środa, 31 grudnia 2025

Podsumowanie roku 2025 (Summary of the 2025 reading year)

Rok książek zmieniających życie

Czasami rok czytelniczy przynosi literackie zachwyty – jak było w ubiegłym roku. Książki wybitne, 10 na 10, o których długo się myśli, które pożycza się rodzinie i przyjaciołom, które się połyka i do których się wraca. Ten rok był zupełnie inny. Nie przyniósł literackich zachwytów jako takich, ale przyniósł książki, które zmieniają coś w organizacji życia albo otwierają pozamykane szufladki w głowie. 

Zaczęło się od Schyłku Andy Rottenberg. Ta książka pokazuje, jak ważni są ludzie dookoła i ciągła aktywność. Dziennik kuratorki sztuki pokazuje bogate życie towarzyskie autorki, co natchnęło mnie, introwertyczkę, do zadbania o moje relacje. Książka Glukozowa rewolucja, przeczytana na zalecenie lekarza diabetologa, zmieniła moje podejście do jedzenia. Potem przyszedł czas na otwieranie głowy i radzenie sobie z pozamykanymi w niej szufladkami – na rewizytę w moim doświadczeniu choroby (endometrioza), w czym pomogły mi wspomnienia Hilary Mantel. Dwukrotna zdobywczyni Bookera doświadczyła znacznie bardziej zaawansowanej choroby i w wieku dwudziestu siedmiu lat straciła macicę, jajniki i spory kawałek jelita. Ja w jej wieku też przeszłam swoją pierwszą operację i mamy niestety bardzo podobne blizny. Mantel opisywała swój lęk przed operacją, niepewność, czy będzie jej dane się obudzić, i jak będzie potem wyglądało jej życie. Wizyta w tej zamkniętej szufladce nie była przyjemna, bo mnie też cofnęła do mojego wielkiego lęku przed operacją, przepłakanej nocy i obcej osoby trzymającej mnie za rękę w szpitalu w operacyjny poranek. Okazuje się jednak, że nie jestem w tych ciężkich doświadczeniach osamotniona, a czytanie o nich to sposób na oswojenie tego doświadczenia, wyjęcia go z zapomnianej szufladki i jego rewaluacji i pogodzenia się z nim. Można powiedzieć – dorastania. Za to doświadczenie jestem wdzięczna.


Rok 2025 przyniósł mi najwięcej przeczytanych książek w historii bloga, bo aż 62, i ponad dwadzieścia tysięcy przeczytanych stron. Nadal większość moich lektur pochodzi z biblioteki, i nadal jestem pod wielkim wrażeniem, jak znakomicie zaopatrzone są miejskie biblioteki oraz jak niedługo trzeba czekać na upatrzoną pozycję. Ten rok był również wyjątkowy ze względu na ilość książek, których się pozbyłam – w większości oddałam na rzecz Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci, z którym jestem od lat związana jako wolontariusz. Po pierwsze, uwolniłam trochę swoich zasobów, z których już nie korzystam i nie będę korzystać. To znaczy, że zwolniłam trochę miejsca na inne pozycje, ale! Zamierzam w tym roku ciągnąć ten pozytywny trend i liczę, że znów będę w stanie wybrać około 100 książek, które poszukają nowego właściciela. To jest moja nowa faza – oddawać rzeczy niepotrzebne, znajdować im nowych właścicieli przez platformy sprzedażowe (OLX, Vinted), oddawać w dedykowanych akcjach czy zbiórkach, ale starć się nie wyrzucać na śmietnik. Na razie idzie mi całkiem dobrze, choć przy moich złogach jeszcze długa praca przede mną.

Chociaż ten rok był i jest dla mnie dość ciężki, to kończę go w miarę spokojnie, z dużym poczuciem książkowego sukcesu i ciekawości, co przyniesie kolejny rok. Dziesięć, dziewięć, osiem… Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

**********************************************************************************

A Year of Life-Changing Books

Sometimes a reading year brings literary delights – as was the case last year. Outstanding books, 10 out of 10, that you think about for a long time, lend to family and friends, devour and return to. This year was completely different. It didn't bring literary delights per se, but it brought books that changed the way you organize your life or opened closed compartments in your mind.

It started with Anda Rottenberg's Decline. This book shows the importance of people around you and constant activity. The Diary of an Art Curator reveals the author's rich social life, which inspired me, an introvert, to take care of my relationships. The book Glucose Revolution, read on the recommendation of a diabetologist, changed my approach to eating. Then came the time to open my mind and deal with the closed compartments – a revisit to my experience of illness (endometriosis), which was helped by Hilary Mantel's memoirs. The two-time Booker Prize winner experienced a much more advanced illness and, at the age of twenty-seven, lost her uterus, ovaries, and a large section of her intestine. I also underwent my first surgery at her age, and unfortunately, we have very similar scars. Mantel described her fear of surgery, the uncertainty of whether she would ever wake up, and what her life would be like afterward. Visiting this closed box wasn't pleasant, because it took me back to my own intense fear of surgery, the night of crying, and the stranger holding my hand in the hospital the morning of surgery. It turns out, however, that I'm not alone in these difficult experiences, and reading about them is a way to come to terms with this it, to take it out of the forgotten box, to reevaluate it, and to accept it. You could say—to grow up. For this experience, I am grateful.

Foreign literature:


Polish literature:


Crime novels:

Remaining cathegories:


2025 brought me the most books read in the history of the blog, a staggering 62, and over twenty thousand pages read. Most of my reading still comes from the library, and I'm still amazed at how well-stocked the city libraries are and how short I have to wait for a book. This year was also special because of the number of books I got rid of – most of them were donated to the Wrocław Children's Hospice, where I've been a volunteer for years. Firstly, I freed up some of my books that I no longer use and won't reread. That means I've freed up some space for other books, but still! I intend to continue this positive trend this year and hope to be able to choose about 100 books that will find new owners. This is my new phase – giving away unwanted items, finding them new owners through online marketplaces (OLX, Vinted), donating them in dedicated campaigns or collections, but trying not to throw them in the trash. So far, I'm doing quite well, although I still have a long way to go with my collection. Although this year has been, and continues to be, quite a difficult one for me, I'm ending it relatively calmly, with a great sense of bookish success and curiosity about what the next year will bring. Ten, nine, eight... Happy New Year!

  

wtorek, 30 grudnia 2025

Karl Ove Knausgård, Trzecie królestwo (Det tredje riket)

Drzwi są otwarte

Tak jak się odgrażałam, zasiadłam i przeczytałam Trzecie królestwo niemal na jednym wdechu. Chyba trylogia właśnie przestała być trylogią… W internecie pojawiają się informacje, że ma być to seria składająca się z sześciu tomów, niczym Moja Walka. Zobaczymy, dołączam zatem do rzeczy czytelników czekających na kolejne tomy.

Powrót do znanych już bohaterów

Tom trzeci przeplata bohaterów z obu poprzednich części, choć zdecydowanie więcej jest ich z Gwiazdy porannej, a mniej z Wilków z lasu wieczności. Witamy ponownie Helge Bråthena, architekta, który okazuje się być chłopcem z drugiego tomu, który widział wypadek Syverta Lyøninga. Dojrzałego już mężczyznę prześladuje ta sytuacja z jego dzieciństwa i nie pozwala mu skupić się na pracy i nowych projektach. Mamy też Katherine, znaną z pierwszej części panią pastor, i jej męża Gaute, nauczyciela, oraz ich kryzys małżeński. Gaute dodatkowo jest zaniepokojony jedną ze swoich uczennic, Gudrun, która przestaje uczęszczać do szkoły i zaczynają ją dręczyć nocne koszmary. Jakby Ci wrażliwsi i delikatniejsi w społeczeństwie zauważyli otwarcie się jakiegoś innego świata. „Drzwi są otwarte,” mówi Mikael, partner matki Katherine, po ciężkim wypadku (s. 517). Nikt nie wie, o co chodzi. Wreszcie Line, córka pielęgniarki Solveig z pierwszego tomu, zostaje wciągnięta w mroczny świat Black Metalu przez poznanego niedawno wokalistę zespołu Domen, Valdemara. Funkcjonariusz policji Geir prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa trzech członków zespołu Kvitekrist. Dzięki intensywnemu życiu zawodowemu udaje mu się również ukrywać przed żoną Helene swój romans z Elisabeth. Śledztwo, w które mężczyzna jest zaangażowane, jest wyjątkowo brutalne i niestandardowe – ofiary zostały obdarte ze skóry, a ich głowy obrócone w nienaturalny sposób.

Choroba psychiczna

Trzecie królestwo przynosi również jeden z najlepszych obrazów choroby psychicznej w literaturze. Tove, która wróciła ze szpitala i spędza wakacje z rodziną w domku letniskowym, przestaje brać leki i znów zaczyna słyszeć głosy, maniakalnie malować i mieć zwidy. Jej rozdarcie pomiędzy normalnością a manią jest potworne i przerażające, ale najgorsza jest chyba niepewność rodziny i ograniczone zaufanie wobec kobiety. Rodzina przygląda się jej z dużym niepokojem, widzi jej zmienną kondycję psychiczną i fizyczną i z czasem delikatnie odrzuca Tove. Kobieta nie może się oprzeć wrażeniu, że jej najbliżsi funkcjonują lepiej i spokojniej bez niej, i odczuwa z tego powodu wyrzuty sumienia. Wstydzi się również swoich działań, które robi podczas napadów manii, kiedy nie jest sobą. Knausgård pokazał sytuację chorego od wewnątrz (stan psychiczny) i od zewnątrz (sytuacja rodzinna) i zrobił to naprawdę mistrzowsko, ciężko, przytłaczająco.

Eskalacja niepokoju

Powieść Knausgårda buduje w czytelniku duży niepokój – dzieje się wiele niepokojących rzeczy, począwszy od brutalnego morderstwa, poprzez dręczące wiele jednostek koszmary, po fakt, że w całej Norwegii przez tydzień nikt nie umarł, a więc od momentu pojawienia się dziwnej gwiazdy na niebie. Nawet osoby ze stwierdzoną śmiercią mózgu dają niejednoznaczne objawy aktywności martwego narządu. Jednak tym, którzy odczuwają dziwność sytuacji, nie daje się wiary – są to albo osoby cierpiące na choroby psychiczne, albo straumatyzowane, po wypadkach. Społeczeństwo odsuwa też dziwność od siebie – brak zgonów, niewyjaśnione przypadki cudów medycznych, gdy po ciężkich wypadkach samochodowych nikt nie umiera. Coraz więcej osób się nad tym osobno zastanawia i rozmawia o tym prywatnie, ale nie ma żadnej powszechnej paniki. Czy to tylko kwestia czasu, kiedy ona wybuchnie?

W oczekiwaniu na dalsze części

Osobiście jestem trochę rozczarowana – nastawiłam się, że to będzie ostatnia część trylogii, więc brak zakończenia i eskalacja napięcia mnie zdziwiły. Ta część nie miała eseju filozoficznego (w zasadzie tylko namiastkę, a więc Mapę mózgu Jarle Skinlo), powrót do bohaterów z pierwszego tomu wymagał ode mnie trochę wysiłku, połączenie kropek i poszukiwanie brakujących bohaterów. Rozrasta się ta proza i to niesie za sobą swoiste wyzwania. Niemniej jednak, z wielką przyjemnością – i ciekawością – sięgnę po kolejne części. Knausgård nie gna do przodu z fabułą, skupia się na normalnym życiu różnych bohaterów, delikatnie pokazuje powiązania między nimi, łączy wątki, buduje całą sieć. A my, czytelnicy, wpadamy w tę sieć z przyjemnością. Proza norweskiego Autora to intelektualna przyjemność, ale i wyzwanie, które warto podjąć.

Moja ocena: 7/10.


Karl Ove Knausgård, Trzecie królestwo
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Liczba stron: 576
ISBN: 978-83-08-08651-3

*****************************************************************************

The Door Is Open

Just as I promised, I sat down and read The Third Realm in almost one breath. I think the trilogy has just stopped being a trilogy… There's information online that it's supposed to be a six-volume series, like My Struggle. We'll see, for now I'm joining the ranks of readers waiting for the next volumes.

Return to Familiar Characters

Volume three interweaves characters from both previous installments, though there are significantly more of them from The Morning Star and fewer from The Wolves of Eternity. We welcome back Helge Bråthen, an architect who turns out to be the boy from the second volume who witnessed Syvert Lyøning's accident. The now mature man is haunted by this childhood experience, preventing him from focusing on his work and new projects. We also have Katherine, the pastor from the first volume, and her husband, Gaute, a teacher, and their marital crisis. Gaute is further concerned about one of his students, Gudrun, who stops attending school and is being tormeted by nightmares. It's as if the more sensitive and delicate in society have noticed the opening of some other world. "The door is open," says Mikael, Katherine's mother's partner, after a serious accident (p. 517). No one knows what's going on. Finally, Line, the daughter of Nurse Solveig from the first volume, is drawn into the dark world of Black Metal by Valdemar, the vocalist of the band Domen, whom she recently met. Police officer Geir investigates the murder of three members of the band Kvitekrist. Thanks to his busy professional life, he also manages to hide his affair with Elisabeth from his wife Helene. The investigation he is involved in is exceptionally brutal and unconventional – the victims are flayed and their heads are turned in an unnatural way.

Mental Illness

The Third Realm also offers one of the best depictions of mental illness in literature. Tove, returned from the hospital and spending the holidays with her family at a summer cottage, stops taking her medication and begins hearing voices again, painting maniacally, and having hallucinations. Her persona, torn between normality and mania is horrific and terrifying, but perhaps worst of all is her family's uncertainty and limited trust in her. The family watches her with great concern, sees her fluctuating mental and physical condition, and over time gently rejects Tove. She cannot help but feel that her loved ones function better and more peacefully without her, and she feels remorse for this. She is also ashamed of her actions, which she performs during bouts of mania, when she is not herself. Knausgård portrays the patient's situation from the inside (her mental state) and from the outside (her family situation), and does so masterfully, poignantly, and overwhelmingly.

Escalating Anxiety

Knausgård's novel builds considerable anxiety in the reader – many disturbing things happen, from a brutal murder, through the nightmares that torment many individuals, to the fact that no one in Norway has died for a week, since a strange star appeared in the sky. Even people declared brain dead show ambiguous symptoms of dead organ activity. However, those who feel the strangeness of the situation are not believed – they are either suffering from mental illness or traumatized after accidents. Society also dismisses the uncanny – the lack of deaths, unexplained cases of medical miracles, when no one dies after serious car accidents. More and more people are wondering about this individually and discussing it privately, but there is no widespread panic. Is it only a matter of time before it breaks out?

Waiting for the next volumes

Personally, I'm a bit disappointed – I expected this to be the final installment of the trilogy, so the lack of an ending and the escalation of tension surprised me. This installment didn't have a philosophical essay (actually, just a substitute, namely Jarle Skinlo's „The Map of the Brain”). Returning to the characters from the first volume required some effort on my part, connecting the dots, and searching for the missing characters. This prose is growing, and that brings its own challenges. Nevertheless, I will reach for the next installments with great pleasure—and curiosity. Knausgård doesn't rush the plot; he focuses on the normal lives of various characters, delicately showing the connections between them, weaving threads, and building a whole web. And we, the readers, are drawn into this web with pleasure. The Norwegian author's prose is an intellectual pleasure, but also a challenge worth taking on.

My rating: 7/10.


Author: Karl Ove Knausgård
Title: The Third Realm
Publishing House: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025
Translation: Iwona Zimnicka
Number of pages: 576
ISBN: 978-83-08-08651-3

niedziela, 28 grudnia 2025

Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży

Ocalanie od zapomnienia

Niewielkich rozmiarów książeczka przyciągnęła mój wzrok w bibliotece na półce nowości. Tytuł zwrócił moją uwagę, bo sama trochę poróżuję i różne rzeczy mi się przydarzają. Zresztą tych dwanaście krótkich esejów to w zasadzie lektura na jeden spokojny wieczór (a dokładniej wigilijny wieczór i świąteczny poranek u mnie). Pozycja utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma przypadków.

Sylwetka Autora

Krzysztof Środa to urodzony w 1959 roku polski tłumacz, pisarz i historyk filozofii. Ten zbiorek to ósma pozycja autora, po wyróżnionej w 2007 roku Nagrodą Literacką Gdynia książce Projekt handlu kabardyńskimi końmi (Świat Książki, 2006), nominowanej do tej nagrody w 2013 roku książce Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych (Czarne, 2012) i finalistki Nagrody Nike z 2017 roku Las nie uprzedza (Czarne, 2017). Dwa z esejów w recenzowanym tomiku ukazały się wcześniej, a część książki to zapiski i notatki Autora z podróży – między innymi do Armenii, do której wybieram się na krótko w przyszłym roku. To moje pierwsze zetknięcie z prozą Środy, choć zapewne nie ostatnie.

Porządek zdarzeń dogania porządek pisania

Dla mnie tematem przewodnim w tej książce jest próba ocalenia od zapomnienia – zarówno przypadkowo spotkanych na drodze ludzi, jak i zdarzeń, ulotnych wrażeń i chwil. Środa stara się zapisywać jak najwięcej odczuć z podróży, miejsc, które go zastanowiły, swoich zaskoczeń i przemyśleń. W ten sposób utrwala na kartach swojej prozy Tanasa Spassé z Ochrydy, robotnika Edka, który remontował mu dom na Mazurach, swoich sąsiadów z niedalekiej wsi - małżeństwo Andrzeja i Celiny z sarenką Marusią, poznanym w pociągu oficerze Specnazu Albercie, który stracił wzrok na wojnie w Czeczenii, miejscowość Ston w Chorwacji, koziułkę warzywną, owada, którego obserwował podczas picia kawy „w barze przy autostradzie do Zagrzebia” (s. 75), zabobonną staruszkę autostopowiczkę w Rumunii, anonimowe przepłacanie za kawę w polskim Starbucksie, a wreszcie – Archiwum Ringelbluma, czyli projekt Oneg Szabat, który dokumentował życie w warszawskim getcie i okrucieństwa popełniane przez Niemców. 2/3 archiwum przetrwało wojenną zawieruchę i jest obecnie przechowywane w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. Środa zwraca uwagę na niemożność zapoznania się ze wszystkimi dokumentami z Archiwum ze względu na ich ilość, ale również na początkowo męczącą powtarzalność. Autor z czasem zaczyna rozumieć, że „każdy szczegół był ważny” (s. 111), bo mógł pomóc ustalić czyjeś wojenne losy, sposób, w jaki zginął ktoś bliski. Ten tekst odstaje ze swoim ciężarem gatunkowym od reszty tomu i jest zdecydowanie najlepszy.

Fragmentaryczność prozy

Mam trochę takie wrażenie, że ta książka powstała trochę na siłę, z czego zresztą Autor tłumaczy się we wstępie. Tu był jeden opublikowany tekst (pierwszy w tomiku „Bang Bang”), tam drugi (zamykający książkę esej „Archiwum”), po drodze jakieś zanotowane fragmenty, które nawet teraz z „Ctrl+C, Ctrl+V” robią dalej fragmentaryczne wrażenie. Niemniej jednak nie żałuję, że sięgnęłam po tę pozycję – stanowi dla mnie kierunek przed wyprawą do Armenii, oraz przyniosła mi dużo ważnej wiedzy dotyczącej projektu Oneg Szabat, o którym pojęcie miałam mierne. Pozostawiła mnie również z refleksją, że warto swoje spostrzeżenia i obserwacje ocalać od zapomnienia, ale potem również do nich wracać i samemu dać się zaskoczyć własnym obiorem danej sytuacji, czy spostrzeżeniem, zapisaną chwilą.

Moja ocena: 6/10


Krzysztof Środa, Rzeczy zdarzające się w podróży
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025
Liczba stron: 128
ISBN: 978-83-8396-165-1

*******************************************************************************

Saving from Oblivion

This small book caught my eye on the new releases shelf in the library. The title caught my attention because I travel a bit myself, and things happen to me. Besides, these twelve short essays are basically a reading for one quiet evening (or, more precisely, Christmas Eve and Christmas morning in my case). This book confirmed my belief that there are no coincidences.

Author's Profile

Krzysztof Środa is a Polish translator, writer, and historian of philosophy, born in 1959. This collection is the author's eighth publication, following the 2007 Gdynia Literary Award-winning book Project of the Kabardian Horse Trade (Świat Książki, 2006), the 2013 award-nominated book Travels to Armenia and Other Countries with the Most Interesting Natural Observations (Czarne, 2012), and the 2017 Nike Award finalist The Forest Doesn't Preempt (Czarne, 2017). Two of the essays in the reviewed volume have been published previously, and part of the book consists of the author's notes from his travels – including one to Armenia, which I'm planning a short trip to next year. This is my first encounter with Środa's prose, though it likely won't be my last.

The Order of Events Catches Up with the Order of Writing

For me, the central theme of this book is the attempt to save from oblivion – both people encountered along the way, as well as events, fleeting impressions, and moments. Środa tries to record as many of his travel experiences as possible, places that struck him, his surprises, and reflections. In this way, he captures in his prose Tanas Spassé from Ohrid, Edek, a worker who renovated his house in Masuria, his neighbors from a nearby village—the married couple Andrzej and Celina with their fawn Marusia, Albert, a Spetsnaz officer he met on a train who lost his sight in the Chechen war, the town of Ston in Croatia, a marsh crane fly, an insect he observed while drinking coffee "in a bar on the highway to Zagreb" (p. 75), a superstitious old woman hitchhiking in Romania, anonymous overcharging for coffee at a Polish Starbucks, and finally—the Ringelblum Archive, a project of Oneg Shabbat that documented life in the Warsaw Ghetto and the atrocities committed there by the Germans. Two-thirds of the archive survived the war and is currently stored at the POLIN Museum of the History of Polish Jews in Warsaw. Środa notes the impossibility of familiarizing oneself with all the documents in the Archive due to their sheer number, but also to their initially tiresome repetitiveness. Over time, the author begins to understand that "every detail was important" (p. 111), as it could help determine someone's wartime fate, the manner of a loved one's death. This text stands out in terms of its weight from the rest of the volume and is by far the best.

Fragmented Prose

I have the impression that this book was somewhat forced, a fact the author explains in the introduction. Here, there was one published text (the first in the volume "Bang Bang"), there another (the concluding essay "Archive"), and along the way, some annotated fragments that, even now with "Ctrl+C, Ctrl+V," still leave a fragmented impression. Nevertheless, I don't regret picking up this book – it provides me with a guide before my trip to Armenia, and it provided me with a wealth of important knowledge about the Oneg Shabbat project, which I had little understanding of. It also left me reflecting on the importance of saving one's observations from oblivion, but also of revisiting them later and allowing oneself to be surprised by one's own perception of a given situation, or observation, or recorded moment. 

My rating: 6/10.


Author: Krzysztof Środa
Title: Things Happening on the Way (title not translated to English as of Dec’25)
Publishing House: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025
Number of pages: 128
ISBN: 978-83-8396-165-1

Karl Ove Knausgård, Wilki z lasu wieczności (Ulvene fra evighetens skog)

Wszyscy jesteśmy dziećmi śmierci

Po przeczytaniu Gwiazdy porannej wiedziałam, że muszę sięgnąć po ciąg dalszy. Bohaterowie, do których się przywiązałam, i ich niedokończone, porzucone losy wciąż do mnie wracały. Dlatego w grudniu sięgnęłam po Wilki z lasu wieczności, co okazało się dość karkołomnym pomysłem. Nawet zakładając normalne tempo czytania, a więc około 50 stron dziennie, to lektura na niemal trzy tygodnie, a grudzień jest dla mnie wyjątkowo trudnym miesiącem, wypełnionym pracą i dodatkowymi aktywnościami. Dopiero przerwa świąteczna pozwoliła mi spokojnie doczytać opasły tom, z pewną stratą dla fabuły.

Nowi bohaterowie

Ku mojemu zaskoczeniu, Wilki z lasu wieczności przynoszą kolejną plejadę bohaterów – na wstępie pojawia się Helge, młody chłopiec, który w 1977 roku widział w jeziorze światła reflektorów samochodowych, ale nie wezwał pomocy, bo był przekonany, że nikt mu nie uwierzy. Mężczyzna, który wtedy zginął, Syvert Løyning, był ojcem 10-letniego Syverta Juniora i kilkuletniego Joara. Jego starszy syn trafia na korespondencję ojca w języku rosyjskim i tak dowiaduje się, że miał on ognisty romans w Rosji, a kochanka ojca, Asja, prawdopodobnie urodziła mu dziecko. Syvert po odbyciu służby w wojsku jest bezrobotny, a w związku z chorobą nowotworową matki podejmuje pracę w jednym miejscu, które ją w tym czasie oferuje – w zakładzie pogrzebowym. Drugą kluczową postacią jest Alewtina Kotowa, Ala, wykładowca akademicki i mama dwudziestokilkuletniego Sewastiana. Kobieta wraz z synem udaje się do ojca na północ, by zorganizować mu osiemdziesiąte urodziny. Tom zawiera też filozoficzny esej przyjaciółki Alewtiny, Wasylisy Baranowej, zatytułowany Wilki z lasu Wieczności. Ponownie Syverta i Alewtinę spotykamy wiele lat później podczas ich pierwszego spotkania w Moskwie. Syvert był świadkiem brutalnego napadu na sklep jubilerski i udzielał ofiarom pomocy, jego krótki pobyt w kraju siostry jest więc wyjątkowo burzliwy.

Sens życia

Tematy łączące z pierwszym tomem są dwa – pojawienie się gwiazdy na niebie i tematyka śmierci i sensu życia. Tak jak w pierwszym tomie Egil analizował śmierć z perspektywy Apokalipsy św. Jana, tak tutaj zarówno Walentina w swoim eseju, jak i Alewtina po kierunku studiów patrzą na życie i śmierć z perspektywy biochemii, rosyjskiego mistycyzmu i eksperymentów naukowych. Sporo miejsca poświęca Knausgård na filozofię Nikołaja Fiodorowicza Fiodorowa, rosyjskiego filozofa, prekursora filozofii transhumanizmu. Fiodorow głosił, że w przyszłości śmierć można będzie zatrzymać, a poprzednie pokolenia wskrzesić, a przeludnienia Ziemi uniknąć, zasiedlając inne planety. To przywróci sprawiedliwość dziejową (starsze pokolenie daje młodszemu życie nie dostając nic w zamian), a reprodukcja nie będzie już więcej potrzebna. Norweski pisarz przytacza też prace Siergieja Briuchonienki, który eksperymentował na psach, usuwając im organy i badając je poza organizmami zwierząt, jak również utrzymywał przy życiu odciętą psią głowę przez kilka godzin. Stworzył jeden z pierwszych modeli płucoserca. Tekst Walentiny odpowiada trudnością esejowi Egila.

Fragment większej całości?

Książka jest tak poprowadzona, że nie da się nie sięgnąć po kolejny, trzeci i ostatni tom. Czy bohaterowie obu części będą jakoś połączeni? Zobaczymy. Wilki z lasu wieczności czytało się nieco gorzej od Gwiazdy Porannej – tam było więcej bohaterów, więc poznawaliśmy więcej osób. Tutaj jest ich główna dwójka – Sylvert i Alewtina, a do tego postaci poboczne, jak Walentina czy Oksanka, przyjaciółka Aluszy. Gwiazda przychodzi trochę później i nie jest tak niepokojąca jak w pierwszym tomie trylogii, więc druga część ma trochę inny wydźwięk. Tak jak w pierwszym tomie, dużą rolę pełni muzyka (Van Halen, AC/DC, Master of Puppets, Balls to the Wall, Dire Straits Telegraph Road, Sham 69, The Clash, The Police, The Specials, Status Quo, Slade, Mud, Gary Glitter, Rory Gallagher, Thin Lizzy, Queen, Rainbow, ale też Mozart i Beethoven), czytelnik może się w tle zanurzyć w utwory, których słuchają bohaterowie, i cenię Knausgårda za pewną pedantyczność w tym względzie. Zasiadam zatem do ostatniego tomu.

Moja ocena: 7/10.


Karl Ove Knausgård, Wilki z lasu wieczności
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Liczba stron: 928
ISBN: 978-83-08-08417-5

********************************************************************************

We Are All Children of Death

After reading The Morning Star, I knew I had to read the sequel. The characters I had grown attached to and their unfinished, abandoned fates kept coming back to me. So in December, I picked up The Wolves of Eternity, which turned out to be quite a risky idea. Even assuming a normal reading pace of about 50 pages a day, that would take almost three weeks, and December is an exceptionally difficult month for me, filled with work and extracurricular activities. Only the Christmas break allowed me to finish the hefty volume, albeit to some extent to the detriment of the plot.

New Characters

To my surprise, The Wolves of Eternity introduces another galaxy of characters – at the outset we have Helge, a young boy who saw car headlights in a lake in 1977 but didn't call for help because he was convinced no one would believe him. The man who died that day, Syvert Løyning, was the father of 10-year-old Syvert Junior and his younger brother Joar. His older son stumbles upon his father's correspondence in Russian and learns that he had a fiery affair in Russia, and that his father's mistress, Asya, has likely given birth to his child. Syvert, unemployed after serving in the army, takes a job at the only place that offers it at the time – a funeral home. The second key character is Alevtina Kotova, an academic and mother of twenty-something Sevastian. She and her son travel north to her father to organize his eightieth birthday party. The volume also includes a philosophical essay by Alevtina's friend, Vasilisa Baranova, titled "The Wolves of Eternity." We meet Syvert and Alevtina again many years later, during their first meeting in Moscow. Syvert witnessed a brutal robbery of a jewelry store and provided aid to the victims, making his short stay in his sister's country exceptionally turbulent.

The Meaning of Life

Two themes connect this volume with the first: the appearance of a star in the sky and the theme of death and the meaning of life. Just as in the first volume, Egil analyzed death from the perspective of the Apocalypse of St. John, here both Valentina in her essay and Alevtina's studies, view life and death from the perspective of biochemistry, Russian mysticism, and scientific experiments. Knausgård devotes considerable attention to the philosophy of Nikolai Fyodorovich Fyodorov, a Russian philosopher and pioneer of the philosophy of transhumanism. Fyodorov proclaimed that in the future, death could be stopped, previous generations resurrected, and Earth's overpopulation avoided by colonizing other planets. This would restore historical justice (the older generation gives life to the younger without receiving anything in return), and reproduction would no longer be necessary. The Norwegian writer also cites the work of Sergei Bryukhonenko, who experimented on dogs, removing their organs and studying them outside the animal's bodies, and also kept a severed dog's head alive for several hours. He created one of the first models of a heart-lung machine. Valentina's text parallels Egil's essay in its difficulty.

A Piece of a Bigger Work of Art?

The book is structured in such a way that it's impossible not to reach for the next, third, and final volume. Will the characters in both parts be connected in any way? We'll see. The Wolves of Eternity was a slightly less readable book than The Morning Star – there were more characters, so we got to know more people. Here, there are the main two – Sylvert and Alewtina, plus side characters like Valentina and Oksanka, Alusha's friend. The star arrives a bit later and isn't as unsettling as in the first volume of the trilogy, so the second part has a slightly different tone. As in the first volume, music plays a significant role (Van Halen, AC/DC, Master of Puppets, Balls to the Wall, Dire Straits Telegraph Road, Sham 69, The Clash, The Police, The Specials, Status Quo, Slade, Mud, Gary Glitter, Rory Gallagher, Thin Lizzy, Queen, Rainbow, but also Mozart and Beethoven). The reader can immerse themselves in the music the characters listen to, and I appreciate Knausgård's meticulousness in this regard. So, I'm off to the final volume. 

My rating: 7/10.


Author: Karl Ove Knausgård
Title: The Wolves of Eternity
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Translation: Iwona Zimnicka
Number of pages: 928
ISBN: 978-83-08-08417-5

wtorek, 23 grudnia 2025

Laura Martínez Belli, Zraniony stół (La mesa herida)

Color i dolor, barwa i ból

Sięgałam po książkę hiszpańskojęzycznej autorki Laury Martinez Belli z dużą ciekawością. Piękna okładka i fragment obrazu meksykańskiej malarki Fridy Kahlo jasno sugerował, o czym będzie ta pozycja. Jednak opis na okładce mówił również o drugiej, szpiegowskiej stronie powieści.

Nie potrzeba nóg, by latać

Laura Martinez Belli to pochodząca z Meksyku pisarka, wykładowca akademicki, historyk sztuki. W Polsce ukazał się jedynie Zraniony stół, powieść zatytułowana po zaginionym w 1955 roku w Warszawie ogromnym obrazie Fridy Kahlo, który został wysłany do ZSRR kilka lat wcześniej w ramach wymiany kulturowej i jawnych fascynacji malarki komunizmem. Niedoceniony i przez wiele lat ukrywany w piwnicach, podczas wystawy w 1955 roku budził w widzach niepokój. Wreszcie – zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Belli rozwikłuje zagadkę w tej fabularnej historii, i choć jej wyjaśnienia nie przybliżają nas do prawdy, to z pewnością pokazują meksykańską artystkę jako istotę z krwi i kości, kobietę targaną namiętnościami, ale też umęczoną i cierpiącą. Kahlo najpierw w wieku 7 lat zachorowała na polio, które zdeformowało jej jedną nogę, a potem w 1925 roku uległa poważnemu wypadkowi komunikacyjnemu, który pogruchotał jej kości, na stałe uszkodził kręgosłup oraz macicę i miednicę. Malarka podczas swojego małzeństwa z malarzem murali Diego Riveirą trzykrotnie zachodziła w ciążę, a potem roniła. Jej pragnienie posiadania dziecka i traumatyczne przeżycia znajdują odbicie w jej twórczości.

Życie w szarym ZSRR

Lustrzanym odbiciem Fridy jest utalentowana malarka Olga, która po II wojnie światowej pracuje jako sekretarka w WOKS-ie, Wszechzwiązkowy Towarzystwie Łączności Kulturalnej z Zagranicą. Kobieta jest sumienna i dokładna, co pozwala jej pomału piąć się po stopniach kariery. Belli w wiarygodny sposób pokazuje życie w komunistycznej Rosji – współdzielenie malutkiego mieszkanka z samotną wdową, Walentyną, życie na podsłuchu i w wiecznym zagrożeniu, wymuszanie zeznań i podpisywanie fałszywych dokumentów, działanie Służb Bezpieczeństwa. Ale Autorka pokazuje również uniwersalny język sztuki i jej umiejętność poruszana najczulszych strun w odbiorcy.

Color i dolor

To właśnie malarstwo, niepodporządkowane żadnym ideom, wolne, wyzwolone, mówiące językiem duszy, jest trzecim bohaterem tej książki, zapewne najważniejszym. Belli rozkłada zaginiony obraz Kahlo na części pierwsze, tłumacząc przedstawione na nim elementy (chociaż niestety w książce nie ma jego reprodukcji, być może ze względu na brak dobrych materiałów zdjęciowych). Tego mi trochę zabrakło – obrazów Kahlo, których cała seria przesuwa się przez książkowe strony. Niemniej jednak fascynująca twórczość malarki jest pokazana z pasją i znawstwem. Jest pewna ironia w tym, że Kahlo, za swojego życia znana jako „pani Riveira”, po śmierci prześcignęła swojego męża po wielekroć, jeśli chodzi o uznanie i miejsce w panteonie najwybitniejszych twórców.

Wciągająca i ludzka biografia Fridy Kahlo

Zraniony stół czyta się szybko i z dużą ciekawością. Przeplatające się wątki i miejsca sprawiają, że książka ma należyty suspens, a zachowanie chronologicznej perspektywy ułatwia podążanie za akcją bez zbędnego wysiłku. Chociaż nie jest to powieść wybitna, to jednak przybliża postać artystki ze starannością, czyniąc z niej jednocześnie kobietę z krwi i kości, ściągając ją z martwego piedestału. W tym starciu Olga trochę blednie i schodzi na drugi plan, ale jej sylwetkę dopełniają trudne czasy i system, w którym żyje. Powieść zachowuje więc delikatny balans, długo trzyma w napięciu i stanowi znakomitą rozrywkę, jak i nienachalny, ludzki wstęp do twórczości Fridy Kahlo. Polecam.

Moja ocena: 7/10.



Laura Martínez Belli, Zraniony stół
Grupa Wydawnictwo Kobiece, Warszawa 2025
Tłumaczenie: Katarzyna Mojkowska
Liczba stron: 464
ISBN: 978-83-8371-897-2

********************************************************************************

Color and Dolor, Colour and Pain

I reached for this book by Spanish-speaking author Laura Martinez Belli with great curiosity. The beautiful cover and a fragment of a painting by Mexican painter Frida Kahlo clearly suggested its subject. However, the cover description also hinted at the novel's other, spy-themed side.

You Don't Need Legs to Fly

Laura Martinez Belli is a Mexican-born writer, academic, and art historian. Only The Wounded Table, a novel titled after a large painting by Frida Kahlo that disappeared in Warsaw in 1955, had been published in Poland. The painting had been sent to the USSR several years earlier as part of a cultural exchange and the painter's overt fascination with communism. Unappreciated and hidden in basements for many years, it evoked unease among viewers during an exhibition in 1955. Finally, it disappeared under mysterious circumstances. Belli unravels the mystery in this fictional story, and although her explanations don't bring us any closer to the truth, they certainly reveal the Mexican artist as a real person, a woman torn by passion, but also tormented and suffering. At the age of seven, Kahlo contracted polio, which deformed one of her legs, and then in 1925, she suffered a serious traffic accident that shattered her bones and permanently damaged her spine, uterus, and pelvis. During her marriage to muralist Diego Riveira, the painter became pregnant three times, each suffering a miscarriage. Her desire for a child and her traumatic experiences are reflected in her work.

Life in the Gray USSR

Frida's mirror image is the talented painter Olga, who, after World War II, worked as a secretary at WOKS, the All-Union Society for Cultural Liaison with Foreign Countries. The woman is conscientious and meticulous, which allows her to slowly climb the career ladder. Belli credibly portrays life in communist Russia – sharing a tiny apartment with a lonely widow, Valentina, a life under surveillance and constant threat, forced confessions and signing false documents, and the activities of the Security Service. But the author also demonstrates the universal language of art and its ability to strike the most sensitive chords in the viewer.

Color and Dolor

It is art, unsubordinated to any ideals, free, liberated, speaking the language of the soul, that is the third, and arguably most important, protagonist of this book. Belli dissects Kahlo’s lost painting, explaining the elements depicted in it (although, unfortunately, the book does not include a reproduction, perhaps due to a lack of good photographic materials). That's what I was missing – Kahlo’s paintings, a whole series of which flows across the pages. Nevertheless, the painter's fascinating work is presented with passion and expertise. There's a certain irony in the fact that Kahlo, known during her lifetime as "Mrs. Riveira," surpassed her husband many times over in terms of recognition and place in the pantheon of outstanding authors after her death.

A gripping and human biography of Frida Kahlo

The Wounded Table is a quick and engaging read. Interwoven plots and locations give the book a solid sense of suspense, and maintaining a chronological perspective makes it easy to follow the action without unnecessary effort. Although it's not a masterpiece, it carefully explores the artist, simultaneously making her a flesh-and-blood woman, while lifting her from her lifeless pedestal. In this encounter, Olga fades somewhat and falls into the background, but her character is complemented by the difficult times and the system in which she lives. The novel thus maintains a delicate balance, keeps suspense for a long time, and is excellent entertainment as well as a non-judgmental, human introduction to Frida Kahlo’s work. I recommend it.

My rating: 7/10

 

Author: Laura Martínez Belli
Title: The Wounded Table
Publishing House: Grupa Wydawnictwo Kobiece, Warsaw 2025
Translation: Katarzyna Mojkowska
Pages: 464
ISBN: 978-83-8371-897-2

czwartek, 4 grudnia 2025

Oman + Zjednoczone Emiraty Arabskie (30.10-12.11.2025)

Oman – kraj pachnący kadzidłem

Ponieważ w tym roku nie wyszła nam wyprawa na Sri Lankę, udało nam się dogadać z liniami lotniczymi Air Arabia i przesunąć nasze loty (ze stratą części kosztów) na Oman. Dwa dni wolnego, a więc dwa dni mniej z urlopu, okazały się pokusą nie do odparcia, a zwiedzanie Omanu połączyliśmy z krótkim pobytem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Omanie spędziliśmy 9 dni, w ZEA zaledwie 3. Kraje te są zasadniczo różne i mi do gustu zdecydowanie bardziej przypadł ten pierwszy. Mimo wizyty w teoretycznie najlepszym czasie (listopad-luty) sam początek listopada okazał się dla mnie nieco zbyt gorący (wewnątrz lądu około 35-36 stopni, nad morzem znośniej). Oman do top trójki moich zwiedzonych krajów nawet się nie zbliżył (Japonia, Jordania, Peru), ale ma swój klimat, ludzie są naprawdę przyjaźni i nienachalni, jedzenie smaczne i tanie (obyło się bez rewolucji żołądkowych i innych), a przyroda – zwłaszcza góry i wadi – absolutnie zachwycające. Jest jakaś autentyczność w tym kraju, chociaż przecież w zasadzie wybudował się – niemal w całości – przez ostatnie 50 lat za sprawą Sułtana Kaboosa, rządzącego mądrze w latach 1970-2020. Władca, inwestując zyski z wydobycia ropy naftowej, wybudował sieć znakomitych dróg, szkoły, uniwersytety, meczety, szpitale, muzea – wszystko. Kraj nadal buduje się na naszych oczach – remontuje, odnawia, rozbudowuje, inwestuje w infrastrukturę turystyczną.

Nasza podróż

30.10 (czwartek) - loty liniami Air Arabia na linii Kraków - Shardża, nocleg w słabym hotelu niedaleko lotniska, by następnego dnia spokojnie kontynuować podróż. Najtaniej można dolecieć do Omanu liniami Pegasus z Berlina, nasze loty były stosunkowo drogie i wymuszone sytuacją ze Sri Lanką.

31.10 (piątek) - lot liniami Air Arabia na linii Shardża - Maskat, wynajem auta 2WD w wypożyczalni Budget za 600PLN, wyjazd do Nizwy, zwiedzanie fortu i starego miasta w Nizwie.

Fort w Nizwie powstał w XVII wieku na polecenie sułtana ibn Saifa al Yaruba,a jego budowa zabrała 12 lat. Wyróżnia go wysoka, 40-metrowa, okrągła wieża o bardzo dużej średnicy, na którą można się wspinać z wewnętrznego dziedzińca po trzech zestawach schodów. Z każdej strony będzie widok na inną część miasta.

Nizwa słynie również z targowiska kóz, które odbywa się w każdy czwartek bardzo wcześnie rano (widowisko zaczyna się koło 6 rano). Nam nie udało się dotrzeć na czas, ale chyba warto o to zadbać, by zobaczyć tętniące życiem wydarzenie. Targowisko odbywa się w starych murach miejskich i wędrowanie po Starej Nizwie (wewnątrz murów miejskich) wieczorem ma swój wielki urok. Można zobaczyć tradycyjne, rozpadające się budynki wybudowane z gliny i słomy, powędrować wąskimi uliczkami i oczywiście - zajść na rozmaite souki ukryte w murach miejskich. Jest targowisko poświęcone przyprawom, słodkościom, rybom, mięsu, ale też antykom.

1.11 (sobota) - jedziemy na groby! Czyli na stanowisko archeologiczne w Bat, wpisane na listę UNESCO, choć oprócz tabliczki na miejscu nic nie podkreśla wagi tego miejsca. Google z Nizwy prowadzi 20-kilometrowym kawałkiem drogi szutrowej, podczas gdy zostając na głównej trasie można dojechać na miejsce asfaltem (znacznie szybciej i bardziej komfortowo. Nas błędny wybór trasy kosztował godzinę, której nam potem zabrakło). Groby w Bat i niedalekim Al-Alam powstały pomiędzy 3000 a 2000 p.n.e. i reprezentują  zwyczaje kultur Hafit, Umm i Nar. Grobowce znane są pod nazwą beehives - ule, ponieważ taki właśnie mają kształt. Zbudowane koncentrycznie z układanych na sobie z wielką sztuką dopasowanych kamieni, mogły pomieścić zwłoki do 200 zmarłych (chociaż nie składanych do grobów w tym samym czasie, groby były użytkowane przez wiele lat). W Bat, które widzieliśmy, tych grobów jest mnóstwo - ciągną się na wzgórzach, chociaż z części niewiele zostało.

Dalej z Bat do Misfatu na podwójny (a jak się potem okazało nawet potrójny) trek. Nocleg w tej pięknej wioseczce u bardzo sympatycznego gospodarza. Wzięliśmy luksusowo nocleg z kolacją i śniadaniem i to był strzał w dziesiątkę, bo Misfat nie ma bogatej oferty gastronomicznej. Wioseczka, malowniczo położona u podnóża jednego ze szczytów z ruinami twierdzy (można się tam wspiąć na malowniczy zachód słońca) oferuje naprawdę sporo wspaniałych szlaków pieszych - od łatwego i krótkiego zejścia do starego domu (Old House), który oferuje malowniczy trek w dół strumienia pośród upraw palmy daktylowej i innych roślin, po znacznie dłuższe szlaki w górę pobliskiego kanionu. Warto tu się chyba zatrzymać na dłużej.

2.11 (niedziela) - trek Jebal Shams tzw. Balcony Walk - ok. 4h w dwie strony, przy czym na początku idzie się trochę w dół, a wracając trzeba się wspinać. Naszym 2WD nie udało się dojechać do wejścia na trasę, bo droga była w remoncie, ale na miescu czekał już zapobiegliwy miejscowy ze swoim 4X4, by za stargowaną z 30 do 20 OMR (200PLN) opłatą zawieźć nas do wejścia na szlak i tam na nas uprzejmie i cierpliwe poczekać. Jebal Shams, zwany omańskim Wielkim Kanionem, oferuje zapierające dech w piersiach widoki, a sama nazwa oznacza Górę słońca. Szczyt wznosi się na wysokość 3075m. Trasę niestety się powtarza, ponieważ po dojściu na koniec treku trzeba zawrócić i iść tą samą drogą, oferującą niemniej jednak spektakularne (i w większości niezabezpieczone) widoki na kanion Wadi Ghul




















Następnie Bahla Fort z XII wieku, wpisany na listę UNESCO w 1987 roku, starannie odrestaurowany i zachwycający skomplikowanym planem murów otaczających główną twierdzę i miasto. Fort jest dziełem plemienia Bani Nebhan i mimo dość drogiego wstępu - 5 OMR (50 PLN) zdecydowanie warto go zobaczyć i spokojnie się po nim pokręcić. 

Rzut beretem (może 10 minut drogi) znajduje się  zamek Jabreen, ze wstępem w tej samej cenie co Bahla. Zamek powstał w 1675 roku na polecenie Imama Bil-araba ibn Sułtana, i był swego czasu ważnym punktem naukowym na mapie, centrum nauk o astrologii, medycynie i islamskim prawie. Bogate zdobienia wnętrza, między innymi bogato zdobione w motywy florystyczne malowane drewniane sufity, ukryty elegancki wewnętrzny dziedziniec, bogata kolekcja naczyń kuchennych, ukryty system obrony przed najeźdźcami (np. do spuszczania wrzącego syropu daktylowego atakującym na głowę) sprawia, że zamek Jabrin różni się zdecydowanie od innych budowli i twierdzy w kraju. Zdecydowanie warto go zobaczyć. Przy zamku oczywiście bezpłatny parking. Znów nocujemy w Nizwie (choć w innym miejscu). 

3.11 (poniedziałek) - zaczynamy dzień od zwiedzenia rewelacyjnego muzeum Oman Across Ages. Bardzo fotogeniczny budynek ze znakomitą, wyważoną wystawą dotyczącą historii i prehistorii Omanu. Zeszło nam lekko 3h. Projekt australijskiej pracowni architektonicznej COX zainspirowany jest ostrymi szczytami pobliskich gór Al Hajar i do nich nawiązuje kształtem, a koszt budowy przekroczył 500 milionów USD. Jest to jedno z najlepszych muzeów, jakie kiedykolwiek widziałam, choć razi trochę czołobitna część poświęcona inicjatorowi inicjatywy, sułtanowi Kabusowi. Wstęp 5 OMR (50 PLN). 


Dalej trasa do noclegu na pustyni Wahiba Sands. Wzięliśmy opcję wyważoną - niedrogi nocleg, kolacje za 5 OMR (50PLN) oraz dune bashing za 25 OMR (250PLN). Niestety ostatnia atrakcją okazała się śmieciowa - ot pojeździć trochę autem po wydmach w okolicach obozu. Nie pokazało nam to oblicza tej rozległej pustyni, a jeszcze zajechaliśmy do namiotu Beduinów na poczęstunek kawą i daktylami, oczywiście z nadzieją że coś kupimy. Meh. Gwiazd w zasadzie nie było za bardzo widać, bo miasto było za blisko. Sam nocleg z kolacją byłby ok. Do doświadczenia z pustyni Wadi Ram w Jordanii nijak się to nie umywa. Dla mnie trochę pułapka na turystów, niewarta swojej ceny.

4.11 (wtorek) – zamknięty – jak się okazało na miejscu - fort w Sur, a potem zwiedzanie - jak się potem okazało zamkniętego - stanowiska archeologicznego z mauzoleum Bibi Maryam i starego miasta portowego Qalhat, również na liście UNESCO. Chociaż z miasta faktycznie niewiele pozostało, a wykopaliska są zamknięte dla turystów, to jednak warto zobaczyć to piękne miejsce. Dawniej był to ważny port, który odwiedził np. Marco Polo w XIII wieku i Ibn Batutta w XIVw. Napotkani niedaleko na plaży rybacy powiedzieli nam, że wciąż można zobaczyć malutkie wykluwające się żółwie zielone na plaży Turtle Beach w Ras Al Hadd. Więc zawróciliśmy i pojechaliśmy na północno-wschodni cypel Omanu. Obsługa w hotelu uprzejmie wytłumaczyła nam, jak dojść do plaży. 















5.11 (środa)
- pobudka 4:30, marsz na plażę i poszukiwanie igły w stogu siana. Głowny okres lęgowy żółwi zielonych przypada na wrzesień, ale na początku listopada nadal, przy odrobinie szczęścia, można zobaczyć małe gady zasuwające do Morza Arabskiego. I o dziwo udało się! Widzieliśmy kilka spóźnialskich maluchów maszerujących dzielnie w stronę morza, a także ślady dużych żółwi. Wielka radość. 

Potem, powtarzając po raz kolejny fragment trasy z poprzedniego dnia, ruszyliśmy do Wadi Ash Shab, gdzie około 40-minutowa wędrówka kanionem zaprowadziła nas do źródła, w którym można popływać. Wybrałam się w górę strumienia i moja cierpliwość została wynagrodzona. Na końcu jest jaskinia, do której wpływa się wąską szczeliną, a w niej jaskinia i wodospad. Mega! 

Potem udało nam się jeszcze zobaczyć Bimmah Sinkhole, cenotę, i ruszyliśmy w stronę Muskatu na nocleg. Parking i wstęp do cenoty darmowe. Są toalety i miejsce do przebrania. 

6.11 (czwartek) - poranek zaczęliśmy od kąpieli na niewielkiej piaszczystej plaży Qantab, niedaleko Maskatu. Malutka plażyczka zapewniła nam trochę prywatności, chociaż i tak nie czułam się na tyle komfortowo, by pod bacznym okiem miejscowych mężczyzn pływać w dwuczęściowym stroju kąpielowym.

Potem odwiedziliśmy Muzeum Narodowe w Omanie, które wraz z Oman Across Ages daje dobre pojęcie o historii i kulturze kraju, który zwiedziliśmy (przy muzeum darmowy parking, wstęp do placówki klasyczne 5 OMR - 50PLN). Dalej spacerkiem pod pałac Sułtana Al-Alam, dostępny tylko z zewnątrz, a potem do twierdzy Al-Mirani, gdzie wstęp kosztował zawrotne 7 OMR (70 PLN, totalnie nie warto!). Stamtąd na Souk - parkingi w centrum miasta są płatne, ale udało nam się bezpłatnie zaparkować auto przy Fish souk, targu rybnym przy porcie. Krótki spacer i zakup pamiątek oraz podziwianie bogactwa towarów na souku. Dalej na nocleg do hotelu nad morzem. 

7.11 (piątek) - po leniwym poranku nad basenem dalsze zwiedzanie. Ruszyliśmy do Nakhal zwiedzić szereg atrakcji - zaczęliśmy od Meczetu Sułtana Al Qaboosa, ale zapomnieliśmy, że jest piątek. Akurat o 13 kończyło się główne nabożeństwo dnia, więc udało nam się częściowo zobaczyć Meczet. Potem bardzo fotogeniczny i wart odwiedzenia fort Nakhal, że wstępem za 3 OMR (30PLN), z ciekawymi wyjściami na baszty widokowe. Twierdza powstała w 1834 roku, oferuje piękne widoki na okolicę, a pobliskie falaje - systemy irygacyjne - zasilają całą okolicę. Fenomen falajy doskonale wyjaśia poświęcona im wystawa w Muzeum Narodowym w Omanie i Muzeum Oman Across Ages, gdzie można takim systemem w ramach wyzwania zarządzać. Dalej na koniec miasta, gdzie bije gorące źródło Ain Al Thawarah, i można się przespacerować brzegiem ciepłego strumienia (znowu Fish spa!). 








Stamtąd pojechaliśmy do zamkniętego fortu al-Rusnak, wyrobić sobie o nim jakieś wyobrażenie. Wiele twierdz przechodzi kompleksowe remonty (np. Biswah i Nakhal są już po), teraz prace konserwatorskie trwają w monumentalnej twierdzy Al-rusnak (fort Rustaq). 

8.11 (sobota) - z rana wyprawa do Maskatu, by zobaczyć Wielki Meczet Sułtana Al Qaboosa. Było warto. Meczet wpuszcza gości tylko w godzinach 8-11, w piątki jest zamknięty, więc musieliśmy pojechać specjalnie, żeby go zobaczyć. Budowla powstawała w latach 1992-2001 na polecenie hojnego władcy we współczesnym stylu i jest największym meczetem w kraju, mogącym pomieścić 20 tysięcy wiernych. Wybudowany z piaskowca sprowadzonego specjalnie z Indii, meczet zachwyca zarówno piękna i bogatą snycerką, tradycyjnie zdobionymi kaflami, ale również największym na świecie ręcznie plecionym dywanem, który sześciuset specjalistów tkało przez cztery lata. Do prac zaproszono artystów z różnych rejonów, pracujących w różnych stylach, i te mieniące się kolory i wzory harmonijnie się ze sobą łączą. Wstęp jest za damo, tak jak pobliski parking, należy pamiętać o skromnym ubiorze zasłaniającym kolana i ramiona oraz głowę (dla kobiet).










Na 13:30 mieliśmy zarezerwowaną wycieczkę na wyspy Dalmanyat, by pływać z żółwiami zielonymi. Popołudniowy rejs okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie było tak upiornie gorąco, plus zachód słońca na łodzi w cenie! Rejs rezerwowałam na stronie Shouf i w promocji kosztował 25 OMR (250PLN) od osoby. W cenie było dopłyniecie do wysp, dwa przystanki na nurkowanie, drobne przekąski (kanapki, chipsy, owoce) i napoje. Wróciliśmy po około 5 godzinach. Przyjemne zakończenie naszego pobytu w Omanie. 

DROGI

Drogi w Omanie są albo bardzo dobre, tak jak kilkupasmowe autostrady czy gładkie drogi miejskie, albo całkowicie niedostępne dla aut z napędem na dwa koła (2WD). Na autostradach obowiązuje ograniczenie do 120km/h i trzeba go przestrzegać ze względu na często rozmieszczone radary. N lokalnych trasach spowalniaczami są bardzo wysokie i nieprzyjazne hopki (progi zwalniające), zawsze poprzedzone odpowiednim znakiem, a czasami i kratką na drodze. Na trasach krajowych ograniczenie to 100km/h, a w miastach od 40-80km/h, choć zdarzyła się i krajówka z ograniczeniem do 100km/h w centrum miasta. Rental ma wbudowany czujnik, który zaczyna pipczeć przy przekroczeniu 120km/h i będzie tak pipczał dopóki się nie zwolni. Wszystkie drogi są bezpłatne, no chyba że trasa was pokona i trzeba brać taksówkę. Nas pokonał Jebel Shams (trasa we fragmencie w remoncie - listopad 2025) i taksa kosztowała 20 riali (200pln), oraz dojazd na pustynię (dodatkowe 10 riali czyli 100PLN). Poza tym nasze tanie autko 2WD sprawiło się bardzo dobrze i dowiozło. Wszędzie gdzie chcieliśmy, ale też nie kręciliśmy się szczególnie po górach i kanionach. Co ciekawe, auta pracujące mają czerwone tablice rejestracyjne, a zwykle żółte. Zwrot rentala na lotnisku w Maskacie - trasa oznaczona jak po sznurku. Nam sprawdziła się wypożyczalnia Budget, a wynajem 2WD na 9 dni kosztował około 600PLN.

JEDZENIE

W Omanie na każdym kroku można znaleźć Coffee Shopy, szybkie jadłodajnie z fast foodami, kanapkami i napojami. Kanapki zaczynają się już od 2.50 PLN (0.25 OMR) i są znakomitą opcją przy długiej podróży. Lokalsi często podjeżdżają pod coffie shopa, trąbią, obsługa podchodzi do auta, przyjmuje zamówienie i po chwili je przynosi. Wszędzie była możliwa płatność kartą. Bardzo popularne - i pikantne - jest hinduskie i pakistańskie jedzenie. Najdroższy posiłek wyniósł nas 39PLN w mocno turystycznym miejscu. Najczęściej płaciliśmy za dwa dania i dwa napoje około 25PLN.

RELIGIA

W Omanie religią dominującą jest islam - 86% społeczeństwa to muzułmanie ibadyci. Chrześcijan jest niewiele ponad 5%, podobnie jak buddystów. Dla Europejczyków przekłada się to na konieczność właściwego ubierania się - ramiona i kolana powinny być zasłonięte. Zbyt rozebrany strój będzie przyciągał nieprzychylne lub nachalne spojrzenia. Muzułmańskie kobiety kapią się całkowicie ubrane, choć mokry materiał i tak mocno podkreśla ich kształty, a pływa się skrajnie niewygodnie (ja pływałam w długich wiskozowych spodniach i cienkiej bluzie UV). Meczety mają osobne wejścia dla kobiet i mężczyzn, część przeznaczona dla kobiet jest znacznie mniejsza, ponieważ panie mogą się modlić w domu, nie mają obowiązku chodzenia na modlitwę co piątek. 

ZEA - kraj pachnący pieniądzem

9.11 (niedziela) - lot do Shardży w ZEA, wynajem auta (znów wypożyczalnia Budget, Kia Picanto za 260PLN, mamy wykupione ubezpieczenie zewnętrzne). Ruszamy do Abu Zabi, mamy wykupiony wstęp do Abu Zabi Louvre (65 AED/65 PLN). Na miejscu bezpłatny parking, nawet ocieniony. Samo muzeum... Architektura wspaniała, projekt Jeana Nouvela, rozpoczęcie prac 2009, otwarcie placówki 2017. W tle wielkie pieniądze - francuski Luwr dostał 400 milionów USD za użyczenie nazwy do 2047 roku oraz 190 milionów USD za wypożyczenie części swojej kolekcji oraz szereg innych, nie mniejszych kwot, podwajających niemal tę sumę. Jeśli chodzi o zbiory - w porównaniu do europejskich muzeów jest ich niewiele, artefakty są zestawiane na przestrzeni różnych kultur i religii, pokazując zbieżności między nimi. Wystawa czasowa o Mamelukach. Z terenów muzeum widać postępującą budowę Muzeum Guggenheim, ponieważ wyspa Saadiyat ma się stać kulturalnym centrum omanatu Abu Zabi. Dzieje się! 






Dalej krótka wizyta na Targu Daktyli, gdzie mogliśmy pokosztować różnych gatunków tych słodkości, popić karaku i zakupić niewielką ilość daktyli. Oczywiście nie jesteśmy tak atrakcyjnymi klientami co nadciągający właśnie autokar Rosjan, więc szybko się ulatniamy.














Potem wizyta w hotelu Emirates Palace Mandarin Oriental. Do pałacu można normalnie wjechać na parking, nawet bieda-opcją Kia Picanto :) Do zobaczenia jest imponujące hotelowe lobby. Sam nocleg w hotelu kosztuje około 7kPLN za noc, więc może kiedy indziej:) 


Dalej ostatni przystanek na naszej trasie - Wielki Meczet Sułtana Zajida. Znów na miejscu dostępny bezpłatny parking, a bezpłatne bilety załatwia się w aplikacji na miejscu. Dojście do Meczetu karkołomne - zjeżdża się do galerii handlowej i wędruje ruchomymi chodnikami z dobre 10 minut. My byliśmy na miejscu chwilę przed 20, meczet zamyka swoje podwoje dla zwiedzających o 21, więc chyba było trochę mniej zwiedzających, plus budynek był pięknie oświetlony. 

Prace zaczęto w 1997 roku, a Meczet otwarto w 2007. Przepych to mało powiedziane - na miejscu piękne chiaroscuro, płaskorzeźby, snycerka i prace w kamieniu. A jednak nie opuszczało mnie wrażenie, że to miejsce nie jest tak autentyczne jak meczet w Omanie, faktycznie zrobione na pokaz i z przepychem, choć wnętrza niekoniecznie z gustem. 

Nocleg w centrum Abu Zabi, uzbecka kolacja. 

10.11 (poniedziałek) - z samego rana ruszamy do Dubaju, trochę z niepokoju o auto zostawione na placu budowy, a trochę dlatego, że plany na ten dzień bogate. Z samego rana zwiedzamy The View, punkt widokowy na ogromną sztuczna wyspę Palm Jumeirah, nieprawdopodobną inwestycje, która zwiększyła długość linii brzegowej ZEA o 520 kilometrów i dała miejsce zamieszkania 70 tysiącom ludzi. Projekt powstał w zaledwie kilka lat - od 2001 do 2006 roku. Zledwie rok później na wyspę wprowadzili się pierwsi mieszkańcy. Miejsce obfituje w niesamowitą architekturę, powstają dwie inwestycje pracowni Zahy Hadid OMNIYAT (Orle, The Alba), stoi ogromny hotel the Atlantis - pojechaliśmy to wszystko zobaczyć. Na końcu Palm Jumeirah są darmowe miejsca postojowe wzdłuż drogi. Punk widokowy The View znakomicie nakreśla historię projektu i jego technologiczne skomplikowanie.

Potem parking w the Dubai Mall (4 godziny za darmo), ogarnięcie galerii, wyjście na fontanny (pokazy o 13 i 13:30, a potem o 18). Podjechaliśmy kolejką do Muzeum Przyszłości (znów niesamowity budynek pracowni Killa Design). Powrót do Galerii, jedziemy do Muzeum Zjednoczenia (poszczególne Emiraty zjednoczyły się w 1971 roku). Mało gości, obsługa średnio miła, znów znakomita architektura. 



Na koniec dnia tak przeze mnie oczekiwane Międzynarodowe Targi Książki w Sharjah Expo. Ogromne miejsce, jedna hala poświęcona literaturze angielskojęzycznej, ale brak nowości książkowych i chaos wydawniczy. Wyszłam rozczarowana po zaledwie półtorej godziny. 

Nocleg w tragicznym hotelu w Sharjah, z karaluchami. 



11.11 (wtorek) - plażing smażing na plaży Sharjah. Ponieważ palące słońce i absolutny brak cienia nie dają odsapnąć, przenosimy się do Muzeum Islamu, które pokazuje się znakomite. Budynek muzeum mieści się w dawnej zabudowie targowej (souk) i pokazuje zarówno 1400 lat sztuki islamskiej, ale również wszystkie podstawy wiary, święte miejsca (wraz z małymi kopiami Mekki i Medyny), a w centralnej wieży na kopule wymalowane jest niebo z konstelacjami znaków zodiaku.

Krótki spacer prowadzi do Muzeum Sztuki Arabskiej, ciekawe, nieduże, szybkie do zwiedzenia. Wstęp jest bezpłatny, ale jeśli ktoś nie jest wielkim fanem sztuki, muzeum można sobie spokojnie odpuścić. 

Nocleg i przygotowania do powrotu, ostatnie zakupy i kolacja. 

12.11 (środa) - powrót. 

ZEA to kraj, który wpadł (albo wpadnie) na wszystkie możliwe sposoby wydobywania pieniędzy z turysty (w możliwie przyjemny sposób). Wizyta na najwyższym budynku świata? Proszę bardzo. Spacer po fasadzie na wysokości 47 piętra? jest! Najdłuższa tyrolka na świcie? Rzut beretem od Dubaju! Noclegi - w każdym standardzie i cenie. W moich oczach Dubaj jest nastawiony na kasę, na turystów, na wielkie biznesy. Sharjah to w dużej mierze tania sypialnia dla Dubaju, w rzeszami imigrantów mieszkających w ciasnych klitkach, co rano stojących w gigantycznych korkach do emiratu obok. Abu Zabi zaś kreuje się na centrum kultury i sztuki. Petrodolary finansują najnieprawdopodobniejsze wizje architektoniczne, najbardziej niesamowite pomysły i projekty. To kraj do wydawania kasy, choć mi zabrakło w nim tej omańskiej autentyczności, gościnności i spokoju. Ale co kto lubi!