwia, polecam czytać tak jak ja czytałam – w pełnej nieświadomości. Wtedy uderza najmocniej.

Moja ocena: 7/10.


Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie
Wydawnictwo: Faber & Faber, Londyn 2005
Liczba stron: 282
ISBN: 978-0-571-22413-X

*********************************************************************************

Nobel Prize Winners Also Write Science Fiction

When you pick up this book without any prior knowledge or preparation, somewhat at random, as I did when I selected it as an audiobook on Spotify, the reader can be truly surprised. The story is so unexpected that I found myself rewinding passages to make sure I understood everything correctly.

A Critically Acclaimed Novel

Published in 2005, Never Let Me Go is the author's sixth work. Ishiguro publishes his works at significant intervals, roughly every five years, giving himself ample time to carefully refine his books. Both audiences and critics appreciate this approach, as it was shortlisted for the 2005 Booker Prize, shortlisted for the 2006 Arthur C. Clarke Award, and shortlisted for the 2005 National Book Critics Circle Award. TIME magazine ranked it among the 100 best novels published since 1923, and The Guardian placed it at a high fourth place among the 100 best novels published since 2000. I still prefer The Remains of the Day and would put it higher in my personal ranking, but both books have a subdued, subtle cry in them.

What Secrets Does Childhood Hold?

Never Let Me Go tells the story of Kathy, who is now a carer for organ donors. The thirty-something woman recalls her childhood at boarding school in Hailsham, her relationships with friends and teachers. Her closest friend was Ruth, and her best friend was Tommy, who endured much bullying from other children due to his explosive temper. Over time, it becomes clear that the absence of parents and the secrecy of their guardians are no coincidence. The children are clones, bred to be organ donors, and the Hailsham center is a progressive institution intended to show society that "surrogate versions" also have feelings and can express them, even through art (which is why Madame, who regularly visits the school, takes the best works of the pupils to a mythical gallery). Over time, the children learn more and more about the fate awaiting them, partly thanks to teachers who are at odds with it, as was the case with Miss Lucy. The reader learns that the clones are sterile, and after completing their education, they can either become guardians of the donors or donors themselves. Most often, they die after a maximum of four donations, so their lifespan is short.

Key Themes

Ishiguro explores the theme of friendship, stretching from childhood to adulthood, and its various dimensions. Of course, this is filtered through the motif of memory – the novel's narrator is Kathy, who, after school, decided to become a donor carer and for whom the time will soon come to fulfill her destiny. She wonders how, during the Hailsham era, the children understood what was happening around them, how they perceived the outside world (as a threat, hence they were forbidden to leave the facility), and how much they were truly capable to comprehend. Another important theme for me is hope combined with love – legend has it that if a pair of clones fall in love deeply enough, they can receive a deferral from becoming donors and a few years of shared happiness. However, when Kathy and Tommy go to Miss Emily and Miss Lucy, who looked after the school, it turns out that such a deferral does not exist and likely never had. Happiness is not for the clones.

When the Reader Knows More Than the Narrator

The muffled cry I mentioned at the beginning arises more from the reader than the narrator. Getting to know Kathy as a child, with her emotions and the classic adventures of the period (exciting flea markets where children could buy used items, competition for teachers' favors, secret gatherings and conspiracy theories, youthful infatuations and romances), we see her as a child, and only with time do we begin to understand that Kathy is not fully human. But on the other hand – how could she not be? After all, she feels and thinks just like us. Hence, there is a resentment towards the fate of the three friends, towards being treated as a warehouse of spare parts, without the right to live and be happy. However, this resentment resides only in the reader – neither the narrator nor her friends rebel against their fate. Since it was revealed to them, they accept it and live it without a word of complaint. Meanwhile, the collapse of Kathy and Tommy's hope for a life together and Ruth's premature death silently break the reader's heart.

An Important Voice in the Contemporary Ethical Debate

Never Let Me Go is certainly an important ethical voice in the debate about cloning and its moral dimensions. Ishiguro first allows us to meet a group of children and become attached to them, and then shows us the whole truth, asking – are they really so different from us? That's probably why the Hailsham center was closed – it gave the illusion that some other version of the future exists, that hope is possible. Ishiguro's novel can be called a dystopia and show a world we don't want to live in. This is an important, wise, and very cunning book. Although my review prevents it, I recommend reading it as I did – in complete oblivion. That's when it hits the hardest. 

My rating: 7/10.


Author: Kazuo Ishiguro
Title: Never Let Me Go
Publishing House: Faber & Faber, London 2005
Number of pages: 282
ISBN: 978-0-571-22413-X

Armenia 28.02-2.03

Geghard
28.02, sobota

Trafiły nam się tanie bilety do Armenii z Berlina linią Wizzair. Połączenie teoretycznie przyjemne, bo 19:30 w piątek wylot z Pragi, ale dolot do Armenii koło godziny 2:30, bo różnica czasu wynosi +3 godziny. Do hotelu dotarliśmy sporo po 4 rano, bo odprawa paszportowa, wyjęcie gotówki z bankomatu i wynajęcie auta trwały stosunkowo długo.

Rano udało mi się ruszyć krótko po 9, miałam przed sobą dobre 40 minut spaceru do centrum z naszego oddalonego hotelu. Erywań mnie nie zachwycił, ale coraz to lepsze widoki wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Miasto jest tak brzydkie, że aż trudno w to uwierzyć i co krok zaskakuje jakieś nowe obrzydlistwo. Bez zieleni ukrywającej wszelkie miejskie mankamenty i z późnozimową szarością, która bezlitośnie odsłania wszelkie niedoskonałości, stolica Armenii robi fatalne wrażenie. 

Katedra św. Grzegorza, Erywań
Szłam z dzielnicy Sari Tagh przez City Market i katedrę Grzegorza Oświeciela na Targowisko Vernissage. Market jak to market, choć pięknie wystawione warzywa i zwłaszcza suszone owoce przyciągały oko. Katedra robiła wrażenie dość surowej. Została postawiona w 2001 roku na 1700-lecie chrześcijaństwa w Armenii, może pomieścić 1700 wiernych, a sam obiekt ma ponad 3500 metrów kwadratowych. W środku jest chłodny i oszczędny.

Targowisko Vernissage to długie stoiska w kilku rzędach, głównie ze starociami, biżuterią i pamiątkami, wszystko oczywiście droższe, niż być powinno, ale klimacik ma. Można znaleźć sporo pięknie wykonanego rękodzieła i kupić unikatowe pamiątki.




Garni




Dalej ruszamy do Garni, gdzie w dość spektakularnej scenerii znajduje się bazaltowa świątynia z I w. n. e. poświęcona Bogu Słońca Mitrze. Z miejsca, gdzie znajduje się obiekt w kompleksie zabudowań późniejszej twierdzy Garni rozpościera się rozległy widok na wąwóz nad rzeką Azat. Mieliśmy szczęście, bo mimo śniegu słońce przygrzewało, a roztapiające się czapy śniegu spadały nam i lokalnym kotom na głowy. Oprócz świątyni w tym miejscu znajdują się również ruiny łaźni i pałacu z III w., ślady po okrągłym kościele z VII wieku oraz fragmenty pałacu Katholikosa z IX w. Co ciekawe, świątynia została zniszczona w 1679 roku przez trzęsienie ziemi, ale zrekonstruowano ją w latach 1969-75. Budowla wspiera się na 24 kolumnach z jońskimi kapitalikami i attycką podstawą. Wstęp kosztuje 1500 AD, parking tuż przy samym wejściu 200ADN.

Geghard
Kolejny na naszej liście jest monastyr Geghard, wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO w 2000 roku. Chociaż główny budynek pochodzi z 1215 roku, to w tym miejscu pierwsze założenia klasztorne pojawiły się już w IV w. za sprawą Grzegorza Oświeciciela. W środku znajduje się święte źródło, powód dla którego założenie klasztorne powstało właśnie w tym miejscu. Nazwa miejsca oznacza klasztor włóczni, od relikwii, która została tam przywieziona. Jednym z najbardziej imponujących miejsc jest gavit – prostokątna lub kwadratowa sala, której dach opierał się na kolumnach, która pełniła funkcję wejścia, miejsca pochówku dostojników i miejsca spotkań przed nabożeństwem. Obecnie stoja w nim ławy dla wiernych, a przy ścianach znajdują się wotywne świeczniki na świece. Cały kompleks jest malowniczo położony i otoczony murem. Za murami znajduje się kilka kościołów, częściowo wykutych w skale. Wstęp jest bezpłatny, a parking kosztuje 200AMD. Ze wszystkich klasztorów, które widziałam w Armenii, ten podobał mi się najbardziej. Ma wspaniale zdobiony, mroczny środek i szereg połączonych ze sobą ciemnych pomieszczeń. Zachwycają wyryte na ścianach krzyże i czaczkary – ormiańskie kamienne stele lub płyty wotywne, bogato zdobione.  

Norawank
Po krótkiej przerwie obiadowej w bardzo zimnym lokalu przy drodze niedaleko klasztoru, gdzie można było zobaczyć jak powstaje lawasz, czyli cienki, sporych rozmiarów podpłomyk, ruszyliśmy do ostatniego punktu na naszej trasie, a mianowicie klasztoru Norawank. Kompleks położony jest na zboczach kanionu Gnishik, a datowany już na IX wiek. Pierwszy z kościołów, z imponującym, bogato zdobionym tympanonem, to Kościół Matki Boskiej, ukończony w 1339 roku. Bogate rzeźbienie nad wejściem na pierwszym poziomie przedstawia Matkę Boską siedzącą na tronie z malutkim Jezusem na rękach i dwoma archaniołami po obu jej stronach – Gabrielem i Michałem. Przy drugim poziomie rzeźba przedstawia popiersie Jezusa z apostołami Piotrem i Pawłem. Druga budowla w kompleksie to kościół św. Jana Chrzciciela z IX lub X wieku, więc nieco straszy. Z najstarszego kościoła pozostała ruina po trzęsieniu ziemi z 1840 roku. Przylegający do niego kościół pod tym samym wezwaniem powstawał w latach 1221-27, a przyłączony do niego kościół świętego Grzegorza w 1275 roku, gdzie pochowanych jest wielu członków rodu Orbelianów, która rozbudowywała kompleks, w tym grób Elikuma, syna księcia Tarsaicha Orbeliana z 1300 roku (na płycie nagrobnej wyrzeźbiona figura lwa spoczywającego na łapie). Z przodu kompleksu znajduje się znany nam już z klasztoru Geghard gavit, nad którego drzwiami znajdują się niezwykłe rzeźby – dwa tympanony przedzielone oknem. Na górnym przedstawiony jest Bóg, który trzyma prawicę nad sceną ukrzyżowania, a lewej ręce trzyma głowę, przypuszczalnie Jana Chrzciciela. Po prawej stronie patrzącego znajduje się również gołąb, symbol Ducha Świętego. Dolna rzeźba przedstawia Matkę Boską z prorokiem Izajaszem i Janem Chrzcicielem. Trafiliśmy na miejscu na przesympatycznego przewodnika, który za drobną opłatą z wielkim zaangażowaniem pokazał nam wszystkie ważne detale kompleksu, a na koniec zapraszał do siebie do domu (jeśli dobrze zrozumieliśmy). 

1.03, niedziela

Niedzielę ogłosiliśmy dniem zabytków listy UNESCO - w Armenii są wpisane na nią trzy pozycje - widziany przez nas wcześniej Monastyr Geghard wraz z Doliną Górnego Azatu, zespół archeologiczny w Zvartnoc oraz katedra i kościoły w Eczmiadzynie, i wreszcie zespoły klasztorne Hachpat i Sanahin w regionie Tumanian.

Ruiny katedry w Zwartnoc
Zaczęliśmy więc od Zwartnoc, gdzie znajdują się ruiny trzypoziomowej katedry św. Grzegorza, której budowę rozpoczęto w 643 roku, a zakończono w 652. W X w. świątynię zniszczyło trzęsienie ziemi, a pył przysypał ruiny i z czasem pamięć o budowli zatarła się. Prace archeologiczne zaczęły się dopiero na początku XX wieku i były prowadzone do lat 90-tych. Rekonstrukcja wskazuję, że budowla miała trzy piętra, około 49 metrów wysokości i 37.5 metra średnicy (zbudowana była na planie okręgu). Do świątyni prowadziło 5 wejść, a kolejne piętra były coraz węższe. Świątynia ma pięknie zdobione kolumny, a wyższe piętra były rzeźbione w liście winorośli i krzewy granatu. Duże wrażenie robią zwieńczenie kolumn w kształcie orłów. Katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO w 2000 roku z otaczającym ją obszarem 14 hektarów. 

Eczmiadzyn







Następnie ruszyliśmy do Eczmiadzyna, gdzie stoi wspaniała bazaltowa katedra. Pierwsza budowla powstała w IV wieku i została znacząco przebudowana wiek później. W XVII wieku przeprowadzono szeroko zakrojone prace renowacyjne. Nie udało nam się wejść do środka, bo trwało właśnie nabożeństwo, ale zewnętrze i cały teren dookoła katedry wyglądały imponująco. 

Sanahin
Potem pojechaliśmy zwiedzać kościoły w Sanahinie i Hachpacie. Pierwszy jest malowniczo położony w ciekawej skądinąd miejscowości Sanahin, niedaleko której znajduje się nieczynna kopalnia miedzi, a pracownicy mogli dojeżdżać do pracy kolejką linową, której wagonik wciąż wiszą nad miastem. Urbex jak nic. Klasztor powstał około X w. za czasów panowania ormiańskiej dynastii Bagradytów, był ważnym ośrodkiem kulturalnym i naukowym. W centrum kompleksu znajduje się kościół Matki Bożej z lat 928-944, bazylika kopułowa na planie krzyża. Największą świątynią jest kościół Odkupiciela z 966 roku. Na wschodniej fasadzie znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca królów Lorri Gurgena I i Symbata, synów fundatorki kościoła, królowej Chosrowanusz, żony króla Aszota III z rodu Bagradytów.  To pierwsza w historii płaskorzeźba, ma ogromne znaczenie dla sztuki ormiańskiej. W 1811 roku do świątyni dodano gavit i jest to najwcześniejszy znany przykład takiej konstrukcji, wzorowanej zresztą na ormiańskich domach chłopskich, gdzie 4 słupy podtrzymywały dach, który miał otwór na środku, przez który mógł uciekać dym. W kompleksie znajduje się również seminarium Akademii z końca X wieku i biblioteka z 1063 roku, dzwonnica z lat 1211-1235 zwieńczona rotundą, również jeden z pierwszych takich obiektów w Armenii, wzorzec dla kolejnych podobnych konstrukcji.

Hachpat
Dosłownie 15 minut dalej leży klasztor w Hachpacie, drugi najciekawszy ze wszystkich przeze mnie zobaczonych. Chociaż jest ciut młodszy od sąsiada, jako pierwszy został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO (w 1996 roku).  Zespół klasztorny otoczony jest średniowiecznymi murami i składa się m.in. z czterech kościołów, dwóch narteksów, biblioteki, grobowca, wieży dzwonniczej oraz licznych płaskorzeźbionych płyt kamiennych zwanych chaczkarami. Podobnie jak w przypadku Sanahina, fundatorką była królowa Chosrowanusz. W latach 976-991 powstał największy kościół w kompleksie – Świętego Krzyża. Do świątyni dobudowano ogromny gavit (21 x18 metrów, ma on większą powierzchnię niż cała świątynia). Oprócz tego w kompleksie znajduje się jeszcze kościół św. Grzegorza z 1005 roku oraz kościół Matki Bożej z lat 1208-1220. W 1257 roku dodano największy obiekt w kompleksie, gavit Hamazaspa, od nazwiska przełożonego klasztoru, największy w całej Armenii, ze znakomitą akustyką. Z roku 1245 pochodzi wieża dzwonnicza.

Achpat


Zrobiliśmy jeszcze niepotrzebny wypad do kościoła w Achpacie, ale niestety był on zamknięty, a Google w ogóle nie podawało godzin otwarcia. O 18:15 kościół był już zamknięty, więc nie udało. Nam się zobaczyć zdobiących go pięknych fresków. 

Powrót do Erywania koło 23, co uważam za błąd, trzeba było zostać w okolicach Goszawanku i nocować. Klasztoru tam położonego nie udało nam się już następnego dnia zobaczyć. 

2.03, poniedzialek

Plac Republiki
Rano szybki wypad na Erywań - dojazd metrem do centrum i przyspieszony spacer - od Parku Khachkar z licznymi kamiennymi rzeźbami - kamiennymi krzyżami z różnych rejonów i okresów, ważnymi inskrypcjami w kamieniu, przez monumentalny plac Republiki, przy którym mieści się m.in. Ministerstwo Finansów i Muzeum Narodowe (w poniedziałki zamknięte), spacer koło pomnika starego sprzedawcy kwiatów (KARA-BALA) i dalej Północną Aleją ze sklepami największych i najbardziej luksusowych domów handlowych do placu Wolności i znajdującego się tam budynku Opery. Stamtąd rzut beretem na Erywańskie Esplanady, czyli monumentalne schody prowadzące do pomnika Xxx. Schody zostały wybudowane na 50-lecie istnienia Związku Radzieckiego, ale budowla nie została wtedy ukończona. W środku mieści się muzeum sztuki nowoczesnej Fundacji Rodziny Cafesijan i ruchome schody wiodące niemal na sam szczyt. Zarówno w środku budowli, jak i przed nią i na różnych jej poziomach znajdują się - bardzo dobre moim zdaniem - rzeźby. W ogóle Erywań jest miastem różnego rodzaju pomników, ale robi to w zdecydowanie lepszym stylu niż choćby Skopje, stolica Macedonii. I chociaż miasto nie rzuca na kolana, to jednak sądzę, że latem i wiosną, kiedy zazielenia się drzewa i przykryją trochę post-sowiecką rzeczywistość, stolica Armenii może mieć swój urok. 

Keczaris





Udało nam się jeszcze wyskoczyć do klasztoru Keczaris, około godzinę drogi od Erywania właśnie w stronę jeziora Sewan i dalej Goszawanku. Kompleks położony jest w zimowym kurorcie Tsaghkadzor, chociaż nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Głowny kościół, oczywiście poświęcony św. Grzegorzowi, został wzniesiony w 1003 roku, część kościoła uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1927 roku, ale została odbudowana w 1997 i 2000 roku. W XII wieku dobudowano duży gavit i niedaleko położoną katedrę (1214 r.). Jednak inne zabytki Armenii nieco przyćmiewają ten Kecharis, chociaż sami miasto robi przyjemne wrażenie.

Sevanavank
Około 30 minut dalej w stonę jeziora, na cypelku Sewan, do którego trzeba się było nieźle (i szybko) wspinać, mieści się klasztor Sevanavank. Kompleks składa się z kościoła Świętych Apostołow ufundowanego w 874 roku przez królewnę Miriam, żonę księcia Vasaka, córkę króla Ashota I. Drugi, nieco większy obiekt to kościół Matki Bożej z niewielkimi kaplicami. W jedne z nich znajduje się piękny XIII-wieczny khaczkar z wizerunkiem Boga Ojca i scenami biblijnymi. Ze względu na swoje położenie kompleks oferuje spektakularne widoki na pobliskie jezioro.

Tyle udało nam się zobaczyć w Armenii, więc całkiem sporo.

Drogi

Drogi w Armenii są w złym stanie, zaskakują dziurami, często rozpływającym się asfaltem, oraz znaczną ilością działających fotoradarów. Co prawda każdy z nich poprzedzony jest znakiem ostrzegającym, ale są one umieszczone nie tylko po prawej stronie drogi i często w miejscach z dodatkowym miejscowym ograniczeniem prędkości. Należy zwłaszcza uważać na trasie Erywań – Sewan. Paliwo jest tańsze nić w Polsce, litr benzyny kosztował ok. 4.60PLN.

Jedzenie

Jedzenie  Armenii jest smaczne i niedrogie. Warto zwłaszcza spróbować lokalnych serów, znacznie bardziej słonych od naszych i o nieco innej konsystencji. Popularnością cieszy się lawasz i różnego rodzaju mięsa z grilla. Warto też popróbować pożywnych zup, jak choćby charczo. Jest znacznie taniej niż w Polsce, herbata czy kawa kosztują ok. 2PLN, obiad bardzo różnie – 15-50PLN, w zależności od zamówienia.