sobota, 7 marca 2026

Armenia 28.02-2.03

Geghard
28.02, sobota

Trafiły nam się tanie bilety do Armenii z Berlina linią Wizzair. Połączenie teoretycznie przyjemne, bo 19:30 w piątek wylot z Pragi, ale dolot do Armenii koło godziny 2:30, bo różnica czasu wynosi +3 godziny. Do hotelu dotarliśmy sporo po 4 rano, bo odprawa paszportowa, wyjęcie gotówki z bankomatu i wynajęcie auta trwały stosunkowo długo.

Rano udało mi się ruszyć krótko po 9, miałam przed sobą dobre 40 minut spaceru do centrum z naszego oddalonego hotelu. Erywań mnie nie zachwycił, ale coraz to lepsze widoki wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Miasto jest tak brzydkie, że aż trudno w to uwierzyć i co krok zaskakuje jakieś nowe obrzydlistwo. Bez zieleni ukrywającej wszelkie miejskie mankamenty i z późnozimową szarością, która bezlitośnie odsłania wszelkie niedoskonałości, stolica Armenii robi fatalne wrażenie. 

Katedra św. Grzegorza, Erywań
Szłam z dzielnicy Sari Tagh przez City Market i katedrę Grzegorza Oświeciela na Targowisko Vernissage. Market jak to market, choć pięknie wystawione warzywa i zwłaszcza suszone owoce przyciągały oko. Katedra robiła wrażenie dość surowej. Została postawiona w 2001 roku na 1700-lecie chrześcijaństwa w Armenii, może pomieścić 1700 wiernych, a sam obiekt ma ponad 3500 metrów kwadratowych. W środku jest chłodny i oszczędny.

Targowisko Vernissage to długie stoiska w kilku rzędach, głównie ze starociami, biżuterią i pamiątkami, wszystko oczywiście droższe, niż być powinno, ale klimacik ma. Można znaleźć sporo pięknie wykonanego rękodzieła i kupić unikatowe pamiątki.




Garni




Dalej ruszamy do Garni, gdzie w dość spektakularnej scenerii znajduje się bazaltowa świątynia z I w. n. e. poświęcona Bogu Słońca Mitrze. Z miejsca, gdzie znajduje się obiekt w kompleksie zabudowań późniejszej twierdzy Garni rozpościera się rozległy widok na wąwóz nad rzeką Azat. Mieliśmy szczęście, bo mimo śniegu słońce przygrzewało, a roztapiające się czapy śniegu spadały nam i lokalnym kotom na głowy. Oprócz świątyni w tym miejscu znajdują się również ruiny łaźni i pałacu z III w., ślady po okrągłym kościele z VII wieku oraz fragmenty pałacu Katholikosa z IX w. Co ciekawe, świątynia została zniszczona w 1679 roku przez trzęsienie ziemi, ale zrekonstruowano ją w latach 1969-75. Budowla wspiera się na 24 kolumnach z jońskimi kapitalikami i attycką podstawą. Wstęp kosztuje 1500 AD, parking tuż przy samym wejściu 200ADN.

Geghard
Kolejny na naszej liście jest monastyr Geghard, wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO w 2000 roku. Chociaż główny budynek pochodzi z 1215 roku, to w tym miejscu pierwsze założenia klasztorne pojawiły się już w IV w. za sprawą Grzegorza Oświeciciela. W środku znajduje się święte źródło, powód dla którego założenie klasztorne powstało właśnie w tym miejscu. Nazwa miejsca oznacza klasztor włóczni, od relikwii, która została tam przywieziona. Jednym z najbardziej imponujących miejsc jest gavit – prostokątna lub kwadratowa sala, której dach opierał się na kolumnach, która pełniła funkcję wejścia, miejsca pochówku dostojników i miejsca spotkań przed nabożeństwem. Obecnie stoja w nim ławy dla wiernych, a przy ścianach znajdują się wotywne świeczniki na świece. Cały kompleks jest malowniczo położony i otoczony murem. Za murami znajduje się kilka kościołów, częściowo wykutych w skale. Wstęp jest bezpłatny, a parking kosztuje 200AMD. Ze wszystkich klasztorów, które widziałam w Armenii, ten podobał mi się najbardziej. Ma wspaniale zdobiony, mroczny środek i szereg połączonych ze sobą ciemnych pomieszczeń. Zachwycają wyryte na ścianach krzyże i czaczkary – ormiańskie kamienne stele lub płyty wotywne, bogato zdobione.  

Norawank
Po krótkiej przerwie obiadowej w bardzo zimnym lokalu przy drodze niedaleko klasztoru, gdzie można było zobaczyć jak powstaje lawasz, czyli cienki, sporych rozmiarów podpłomyk, ruszyliśmy do ostatniego punktu na naszej trasie, a mianowicie klasztoru Norawank. Kompleks położony jest na zboczach kanionu Gnishik, a datowany już na IX wiek. Pierwszy z kościołów, z imponującym, bogato zdobionym tympanonem, to Kościół Matki Boskiej, ukończony w 1339 roku. Bogate rzeźbienie nad wejściem na pierwszym poziomie przedstawia Matkę Boską siedzącą na tronie z malutkim Jezusem na rękach i dwoma archaniołami po obu jej stronach – Gabrielem i Michałem. Przy drugim poziomie rzeźba przedstawia popiersie Jezusa z apostołami Piotrem i Pawłem. Druga budowla w kompleksie to kościół św. Jana Chrzciciela z IX lub X wieku, więc nieco straszy. Z najstarszego kościoła pozostała ruina po trzęsieniu ziemi z 1840 roku. Przylegający do niego kościół pod tym samym wezwaniem powstawał w latach 1221-27, a przyłączony do niego kościół świętego Grzegorza w 1275 roku, gdzie pochowanych jest wielu członków rodu Orbelianów, która rozbudowywała kompleks, w tym grób Elikuma, syna księcia Tarsaicha Orbeliana z 1300 roku (na płycie nagrobnej wyrzeźbiona figura lwa spoczywającego na łapie). Z przodu kompleksu znajduje się znany nam już z klasztoru Geghard gavit, nad którego drzwiami znajdują się niezwykłe rzeźby – dwa tympanony przedzielone oknem. Na górnym przedstawiony jest Bóg, który trzyma prawicę nad sceną ukrzyżowania, a lewej ręce trzyma głowę, przypuszczalnie Jana Chrzciciela. Po prawej stronie patrzącego znajduje się również gołąb, symbol Ducha Świętego. Dolna rzeźba przedstawia Matkę Boską z prorokiem Izajaszem i Janem Chrzcicielem. Trafiliśmy na miejscu na przesympatycznego przewodnika, który za drobną opłatą z wielkim zaangażowaniem pokazał nam wszystkie ważne detale kompleksu, a na koniec zapraszał do siebie do domu (jeśli dobrze zrozumieliśmy). 

1.03, niedziela

Niedzielę ogłosiliśmy dniem zabytków listy UNESCO - w Armenii są wpisane na nią trzy pozycje - widziany przez nas wcześniej Monastyr Geghard wraz z Doliną Górnego Azatu, zespół archeologiczny w Zvartnoc oraz katedra i kościoły w Eczmiadzynie, i wreszcie zespoły klasztorne Hachpat i Sanahin w regionie Tumanian.

Ruiny katedry w Zwartnoc
Zaczęliśmy więc od Zwartnoc, gdzie znajdują się ruiny trzypoziomowej katedry św. Grzegorza, której budowę rozpoczęto w 643 roku, a zakończono w 652. W X w. świątynię zniszczyło trzęsienie ziemi, a pył przysypał ruiny i z czasem pamięć o budowli zatarła się. Prace archeologiczne zaczęły się dopiero na początku XX wieku i były prowadzone do lat 90-tych. Rekonstrukcja wskazuję, że budowla miała trzy piętra, około 49 metrów wysokości i 37.5 metra średnicy (zbudowana była na planie okręgu). Do świątyni prowadziło 5 wejść, a kolejne piętra były coraz węższe. Świątynia ma pięknie zdobione kolumny, a wyższe piętra były rzeźbione w liście winorośli i krzewy granatu. Duże wrażenie robią zwieńczenie kolumn w kształcie orłów. Katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO w 2000 roku z otaczającym ją obszarem 14 hektarów. 

Eczmiadzyn







Następnie ruszyliśmy do Eczmiadzyna, gdzie stoi wspaniała bazaltowa katedra. Pierwsza budowla powstała w IV wieku i została znacząco przebudowana wiek później. W XVII wieku przeprowadzono szeroko zakrojone prace renowacyjne. Nie udało nam się wejść do środka, bo trwało właśnie nabożeństwo, ale zewnętrze i cały teren dookoła katedry wyglądały imponująco. 

Sanahin
Potem pojechaliśmy zwiedzać kościoły w Sanahinie i Hachpacie. Pierwszy jest malowniczo położony w ciekawej skądinąd miejscowości Sanahin, niedaleko której znajduje się nieczynna kopalnia miedzi, a pracownicy mogli dojeżdżać do pracy kolejką linową, której wagonik wciąż wiszą nad miastem. Urbex jak nic. Klasztor powstał około X w. za czasów panowania ormiańskiej dynastii Bagradytów, był ważnym ośrodkiem kulturalnym i naukowym. W centrum kompleksu znajduje się kościół Matki Bożej z lat 928-944, bazylika kopułowa na planie krzyża. Największą świątynią jest kościół Odkupiciela z 966 roku. Na wschodniej fasadzie znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca królów Lorri Gurgena I i Symbata, synów fundatorki kościoła, królowej Chosrowanusz, żony króla Aszota III z rodu Bagradytów.  To pierwsza w historii płaskorzeźba, ma ogromne znaczenie dla sztuki ormiańskiej. W 1811 roku do świątyni dodano gavit i jest to najwcześniejszy znany przykład takiej konstrukcji, wzorowanej zresztą na ormiańskich domach chłopskich, gdzie 4 słupy podtrzymywały dach, który miał otwór na środku, przez który mógł uciekać dym. W kompleksie znajduje się również seminarium Akademii z końca X wieku i biblioteka z 1063 roku, dzwonnica z lat 1211-1235 zwieńczona rotundą, również jeden z pierwszych takich obiektów w Armenii, wzorzec dla kolejnych podobnych konstrukcji.

Hachpat
Dosłownie 15 minut dalej leży klasztor w Hachpacie, drugi najciekawszy ze wszystkich przeze mnie zobaczonych. Chociaż jest ciut młodszy od sąsiada, jako pierwszy został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO (w 1996 roku).  Zespół klasztorny otoczony jest średniowiecznymi murami i składa się m.in. z czterech kościołów, dwóch narteksów, biblioteki, grobowca, wieży dzwonniczej oraz licznych płaskorzeźbionych płyt kamiennych zwanych chaczkarami. Podobnie jak w przypadku Sanahina, fundatorką była królowa Chosrowanusz. W latach 976-991 powstał największy kościół w kompleksie – Świętego Krzyża. Do świątyni dobudowano ogromny gavit (21 x18 metrów, ma on większą powierzchnię niż cała świątynia). Oprócz tego w kompleksie znajduje się jeszcze kościół św. Grzegorza z 1005 roku oraz kościół Matki Bożej z lat 1208-1220. W 1257 roku dodano największy obiekt w kompleksie, gavit Hamazaspa, od nazwiska przełożonego klasztoru, największy w całej Armenii, ze znakomitą akustyką. Z roku 1245 pochodzi wieża dzwonnicza.

Achpat


Zrobiliśmy jeszcze niepotrzebny wypad do kościoła w Achpacie, ale niestety był on zamknięty, a Google w ogóle nie podawało godzin otwarcia. O 18:15 kościół był już zamknięty, więc nie udało. Nam się zobaczyć zdobiących go pięknych fresków. 

Powrót do Erywania koło 23, co uważam za błąd, trzeba było zostać w okolicach Goszawanku i nocować. Klasztoru tam położonego nie udało nam się już następnego dnia zobaczyć. 

2.03, poniedzialek

Plac Republiki
Rano szybki wypad na Erywań - dojazd metrem do centrum i przyspieszony spacer - od Parku Khachkar z licznymi kamiennymi rzeźbami - kamiennymi krzyżami z różnych rejonów i okresów, ważnymi inskrypcjami w kamieniu, przez monumentalny plac Republiki, przy którym mieści się m.in. Ministerstwo Finansów i Muzeum Narodowe (w poniedziałki zamknięte), spacer koło pomnika starego sprzedawcy kwiatów (KARA-BALA) i dalej Północną Aleją ze sklepami największych i najbardziej luksusowych domów handlowych do placu Wolności i znajdującego się tam budynku Opery. Stamtąd rzut beretem na Erywańskie Esplanady, czyli monumentalne schody prowadzące do pomnika Xxx. Schody zostały wybudowane na 50-lecie istnienia Związku Radzieckiego, ale budowla nie została wtedy ukończona. W środku mieści się muzeum sztuki nowoczesnej Fundacji Rodziny Cafesijan i ruchome schody wiodące niemal na sam szczyt. Zarówno w środku budowli, jak i przed nią i na różnych jej poziomach znajdują się - bardzo dobre moim zdaniem - rzeźby. W ogóle Erywań jest miastem różnego rodzaju pomników, ale robi to w zdecydowanie lepszym stylu niż choćby Skopje, stolica Macedonii. I chociaż miasto nie rzuca na kolana, to jednak sądzę, że latem i wiosną, kiedy zazielenia się drzewa i przykryją trochę post-sowiecką rzeczywistość, stolica Armenii może mieć swój urok. 

Keczaris





Udało nam się jeszcze wyskoczyć do klasztoru Keczaris, około godzinę drogi od Erywania właśnie w stronę jeziora Sewan i dalej Goszawanku. Kompleks położony jest w zimowym kurorcie Tsaghkadzor, chociaż nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Głowny kościół, oczywiście poświęcony św. Grzegorzowi, został wzniesiony w 1003 roku, część kościoła uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1927 roku, ale została odbudowana w 1997 i 2000 roku. W XII wieku dobudowano duży gavit i niedaleko położoną katedrę (1214 r.). Jednak inne zabytki Armenii nieco przyćmiewają ten Kecharis, chociaż sami miasto robi przyjemne wrażenie.

Sevanavank
Około 30 minut dalej w stonę jeziora, na cypelku Sewan, do którego trzeba się było nieźle (i szybko) wspinać, mieści się klasztor Sevanavank. Kompleks składa się z kościoła Świętych Apostołow ufundowanego w 874 roku przez królewnę Miriam, żonę księcia Vasaka, córkę króla Ashota I. Drugi, nieco większy obiekt to kościół Matki Bożej z niewielkimi kaplicami. W jedne z nich znajduje się piękny XIII-wieczny khaczkar z wizerunkiem Boga Ojca i scenami biblijnymi. Ze względu na swoje położenie kompleks oferuje spektakularne widoki na pobliskie jezioro.

Tyle udało nam się zobaczyć w Armenii, więc całkiem sporo.

Drogi

Drogi w Armenii są w złym stanie, zaskakują dziurami, często rozpływającym się asfaltem, oraz znaczną ilością działających fotoradarów. Co prawda każdy z nich poprzedzony jest znakiem ostrzegającym, ale są one umieszczone nie tylko po prawej stronie drogi i często w miejscach z dodatkowym miejscowym ograniczeniem prędkości. Należy zwłaszcza uważać na trasie Erywań – Sewan. Paliwo jest tańsze nić w Polsce, litr benzyny kosztował ok. 4.60PLN.

Jedzenie

Jedzenie  Armenii jest smaczne i niedrogie. Warto zwłaszcza spróbować lokalnych serów, znacznie bardziej słonych od naszych i o nieco innej konsystencji. Popularnością cieszy się lawasz i różnego rodzaju mięsa z grilla. Warto też popróbować pożywnych zup, jak choćby charczo. Jest znacznie taniej niż w Polsce, herbata czy kawa kosztują ok. 2PLN, obiad bardzo różnie – 15-50PLN, w zależności od zamówienia.

 

George R. R. Martin, Lodowy smok (The Ice Dragon)

Czy smoki nie powinny być ogniste?

Od pewnego momentu kusiło mnie krótkie opowiadanie George’a R. R. Martina zatytułowane Lodowy smok. Ze względu na niewielką objętość, dużą czcionkę i sporą ilość ilustracji autorstwa Anne Ivonne Gilbert, książka okazała się rozrywką na godzinę. Jednak mimo swoich niewielkich rozmiarów dostarczyła mi wielu wzruszeń, a dodatkowo pokazała początki charakterystycznych dla Martina chwytów, znanych potem z cyklu Pieśni lodu i ognia.

Fabuła

Bohaterką jest dziewczyna o imieniu Adara, która urodziła się w środku zimy i zawsze to zima była jej ukochaną porą roku. Dla rodziny przyjście na świat Adary było trudnym doświadczeniem – przy porodzie zmarła jej matka, Beth, a dziecko było od początku chłodne i wycofane. Nawet ojciec postrzegał ją jako oziębłą, a starsze rodzeństwo - brat Geoff i siostra Teri – zazwyczaj  nie mieli dla  niej czasu. Dziewczynka lubi bawić się zimą na dworze, ponieważ nie odczuwa zimna. Zaprzyjaźniają się z nią różne zimowe stworzenia – lodowe jaszczurki, a wreszcie również lodowy smok. Tradycja smoków w krainie jest znana od lat, zresztą brat ojca Hal jest smoczym jeźdźcem w służbie królewskiej. Jednak legenda głosi, że lodowego smoka nikt nie dosiadł i nie oswoił. Adara przełamuje ten stan – regularnie lata na smoku i nie czuje przed nim lęku. Jednak w tle toczy się wojna i wreszcie któregoś upalnego lata wrogie wojska zwyciężają i wkraczają na tereny, gdzie mieszka Adara z rodziną. Wuj ginie w obronie gospodarstwa, a dziewczynka ucieka w las. Na widok potężnych smoków ucieka do znanej sobie, chłodnej groty i tam znajduje swojego zimowego smoka. Prosi go o ocalenie, jednak rzucając ostatnie spojrzenia w stronę domu prosi legendarnego stwora, żeby uratował jej rodzinę. Dziewczynka przypuszczalnie zdaje sobie sprawę, że dla jej smoka będzie to śmierć. Tak też historia się kończy – jej lodowy jaszczur pokonuje trzy ogniste wrogie potwory, ale zostaje z niego jezioro o bardzo zimnej wodzie. Rodzinie udaje się przetrwać wojenną pożogę i po kilku latach powrócić na swoje ziemie. Od czasu epickiej walki Adara nigdy już nie ma zimnych rąk.

Poruszająca i smutna historia ze szczęśliwym zakończeniem

Na naprawdę niewielu stronach Martinowi udaje się zbudować pełną napięcia, piękną historię, pełną smutku i dramatyzmu. Co charakterystyczne dla tego pisarza, z łatwością rozstaje się z dobrze nakreślonymi bohaterami (Hal, czy też sam tytułowy Lodowy smok), chociaż nie idzie tak daleko, by uśmiercić rodzeństwo albo ojca Adary. Ofiara smoka przynosi głęboką przemianę dziewczynki – topi się jej zimne serce, staje się ona czuła i ciepła wobec najbliższych, a jej ręce pozostają ciepłe. Rodzinie udaje się przetrwać. Martin porusza wątki przyjaźni, poświęcenia, ale też pojednania z rodziną i walki o jej dobrobyt. Myślę, że jako historia dla dzieci spełni swoją rolę, ale też trzeba uważać przy czytaniu swoim pociechom – potrafi być brutalna i okrutna. No cóż, już w 1980 roku, kiedy została opublikowana po raz pierwszy, widać było, w którą stronę zmierza Autor. Dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie.

Moja ocena: 8/10. 


George R.R. Martin, Lodowy smok
Ilustracje: Yvonne Gilbert
Wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 2011
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 104
ISBN: 978-83-7506-730-9

******************************************************************************

Aren't dragons supposed to be fiery?

For a while now, I've been tempted by George R. R. Martin's short story "The Ice Dragon." Its compact size, large font, and numerous illustrations by Anne Ivonne Gilbert made it an entertaining read for an hour. Despite its small size, it still provided me with plenty of emotion and showcased the beginnings of Martin's signature techniques, later featured in the A Song of Ice and Fire series.

Plot

The protagonist is a girl named Adara, born in the dead of winter, and winter has always been her favorite season. Adara's birth was a difficult experience for her family – her mother, Beth, died during childbirth, and the child was cold and withdrawn from the start. Even her father perceived her as frigid, and her older siblings – brother Geoff and sister Teri – usually had no time for her. The girl enjoys playing outside in the winter because she doesn't feel the cold. Various winter creatures befriend her – ice lizards, and finally, an ice dragon. The tradition of dragons in the land has been known for years, and her father's brother Hal is a dragon rider in the royal service. However, legend has it that no one has ever ridden or tamed an ice dragon. Adara overcomes this – she regularly rides the dragon and feels no fear of it. However, a war rages in the background, and finally, one hot summer, the enemy forces triumph and invade the land where Adara and her family live. Her uncle dies defending the farm, and the girl flees into the forest. At the sight of the powerful dragons, she seeks shelter in a familiar, cool cave and finds her winter dragon there. She begs it for salvation, but with a final glance at her home, she asks the legendary creature to save her family. The girl likely realizes that this will mean death for her dragon. And so the story ends – her ice creature defeats three fiery enemy monsters, but what remains of it is a lake of very cold water. The family manages to survive the war and return to their lands after several years. Since the epic battle, Adara's hands have never been cold again.

A moving and sad story with a happy ending

In a very few pages, Martin manages to create a tense, beautiful story, full of sadness and drama. Typically for this writer, he easily parted ways with well-developed characters (Hal, and the titular Ice Dragon itself), though he doesn't go so far as to kill Adara's siblings or father. The dragon's sacrifice brings a profound transformation to the girl – her cold heart melts, she becomes tender and warm towards her loved ones, and her hands remain warm. The family manages to survive. Martin explores themes of friendship, sacrifice, but also reconciliation with family and the fight for their well-being. I think it will serve its purpose as a children's story, but you should be careful when reading it to your little ones – it can be brutal and cruel. Well, even in 1980, when it was first published, you could see where the author was heading. A very positive surprise for me.

My rating: 8/10.


George R.R. Martin, The Ice Dragon
Illustrations: Yvonne Gilbert
Publishing House: Wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 2011
Translation: Michał Jakuszewski
Number of pages: 104
ISBN: 978-83-7506-730-9

Bogdan de Barbaro w rozmowie z Justyną Dąbrowską, Swoją drogą…

Twórcze niewiedzenie

Nie jest to książka, którą kupiłabym z własnej nieprzymuszonej woli. Po pierwsze, nie przepadam za wywiadami-rzekami, za zapisem rozmowy. Zdecydowanie wolę książki z fabułą. Jednak tą książkę dostałam od osoby, którą darzę wielkim szacunkiem, więc uznałam, że dostrzegła w niej ona takie wartości, które chce mi przekazać, i warto dać tej pozycji szansę. Tak też zrobiłam, zabierając się do lektury nieśpiesznie, ale też bez głębokiego przekonania.

O twórcach i budowie książki

Bogdan de Barbaro to polski lekarz psychiatra i terapeuta, profesor nauk medycznych, superwizor Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, swego czasu kierownik Zakładu Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, nadal aktywny zawodowo. Rozmawiająca z profesorem Justyna Dąbrowska to psycholog i psychoterapeuta, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, redaktor naczelna miesięcznika „Dziecko”. Wywiad jest podzielony na 24 rozdziały po literach alfabetu (włączając Ś i Ż), poprzedzone Zaproszeniem zamiast wstępu, po których następują Podziękowania i Przypisy. Każda litera alfabetu odpowiada jednemu hasłu – tematowi, np. A jak Autorytet, B jak Bliskość, etc. Daje to pretekst do rozmowy na tematy ważne, takie jak emocje, utrata bliskiej osoby, terapia i stosowane leczenie, ale również tematy zahaczające o politykę (czego się spodziewałam, a co jednak niezmiernie mnie męczyło). Każdy rozdział poprzedzony jest bliskim sercu profesora wierszem, do którego treści rozmówcy nie raz się odnoszą.

Zapomniane pojęcia

Ponieważ tematy tej książki idą w cały świat, to każdy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie. De Barbaro to specjalista z ogromnym doświadczeniem, spokojnie i w metodyczny lecz nieprzytłaczający sposób dzielący się swoją wiedzą i spostrzeżeniami. Podobał mi się, że profesor opowiada o swoim doświadczeniu i rozwoju zawodowym, swoich wyborach życiowych, małżeństwie, ty, co sprawia mu radość, jednak potrafi wyznaczać granice swojej prywatności. Druga rzecz, która mi się podobała, to przywracanie pojęć, o który się obecnie rzadko mówi – pokora (Zatruć może pycha, poczucie mentalnej władzy, zarozumiałość, jakiś rodzaj niepokory. A ja wierzę w sens pokory, mówi de Barbaro (s. 20)) czy sens niewiedzy, który twórczo pcha do dalszego rozwoju. Profesor wierzy w ideę życia jako drogi, na której będą i momenty piękne, i momenty trudne, a taka koncepcja bardzo mi odpowiada.

Ż jak Życie, H jak Holocaust

Nie odpowiadało mi polityczne zaangażowanie tej książki, bardziej wymuszane przez „wywiadowczynię” Dąbrowską (taki opis ma prowadząca rozmowę w opisie swojej osoby), skupienie na tym, co oznacza polskość, głęboki antyklerykalizm. Uważam, że każde przeciąganie książki na jakąś stronę polityczną trochę ją dezaktualizuje i polaryzuje czytelników. Rozdziałem, który mnie zdecydowanie zaskoczył, był H jak Holocaust. Czemu ten temat miałby być tak szalenie istotny dla mnie na co dzień, na równi z miłością, autorytetem, bliskością, odwagą czy wreszcie górnolotnie życiem, to nie pojmuję, i czemu akurat to wydarzenie historyczne powinno mi spędzać sen z powiek i świadczyć o mojej wrażliwości na człowieka, zwłaszcza przy obecnych światowych konfliktach. Mimo więc swojego pozornego wyważenia i pewnej ostrożności wypowiedzi, nie udało się autorom uniknąć pewnego politycznego przechylenia.

Diabeł tkwi w szczegółach

Wiele uwag czy spostrzeżeń z tej książki zostanie ze mną na dłużej, zwłaszcza ze strefy ekspertyzy profesora, a więc dotyczących terapii, procesu żałoby czy trudów związanych z opieką nad starzejącymi się rodzicami i mechanizmami stojącymi za odbiorem tej sytuacji. Bardzo trafnie mówi de Barbaro o niebraniu siebie zbyt serio, o ważności pogody ducha i poczucia humoru w codziennych działaniach. Na poziomie ogólnym można się od profesora sporo nauczyć, zainspirować się, nabrać dystansu do samego siebie i pozwolić sobie na autorefleksję. Ale jednak polityczna podszewka i przeciąganie struny przez prowadzącą wywiad mocno mnie irytowało.

Moja ocena: 6/10.


Bogdan de Barbaro w rozmowie z Justyną Dąbrowską, Swoją drogą…
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2024
Liczba stron: 368
ISBN: 978-83-8380-124-7

*********************************************************************************

Creative Ignorance

This isn't a book I would buy of my own free will. Firstly, I'm not a fan of long interviews or transcripts of conversations. I definitely prefer books with a plot. However, I received this book from someone I respect greatly, so I decided she saw values ​​in it that she wanted to share with me, and I should give it a chance. So I did, though without any deep conviction.

About the authors and the structure of the book

Bogdan de Barbaro is a Polish psychiatrist and therapist, professor of medical sciences, supervisor of the Scientific Section of Psychotherapy of the Polish Psychiatric Association, former head of the Department of Family Therapy at the Department of Psychiatry at the Jagiellonian University Medical College, member of the Polish Psychiatric Association, and still professionally active. Justyna Dąbrowska, who spoke with the professor, is a psychologist and psychotherapist, a journalist for "Gazeta Wyborcza," and editor-in-chief of the monthly magazine "Dziecko." The interview is divided into 24 chapters, for most letters of the alphabet (including Ś and Ż), preceded by an Invitation instead of an introduction, followed by Acknowledgements and Footnotes. Each letter of the alphabet corresponds to a theme, e.g., "A" for "Authority," "C" for "Closeness," etc. This provides a pretext for discussing important topics such as emotions, the loss of a loved one, therapy and treatments, but also touching on politics (which I expected, yet which nevertheless irritated me immensely). Each chapter is preceded by a poem by notorious Polish authors close to the professor's heart, the content of which the interviewees repeatedly refer to.

Forgotten Concepts

Because the themes of this book resonate worldwide, every reader will find something to their liking. De Barbaro is a specialist with extensive experience, calmly and methodically sharing his knowledge and insights in a calm, yet unobtrusive manner. I liked that the professor talked about his experience and professional development, his life choices, his marriage, and what brings him joy, yet he also knows how to define the boundaries of his privacy. Another thing I liked was the reintroduction of concepts rarely discussed these days – humility ("Pride, a sense of mental power, arrogance, a certain kind of indignity can be poisonous. And I believe in the meaning of humility," de Barbaro says (p. 20)), or the meaning of ignorance, which creatively pushes one toward further development. The professor believes in the idea of ​​life as a path with both beautiful and difficult moments, and I really like this concept.

L for Life, H for Holocaust

I didn't like the political engagement of this book, which was more forced upon me by the interviewer Dąbrowska, the focus on what Polishness means, and the profound anticlericalism. I believe that any shift in the book's political focus somewhat deprecates it and polarizes readers. The chapter that definitely surprised me was "H for Holocaust." I don't understand why this topic should be so incredibly important to me every day, on par with love, authority, closeness, courage, and finally, on a high-note, life, and why this particular historical event should keep me awake at night and demonstrate my sensitivity to humanity, especially given the current global conflicts. Despite their apparent balance and a certain caution in their approach, the authors failed to avoid a certain political slant.

The Devil Is in the Details

Many of the comments and observations from this book will stay with me for a long time, especially those from the professor’s area of ​​expertise, such as therapy, the grieving proces, and the challenges of caring for aging parents and the mechanisms behind how we perceive this situation. De Barbaro speaks very aptly about not taking ourselves too seriously, and about the importance of cheerfulness and a sense of humor in everyday activities. On a general level, you can learn a lot from the profesor, be inspired, gain perspective on yourself, and allow yourself some self-reflection. However, the political underpinnings and the interviewer’s overreaching irritated me greatly an spoiled the fun. 

My rating: 6/10.


Author: Bogdan de Barbaro in conversation with Justyna Dąbrowska
Title: By the way... (title not translated to English as of March 2026)
Publishing House: Agora, Warsaw 2024
Number of pages: 368
ISBN: 978-83-8380-124-7

niedziela, 22 lutego 2026

Maja Mozga-Górecka, Figlarnie. Przestrzenie radykalnej prywatności

Trudno o architekturze

Po bardzo ciekawych dla mnie książkach Filipa Springera o architekturze, sięgnęłam po polecaną przez Magazyn Vogue pozycję Mai Mozgi-Góreckiej Figlarnie. Przestrzenie radykalnej prywatności. Książka jest dla mnie na tyle istotna, że zawiera rozdział o Alvarze Aalto, jednym z najważniejszych fińskich architektów, więc chciałam się z nim zapoznać przed wyjazdem do Finlandii. W sześciu rozdziałach autorka pokazuje różne koncepcje architektury, a o większości tych projektów nie miałam pojęcia.

Prywatność do odpoczynku

Rozdział pierwszy poświęcony jest Białemu Domowi na warszawskich Łazienkach wedle projektu Dominika Merliniego za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jednak oprócz samej koncepcji współistnienia człowieka i natury w tej części autorka poświęca sporo przestrzeni samej idei prywatności w architekturze, podkreślając raczej jej wcześniejszy brak. Od pałaców królewskich po chłopskie zagrody, ludzie mieszkali wspólnie, często w dużych grupach, przeżywając sytuacje dla nas całkowicie prywatne – współżycie, poród, śmierć – wspólnie. Następnie Mozga-Górecka przygląda się buduarowi jako przestrzeni kobiecej, niedostępnej męskiemu oku. Wchodzimy z wizytą na Bergstrasse 19 w Wiedniu, gdzie swój pierwszy gabinet miał przez 47 lat Zygmunt Freud. Musiał go w pośpiechu opuścić w 1938 roku, ale autorce udaje się odtworzyć tą mocno przytłaczającą przestrzeń, pełną kolekcjonerskich bibelotów i figurek, gdzie pacjenci, bez natykania się na siebie, mogli zagłębiać się w pogmatwane ścieżki własnej psychiki.

Prywatność do ukrywania

Następnie dziennikarka odwiedza prywatne domy zaprojektowane przez dwóch architektów – Willę Müllerów austriackiego architekta Adolfa Loosa w Pradze w dzielnicy Ořechovka, oraz dom Carlo Mollino w Turynie przy via Napione 2. Surowy i masywny dom praski skrywa niezwykle skomplikowane i ciekawe wnętrze zbudowane zgodnie z założeniami Raumplanu, gdzie pokoje są na różnych poziomach w domu, mają różną wysokość i kubaturę, odpowiadającą ich funkcji. Choć formalnie dom ma 4 piętra, to dociekliwi badacze naliczyli aż jedenaście różnych poziomów w reprezentacyjnej rezydencji zamożnego właściciela firmy budowlanej. Cieniem na budowli kładzie się fatalna reputacja jego projektanta, sądownie skazanego za molestowanie dzieci. Również drugi budynek, tym razem prywatna rezydencja samego architekta, Carlo Mollino, w środku starannie zaprojektowana, z bogactwem symboliki, był miejscem wątpliwych praktyk właściciela – mężczyzna zapraszał różne kobiety i fotografował ich akty. Jeszcze ciekawsza wydaje się interpretacja samego wnętrza: „Zdaniem Fulvia mieszkanie przy via Napione ucieleśnia funeralne wierzenia starożytnych Egipcjan i pomyślane zostało jako grób własny artysty, do którego na podobieństwo piramid niepowołani nie mieli wstępu” (s. 217). Tutaj prywatność przechodzi na drugą stronę i ma ukrywać skłonności właściciela lokalu. „Przypadek enigmatycznego Mollina najlepiej ilustruje, jak kłopotliwe, a właściwie niemożliwe, jest badanie prywatności. Im bliżej chcemy się jej przyjrzeć, tym bardziej nam umyka (s. 226), pisze Autorka.

Czy w ogóle prywatność?

Mam dwa problemy z książką Mozgi-Góreckiej. Wydaje mi się ona zbiorem dość przypadkowych esejów, zebranych pod tytułem prywatności, ale niekoniecznie faktycznie jej poświęconym. Dlatego mam kłopot z doczepieniem ostatniego rozdziału książki, poświęconego Alvarowi Aalto i jego drugiej żonie, Elissie. Rozdział ten pokazuje bowiem nie tylko prywatny dom pary, wybudowany na wyspie, ale również przekrój twórczości architekta z różnych etapów twórczości. Drugi problem jest taki, że książka napisana jest bardzo naukowym językiem, z wieloma przypisami, wydała mi się w wielu momentach nadmiernie trudna i nieprzystępna. Po przeczytaniu rozdziału miałam kłopot, z podsumowaniem, o czym on w zasadzie traktuje.

Co dalej?

Na pewno zostaną ze mną wzmiankowane przez Autorkę budynki i projekty twórców z całego świata, które oznaczyłam sobie na mapach Googla w poszczególnych krajach – może kiedyś uda mi się je zobaczyć. Sprawdzę wtedy, ile z treści książki we mnie jeszcze rezonuje i czy zgadzam się ze spostrzeżeniami zawartymi w tej publikacji. Schodzę z tej czytelniczej areny pokonana.

Moja ocena: 5/10.


Maja Mozga-Górecka, Figlarnie. Przestrzenie radykalnej prywatności
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2026
Liczba stron: 288
ISBN: 978-83-68059-94-6

******************************************************************************

A Difficult Read on Architecture

After Filip Springer's books on architecture, which I found very interesting, I picked up Maja Mozga-Górecka's Playful: Spaces of Radical Privacy, recommended by Vogue Magazine. The book was interesting to me as it includes a chapter on Alvaro Aalto, one of the most important Finnish architects, so I wanted to read it before my trip to Finland. In six chapters, the author presents various concepts of architecture and privacy, most of which I was unaware of.

Privacy for Rest

The first chapter is devoted to the White House in Warsaw's Łazienki Park, designed by Dominik Merlini during the reign of Stanisław August Poniatowski. However, in addition to the concept of the coexistence of humans and nature, in this section the author devotes considerable space to the very idea of ​​privacy in architecture, rather emphasizing its previous lack of existence. From royal palaces to peasant farms, people lived together, often in large groups, experiencing situations that are entirely private to uscohabitation, childbirth, death—together. Mozga-Górecka then examines the boudoir as a feminine space, inaccessible to the male eye. We visit Bergstrasse 19 in Vienna, where Sigmund Freud had his first office for 47 years. He had to leave in a hurry in 1938, but the author manages to recreate this overwhelming space, filled with collectibles and figurines, where patients, without encountering each other, could delve into the tangled paths of their own psyches.

Privacy to Hide

Next, the journalist visits private homes designed by two architects – the Müller Villa by Austrian architect Adolf Loos in Prague's Ořechovka district, and the Carlo Mollino house in Turin at Via Napione 2. The austere and massive Prague house conceals an incredibly complex and interesting interior, built according to Raumplan principles, where rooms are located on different levels within the house, varying in height and volume, reflecting their function. Although the house formally has four floors, inquisitive researchers have counted as many as eleven different levels in the representative residence of a wealthy construction company owner. The building is overshadowed by the disastrous reputation of its designer, who was convicted of child molestation. The second building, this time the private residence of the architect Carlo Mollino himself, also boasts a carefully designed interior rich in symbolism, and was the site of questionable practices by its owner – he invited various women and photographed their nudes. The interpretation of the interior itself seems even more interesting: "According to Fulvio, the apartment on Via Napione embodies the funerary beliefs of the ancient Egyptians and was conceived as the artist's own tomb, to which, like the pyramids, unauthorized persons were barred" (p. 217). Here, privacy takes a backseat and is intended to conceal the owner's inclinations. "The case of the enigmatic Mollino best illustrates how troublesome, or rather impossible, the study of privacy is. The closer we try to look at it, the more it eludes us (p. 226)," writes the author.

Is there any privacy at all?

I have two problems with Mozga-Górecka's book. It seems to me to be a collection of rather random essays, grouped under the title of privacy, but not necessarily actually devoted to it. That's why I have trouble attaching the last chapter of the book, devoted to Alvar Aalto and his second wife, Elissa. This chapter shows not only the couple's private house, built on an island, but also a cross-section of the architect's work from various stages of his career. The second problem is that the book is written in a very scholarly language, with many footnotes, and at many points it seemed excessively difficult and inaccessible. After reading the chapter, I had trouble summarizing what it was actually about.

What next?

The author had mentioned the buildings and projects by artists from around the world, and I have marked tchem on Google Maps in individual countries – maybe someday I'll be able to see them. Then I'll see how much of the book's content still resonates with me and whether I agree with the observations contained in this publication. I leave this reading arena defeated.

My rating: 5/10.

Author: Maja Mozga-Górecka
Title: Playful. Spaces of Radical Privacy (book not translated to English as of Feb 2026)
Publishing House: Karakter, Kraków 2026
Number of pages: 288
ISBN: 978-83-68059-94-6

sobota, 14 lutego 2026

Sławek Gortych, Schronisko, które zostało zapomniane

Przywracanie pamięci lokalnej

Bardzo dziwne, bo czwarty tom serii o Karkonoszach przeleżał u mnie ładnych kilka miesięcy. Po prostu nie miałam ochoty na kryminał. Teraz jednak tak mnie zmęczyła przygoda z Tove Jansson, że potrzebowałam czegoś lżejszego, a jednocześnie odpowiadającego ponurej pogodzie za oknem. Nadszedł więc czas na Gortycha, i Gortych nie zawodzi.

Hotel Sanssouci

Fabuła rozłożona jest na trzy wątki dziejące się w różnym czasie. Z jednej strony mamy szokującą konferencję referentów do spraw żydowskich Ministerstwa Spraw Zagranicznych III Rzeszy w hotelu Sanssouci w Krummhübel (Karpaczu) w kwietniu 1944 roku, gdzie poruszany był temat „fizycznej likwidacji żydostwa wschodniego, która pozbawi je rezerw biologicznych”. Autor sprawnie miesza postaci fikcyjne z historycznymi, przywracając to wydarzenie powszechnej pamięci i tłumacząc mechanizmy działania nazistowskiej propagandy oraz powojenną bezkarność zbrodniarzy. Drugi wątek rozgrywa się znacznie później, bo 1992 roku, kiedy dawniej nowoczesny hotel, funkcjonujący jeszcze w powojennej Polsce jako FWP Urocza jest już ruiną. W hotelu imprezę kończy młodzież żegnająca wakacje, którą burza przepłoszyła z lasu, nieświadoma, że zaledwie dobę wcześniej w budynku rozegrała się tragedia, która swój początek miała w złowieszczym Kotle Łomniczki. Wszystkie wątki łączą się w 2008 roku, kiedy podczas renowacji hotelu w ścianie zostają znalezione zamurowane zwłoki. Akcja się zagęszcza, a łeb w łeb z policyjnymi śledczymi będzie szedł dobrze już czytelnikowi znany pisarz Tomasz Wilczur.

Schronisko nad Wodospadem Łomniczki

Tym razem zapomnianym schroniskiem jest to Nad Wodospadem Łomniczki, wybudowane 1901 roku, zwane Einkehrhaus am Lomnitzfall albo Lomnitzfallbaude, zmiecione przez lawinę w 1902 roku. Obiektu nigdy nie odbudowano z obawy na ponowną katastrofę lawinową. Drugim ważnym dla powieści obiektem jest Schronisko nad Łomniczką, wzniesione w 1890 roku przez Michaela Melza, zwane Melzergrundbaude. Budynek jest mniej znany turystom, bo nie oferuje noclegów, a przez brak prądu nie miał zbyt bogatej oferty kulinarnej.

Współczesny Karpacz

W każdej powieści Gortych oprócz historycznej wiedzy o naszej małej ojczyźnie przemyca też jakiś ważny da siebie temat – a to apele o zachowanie zdrowego rozsądku w górach i traktowanie ich poważnie, a to szacunek dla GOPRu. Tym razem zwraca uwagę na rabunkową gospodarkę miejską w Karpaczu – zaśmiecone wizualnie przestrzenie miejskie, zalew chińszczyzny na straganach i szpecących reklam, wiele monumentalnych inwestycji deweloperskich. Autor pod sensacyjną fabułą niezmiennie potrafi ukryć i historię regionu, i jakieś istotne przesłanie, a czytelnik musi to wchłonąć podczas tych kilku godzin bardzo intensywnej lektury. Cóż więc mogę powiedzieć – Gortych trzyma poziom! Pięciogwiazdkowy!

Moja ocena: 8/10.


Sławek Gortych, Schronisko, które zostało zapomniane
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2025
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-8387-872-0

**********************************************************************************

Restoring Local Memory

Very strange, because the fourth volume of the Giant Mountains (Karkonosze) series had been sitting on my shelf for a good few months. I simply wasn't in the mood for a crime novel. But now I was so tired of Tove Jansson's adventure that I needed something lighter, yet one that would also be appropriate for the gloomy weather outside. So it was time for Gortych, and Gortych does not disappoint.

Hotel Sanssouci

The plot is divided into three storylines taking place at different times. On the one hand, we have a shocking conference of Jewish affairs officials from the Third Reich Ministry of Foreign Affairs at the Hotel Sanssouci in Krummhübel (Karpacz) in April 1944, where the topic of "the physical liquidation of Eastern Jewry, which would deprive it of its biological reserves" was discussed. The author skillfully blends fictional characters with historical ones, restoring the event to the public memory and explaining the mechanisms of Nazi propaganda and the postwar impunity of the criminals. The second storyline unfolds much later, in 1992, when the formerly modern hotel, still operating in postwar Poland as the Urocza Employee Holiday Fund, is already in ruins. A group of youngsters, celebrating the end of summer vacation, finishes a party at the hotel as they have been chased away from the forest nearby by a heavy storm. Teenagers ase unaware that just the day before, a tragedy, initiated at the gloomy Lomniczka Glacier Cirque, had unfolded in the building. All the threads weave in 2008, when, during the hotel renovation, a body is found bricked up in a wall. The plot thickens, and the already familiar writer Tomasz Wilczur will go head-to-head with police investigators.

The Shelter on the Łomniczki Waterfall

This time, the forgotten shelter is the Lomniczki Waterfall Shelter (Nad Wodospadem Łomniczki), built in 1901, known as Einkehrhaus am Lomnitzfall or Lomnitzfallbaude, which was swept away by an avalanche in 1902. The structure was never rebuilt for fear of another avalanche disaster. The second important structure in the novel is the Shelter on the Łomniczki River, built in 1890 by Michael Melz, known as Melzergrundbaude. The building is less well-known to tourists because it offers no accommodations and, due to a lack of electricity, did not offer a wide range of culinary options.

Contemporary Karpacz

In each of Gortych's novels, besides historical knowledge of our small homeland, the Author also incorporates some important theme – appeals for common sense in the mountains and taking them seriously, and respect for the Mountain Rescue Service (GOPR). This time, he draws attention to the predatory urban economy in Karpacz – visually cluttered urban spaces, a flood of Chinese souvenirs at stalls and ugly advertisements, and numerous monumental development investments. The author consistently manages to conceal both the region's history and a significant message beneath the sensational plot, and the reader must absorb it during these few hours of intense reading. So what can I say – Gortych holds up! Five stars!

My rating: 8/10.


Sławek Gortych, The Shelter That Was Forgotten (title not translated to English as of Feb'26)
WAB Publishing House, Warsaw 2025
Number of pages: 448
ISBN: 978-83-8387-872-0

Tove Jansson, Listy (Brev från Tove Jansson)

Byłoby miło „spotkać się przy herbatce”, a jeszcze lepiej przy wódce

Styczeń z Tove Jansson niepostrzeżenie przeszedł w luty z Tove Jansson, a jeszcze dwie książki przede mną – Słoneczne miasto (dwie powieści w jednym tomie) i Kobieta, która pożyczała wspomnienia (zbiór opowiadań). Spora część ponurego, zimnego i ciemnego miesiąca została poświęcona na zapoznanie się z korespondencją fińskiej artystki, bo Listy to nie jest lektura na jeden wieczór.

Tak pięknie do mnie piszesz, chciałabym Cię przytulić

Listy do dość opasła książka, ze starannie przygotowanym wstępem i słowem od tłumaczki. Tom podzielony jest na rozdziały w zależności od tego, kto był adresatem korespondencji (z odpowiednim opisem tychże), i uporządkowany chronologicznie, czyli kiedy dana korespondencja się rozpoczęła. Mamy więc i wiadomości do rodziny od stęsknionej uczennicy ze Sztokholmu, potem listy do przyjaciół, jak choćby do Ewy Konikoff, która uciekła przed wojną do Stanów Zjednoczonych, listy do ukochanych obojga płci, do matki czy w końcu korespondencja z wydawcą. Każdy zbiór jest w trochę innym tonie, tak jak z każdym rozmawia się trochę inaczej, na inne tematy, w różnym stopniu zażyłości. Dla mnie pewne wyzwanie stanowiła jednostronność tej komunikacji – tom nie zawiera odpowiedzi, więc widać zawsze jedną stronę medalu i jedną osobę.

A ja już nie boję się tak filifionkowo katastrof

Tematyka tych listów jest różna – sprawy rodzinne i finansowe, temat II wojny światowej, który podzielił rodzinę (Faffan czyli Viktor Jansson, ojciec Tove, był zwolennikiem Hitlera, matka i córka miały odmienne poglądy i niepokoiły się powołaniem brata Tove, Per Olova, do wojska i jego niepewnym losem), utratę przyjaciół (część osób zginęła, część wyjechała), powojenną rzeczywistość, trudności z zaopatrzeniem, życie miłosne, obejmujące zarówno relacje z mężczyznami (Atos Wirtanen), jak i kobietami (Vivika Bandler, Tuulikki Pietilä), zażyłe, choć trudne relacje z matką, Signe Hammarsten Jansson, zwaną Ham. Świadectwo czasów, sytuacji historyczno-gospodarczej, ale i jednostkowej wrażliwości, wartości, preferencji.

Należy przyjmować dni jak prezenty

Chociaż wyniosłam z Listów silne poczucie przekroczenia jakiejś granicy prywatności, zaglądania w sfery całkowicie prywatne, to miałam okazję zobaczyć Tove jako osobę obdarzoną ogromnym poczuciem humoru i wrażliwości. O ilustrowanych przez siebie przygodach Alicji w krainie czarów pisała: „Bonnier chce, żeby były idylliczne, żeby pasowały do domu ludowego, ale ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jedynym odpowiednim ilustratorem tego patologicznego koszmaru byłby Hieronymus Bosch” (s. 426), o niektórych odwiedzanych przez siebie wystawach sztuki: „Iskra, która sprawiła, że wybrańcy chwycili za pędzel i wykonali te boskie dzieła, w niezrozumiały sposób nie przeniosła się na widza” (s. 27). Nawet w trudnych chwilach, których przecież nie brakowało, Jansson zachowuje pogodę ducha i spokój.

Mieszkańcy tego kraju są jak te rosomaki na swoich brzozach

Dla siebie wyniosę z tej książki piękne i nostalgiczne obrazy Finlandii – od tęsknoty Finów za domem zanim jeszcze z niego wyjadą, poprzez powolną wiosnę, aż po malarski opis późnej jesieni na Klovharun, ukochanej wyspie pisarki i jej partnerki Tuulikki:

Nigdy nie widziałam wyspy takiej, jaką jest teraz, kiedy nadchodzi jesień. Nie ma tu żadnych barw pożegnalnych, one się tylko wymazują, mieszanina zwięzłej szarości i brązu, wyspa kurczy się i jakby wciąga w deszcze, a może i wieczory są dramatyczne z tymi swoimi pustoszącymi zachodami i ławicami chmur. Ciemność na takiej wyspie jest taka, jakby stała na końcu świata, a wszystkie odgłosy potężniejszą i ma się wrażenie absolutnej samotności - natura przestaje być ramą twojego istnienia, wyrzuca cię na peryferie i wspaniale dominuje. Nagle jest tylko morze i wielkie dramatyczne jesienne sklepienia. Dziwne, im krajobraz robi się mniej przyjazny, tym mniej chce mi się stąd wyjeżdżać - miasto jako schronienie wydaje mi się groźne. (s. 430)

Z tym opisem Was zostawię, tak jak z decyzją, czy sięgać do Listów. U mnie poleżały ładnych parę lat, i gdyby nie noworoczny wyjazd do Finlandii, to pewnie czekałyby dalej. Nie żałuję lektury, ale też raczej do niej nie wrócę.

Moja ocena: 7/10.

Tove Jansson, Listy
Wybór i komentarze: Boel Westin i Helen Svensson
Tłumaczenie: Justyna Czechowska
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Liczba stron: 464
ISBN: 978-83-65282-50-7

**********************************************************************************

It would be nice to "meet over tea," or even better, over vodka

(The subtitles are inexact quotes from the Letters from Tove)

January with Tove Jansson imperceptibly turned into February with Tove Jansson, and I still have two books to read – Sun City (two novels in one volume, published in Poland by Marginesy Publishing House), and The Woman Who Borrowed Memories (a collection of short stories). A large part of the gloomy, cold, and dark month was devoted to reading the Finnish artist's correspondence, because Letters from Tove are not a one-night stand.

You write to me so beautifully, I'd like to hug you

Letters are a rather lengthy read, with a carefully prepared introduction and a word from the translator. The volume is divided into chapters depending on the recipient of the correspondence (with a foreword who was who), and arranged chronologically, meaning when each correspondence began. So we have messages to family from a homesick student in Stockholm, then letters to friends, such as Ewa Konikoff, who fled the war to the United States, letters to loved ones of both sexes, to her mother, and finally correspondence with the publisher. Each collection has a slightly different tone, just as each conversation is slightly different, on different topics, with varying degrees of intimacy. For me, the one-sided nature of this communication posed a challenge – the volume doesn't contain answers, so you always see one side of the coin, one speaker.

And I'm no longer so Fillyjonkily afraid of disasters

The topics of these letters are varied – family and financial matters, the topic of World War II, which divided the family (Faffan, as Viktor Jansson, Tove's father was nicknamed, was a supporter of Hitler; mother and daughter had different views and were worried about Tove's brother, Per Olov, being drafted into the army and his uncertain fate), the loss of friends (some died, others left), the post-war reality, supply difficulties, love life, including relationships with both men (Atos Wirtanen) and women (Vivika Bandler, Tuulikki Pietilä), and the close, though difficult, relationship with her mother, Signe Hammarsten Jansson, known as Ham. It's a testament to the times, the historical and economic situation, but also to individual sensitivities, values, and preferences.

Days should be accepted as gifts

Although my predominant impression from Letters is a strong sense of crossing some boundary of privacy, of peering into completely private spheres, I had the opportunity to see Tove as someone with a tremendous sense of humor and sensitivity. She wrote about the Alice’s Adventures in Wonderland she illustrated: "Bonnier wants them to be idyllic, to fit into a folk home, but I am increasingly convinced that the only suitable illustrator for this pathological nightmare would be Hieronymus Bosch" (p. 426). She wrote about some of the art exhibitions she visited: "The spark that made the chosen ones pick up the brush and create these divine works incomprehensibly didn't transfer to the viewer" (p. 27). Even in difficult moments, of which there were many, Jansson remains cheerful and calm.

The people of this country are like those wolverines on their birch trees

I will take away from this book beautiful and nostalgic images of Finland – from the Finns' longing for home before they even leave, through the slow pace of spring, to the picturesque description of late autumn on Klovharun, the beloved island of the writer and her partner Tuulikka:

You’ve never seen the island as it looks now, tipping over into autumn. There are no bright colours out here to signal departure, they are simply erased, a withered tangle of greys and browns, the island shrinks and is somehow absorbed into the rain and sea and the evenings are dramatic with their desolate sunsets and banks of cloud. The darkness on an island such as this is like standing at the end of the world and all the night sounds are intensified, giving an impression of utter solitude – nature no longer frames one’s existence, but hurls it to the periphery and imposes its sovereign domination. Suddenly it’s just the sea and vast, dramatic autumn skies. Oddly enough I feel less and less inclined to leave, the less benign my surroundings grow – the security of town is more menacing. (p. 430)

I'll leave you with this description, as with the decision whether to read Letters or not. I've had them for quite a few years, and if it weren't for my New Year's trip to Finland, they'd probably still be waiting. I don't regret reading them, but I probably won't return to them either.

My rating: 7/10.

Author: Tove Jansson
Title: Listy
Selection and commentary: Boel Westin and Helen Svensson
Translation: Justyna Czechowska
Publishing House: Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Number of pages: 464
ISBN: 978-83-65282-50-7

Existing English translation:
Author: Tove Jansson
Title: Letters from Tove
Selection and commentary: Boel Westin and Helen Svensson
Translation: Sarah Death
University of Minnesota, 2021