Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dutch literature. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dutch literature. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2024

Lars Saabye Christensen, Moja chińska babcia (Min kinesiske farmor)

Prywatna mistyka rzeczy

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam książkę Larsa Saabye Christensena Moja chińska babcia, wydaną w 2023 roku przez wydawnictwo Marginesy, urzekła mnie jej matowa, szorstka w dotyku okładka i tajemnicze zdjęcie na niej. Ta niedługa powieść wydala mi się idealna na okołoświąteczny czas, a okazało się, że przynosi również ciekawe noworoczne rozliczenia.

Lars Saabye Christensen to znany i uznany pisarz i poeta norweski, wielokrotnie w Polsce publikowany, głównie przez Wydawnictwo Literackie. Muszę jednak przyznać, że ta próba biografii to pierwsza książka autora, którą przeczytałam. Wnuk usiłuje możliwie wiernie przedstawić życie swojej babci, Huldy, która w wieku 26 lat odbyła trzymiesięczny rejs z Kopenhagi do Hongkongu, do swojego świeżo poślubionego męża Jørgena Christensena, kapitana morskiej żeglugi . Mimo przytaczania różnego rodzaju dokumentacji – fragmentów gazet, wywiadów, rodzinnych listów, babcia nadal pozostaje średnio widoczna, a twórca bezradny wobec rodzinnej historii, która wymyka mu się wraz z odchodzącym ojcem.

Czas pracuje po cichu. Wszystko zarasta

Przede wszystkim, może trochę wbrew intencjom autora, powieść staje się bardziej jego refleksją o upływie czasu i niemożności dokładnego zapisu uciekającej rzeczywistości, niż faktycznym portretem odważnej, dzielnej kobiety. Zwłaszcza, że Saabye Christensen stara się nie ubarwiać rzeczywistości, a pozostawać jej możliwie wiernym:

Moje spojrzenie nie sięgało tak daleko. Zamiast tego zwracało się w głąb, ku moim własnym obrazom, które zaczynają się tam, gdzie kończy się doświadczenie, czyli ku wyobrażeniom, które nie mogą się mierzyć z oryginałem. Może nie przestudiowałem dokumentów z dostateczną starannością. Czas, który upłynął, rzucał za mocny cień. (s. 174)

Wiele informacji o babce przepadło, a wraz z nieuchronnie zbliżającą się śmiercią jego ojca kolejne wersje tej historii również znikną.

W śmierci jest całkowicie współczesny

Dla mnie Moja chińska babcia jest powieścią mocno rozliczeniową, w której autor dzieli się swoimi przemyśleniami na wiele tematów. To spojrzenie doświadczonego, mądrego człowieka, który miał czas zastanowić się nad wieloma rzeczami, nad którymi mniej refleksyjni ludzie się nie pochylają. Pisarz porusza więc temat śmierci, ale patrzy na niego wieloaspektowo – zarówno na sam intymny akt umierania, jak i jego znaczenie dla najbliższych, znajomych, przyjaciół. Patrzy na odchodzenie innych i nasze znikanie związane z ich znikaniem, na odchodzenie wspomnień, na zacieranie się znajomych miejsc i ich zamiana z domu na magazyn przedmiotów. Można powiedzieć, że kompleksowo podchodzi do tematu przemijania, a babka i ojciec są zaledwie pretekstem do podjęcia tych rozważań. Jednocześnie, książka ma w sobie reportażowe zacięcie i przytacza sporo faktów, ale to właśnie melancholijno-skupiony, spokojny ton przeważa w narracji.

Historie mężczyzn i historie kobiet istnieją równolegle

Sam tytuł może być trochę zwodniczy, a czytelnicy, oczekujący portretu babki, mogą być mocno rozczarowani. Okazuje się bowiem, że po kobietach w XX wieku zostaje mniejszy ślad, niż po ich mężach. Całkiem nieźle, że w tym przypadku materiałów nie było tak mało i nestorka rodu pojawia się choć szkicowo. Magdalena Grzebałkowska planowała opisać rodzinę Beksińskich z perspektywy Zofii Beksińskiej, ale jak sama przyznaje, żona znanego malarza pozostawała tak bardzo w cieniu, że nie było dostatecznie dużo materiałów, by tak o tym napisać. Tu Hulda jest trochę pretekstem do złożenia hołdu swojej rodzinie, swoistym nagrobkiem upamiętniającym jej istnienie i wyrywającym resztki rodzinnej historii od zapomnienia. Jak pisze autor, „[…] ich grób na cmentarzu Mariebjerg został zlikwidowany. Nie mam dokąd pójść. Dlatego usiadłem i napisałem to, chociaż już dawno przestałem pisać” (s. 202).

Po początkowym zaskoczeniu i może trochę rozczarowaniu porwał mnie spokojny, nieśpieszny bieg tej nieoczywistej biografii i widoczna walka autora z brakiem materii do przerobienia i koniecznością wplecenia szerszej historii w opowieść o jego babce, która stała się poniekąd historią jego rodu. Biorąc pod uwagę ciężką chorobę pisarza może to być sposób na piękne, literackie pożegnanie ze światem. Dla mnie będzie to historia, do której będę chciała wracać, bo myślę, że za każdym razem zaskoczy mnie czymś innym.

Moja ocena: 9/10.


Lars Saabye Christensen, Moja chińska babcia
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2023
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Liczba stron: 216
ISBN: 978-83-67790-58-1

*****************************************************************************

The private mysticism of things

When I first saw Lars Saabye Christensen's book My Chinese Grandmother, published in Poland in 2023 by Marginesy Publishing House, I was charmed by its matte, rough cover and the mysterious photo on it. This short novel seemed to me perfect for the Christmas period, and it turned out that it also brings interesting New Year's reflections.

Lars Saabye Christensen is a well-known and recognized Norwegian writer and poet, published many times in Poland, mainly by Wydawnictwo Literackie. However, I must admit that this attempt at a biography is the author's first book that I have read. The grandson tries to present (as faithfully as possible) the life of his grandmother, Hulda, who, at the age of 26, went on a three-month cruise from Copenhagen to Hong Kong to join her newly married husband, Jørgen Christensen, a sea captain. Despite citing various types of documentation - fragments of newspapers, interviews, family letters - the grandmother remains barely visible and the creator remains helpless in the face of the family history that escapes him along with his departing father.

Time works silently. Everything overgrows

First of all, perhaps somewhat contrary to the author's intentions, the novel becomes more of a reflection on the passage of time and the impossibility of accurately recording the escaping reality than an actual portrait of a brave woman. Especially since Saabye Christensen tries not to embellish reality, but to remain as faithful to it as possible:

My gaze didn't reach that far. Instead, it turned inwards, towards my own images that begin where experience ends, that is, towards images that cannot compare to the original. Maybe I didn't study the documents carefully enough. The time that had passed cast too much of a shadow. (p. 174)

Much information about his grandmother has been lost, and with his father's impending death, subsequent versions of the story will also disappear.

In death he is completely contemporary

For me, My Chinese Grandmother is a very insightful novel in which the author shares his thoughts on many topics. This is the view of an experienced, wise man who had time to think about many things that less reflective people do not think about. The writer raises the topic of death, but looks at it from many aspects - both the intimate act of dying itself and its importance for loved ones, acquaintances and friends. He looks at the passing of others and our disappearance related to their disappearance, the passing of memories, the fading of familiar places and their transformation from home to a warehouse of objects. It can be said that he approaches the topic of transience in a comprehensive way, and his grandmother and father are merely a pretext for these considerations. At the same time, the book has a reporting flair and quotes a lot of facts, but it is the melancholic, focused, calm tone that prevails in the narrative.

Men's stories and women's stories exist in parallel

The title itself may be a bit misleading, and readers expecting a portrait of the grandmother may be greatly disappointed. It turns out that less trace remains of women in the 20th century than of their husbands. It's quite good that in this case there was not so little material and the doyen of the family appears, although sketchily. Magdalena Grzebałkowska planned to describe the Beksiński family from the perspective of Zofia Beksińska, but, as she admits, the famous painter's wife remained so much in the shadow that there were not enough materials to take that perspective. Here, Hulda is a bit of an excuse to pay tribute to the family, a kind of tombstone commemorating its existence and saving the remnants of its history from oblivion. As the author writes, “[…] their grave at the Mariebjerg cemetery was liquidated. I have nowhere to go. So I sat down and wrote it, even though I stopped writing a long time ago” (p. 202).

After the initial surprise and maybe a bit of disappointment, I was carried away by the calm, unhurried pace of this non-obvious biography and the author's visible struggle with the lack of material to cover and the need to weave a broader story into the story of his grandmother, which, in a sense, became the history of his family. Considering the writer's serious illness, this may be a way to say a beautiful, literary farewell to the world. For me, it will be a story I will want to come back to because I think it will surprise me with something different each time.

My rating: 9/10.


Author: Lars Saabye Christensen
Title: My Chinese Grandmother
Publishing House: Marginesy, Warsaw 2023
Translation: Iwona Zimnicka
Number of pages: 216
ISBN: 978-83-67790-58-1

niedziela, 24 kwietnia 2022

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu (De avond is ongemak)

Największa męka czytelnicza tego roku. Początek jakoś poszedł, ale potem książka była nużąca w swojej obrzydliwości, zimna i odpychająca. Zmuszałam się do dobrnięcia do końca, chociaż za samo zakończenie dodaję jeden punkt w mojej ocenie.

Holenderska rodzina hodowców bydła doświadcza straty – podczas jazdy na łyżwach na jeziorze topi się ich najstarszy syn, Matthies. Bohaterami są rodzice oraz trójka rodzeństwa – syn Obbe, średnia córka i narratorka Jas oraz najmłodsza Hanna, którzy w zasadzie są pozostawieni samym sobie. Rodzice odcinają się w swoim bólu od dzieci i siebie nawzajem, matka pogrąża się w depresji, a ojciec w pracy. Budrysówka, bo taki ma przydomek starsza z dwóch córek, zakłada więc swoją zbroję przed światem, czerwoną kurtkę, i tak stara się obronić przed bakteriami, swoim dorastaniem i rozkwitającą seksualnością, której nikt jej nie tłumaczy, oraz kolejnymi doświadczeniami spadającymi na rodzinę. Po jakimś czasie w ich rejonie rozwija się epidemia pryszczycy, i duże stado krów, którym opiekuje się rodzina, musi zostać w całości wybite. Znika więc obowiązek pracy, który organizował rodzinie życie i wyznaczał rytm dnia, ale to nie sprawia, że zaczynają ze sobą spędzać więcej czasu czy okazują sobie jakąkolwiek czułość. Świat rodziny Mulderów jest okrutny, zimny i surowy. Rodzice szukają pocieczenia w swoim prostestanckim zborze, ale ich Bóg jest taki jak ich świat, nie niesie pocieszenia. Dzieci nieustannie eksperymentują ze swoją rozbudzoną seksualnością (a opisów ich działań jest tak wiele, że odkładałam książkę ze znużeniem). Rodzice nie mają żadnej kontroli, ten świat się rozpada i dąży do nieuchronnej zagłady. A ona nadchodzi.

Ważnych tematów w książce jest całkiem sporo – radzenie sobie (lub w tym przypadku całkowite nieradzenie) ze stratą, dojrzewanie, natura, wiara, relacje rodzinne. Niewielka społeczność, w której mieszka rodzina, nie jest źródłem relacji, wsparcia czy pocieszenia, a wywiera na rodzinie dodatkową presję. Dziewczynki nauczyły się, by sztucznie uśmiechać się do sąsiadów, by nie generować niepotrzebnych pytań. W szkole są obiektem do wyśmiewania, a ojciec w końcu nakazuje Jas zdjąć kurtkę. Wyznaczony dzień nie potoczy się jednak tak, jak tego chcą rodzice.

Zastanawia mnie tylko, po co Rijneveld umieszcza w książce tyle trudnej do zniesienia fizyczności? Sceny masturbacji występują dosłownie co kilka stron, ale jest też zjadanie glutów, wkładanie krowie świderka do serów do odbytu, lewatywa mydłem, którą robi ojciec córce, itd. W zasadzie zakłóca to obraz, może też przyciąga uwagę czytelnika w niewłaściwe miejsca. Dorastanie bez żadnego wsparcia, we wrogim, nadmiernie surowym środowisku jest trudne. Czy dziecięce frustracje w ten właśnie sposób zostają rozładowane? To jakiś wentyl na ujście nagromadzonej pary?

Dla mnie książka ciągnęła się w nieskończoność i czytałam ją dosłownie po kilka stron, żeby dojść do końca. Z pewnością nie będę chciała do niej wrócić i nie była dla mnie szczególnie prawdziwa. Tym bardziej zastanawia mnie nagroda Bookera z 2020 roku. Przewodniczący nagrody uzasadniał ten wybór następująco: „Łącząc rozbrajającą nową wrażliwość z tłumaczeniem szczególnej czułości, Niepokój przychodzi o zmierzchu jest czułą i instynktowną ewokacją dzieciństwa rozdartego między wstydem a zbawieniem”. Tylko czy żeby naprawdę dojść do czułości i wrażliwości, tzreba się przebijać przez tyle stron okrucieństwa i chłodu?

Moja ocena: 4/10.

 

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021
Tłumaczenie: Jerzy Koch
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-08-07377-3

__________________________________________________________________________

The biggest reading torment of this year. I’ve read it quickly at the beginning, but then the book was tedious in its abomination, cold and repulsive. I forced myself to finish it, although for the very ending I add one point to my rating.

A Dutch cattle breeding family is suffering a loss - their eldest son, Matthies, drowns while skating on a frozen lake. The protagonists are parents and three siblings - son Obbe, middle daughter and narrator Jas and the youngest Hanna, who are basically left to themselves. Parents cut themselves off from their children and each other in their pain, the mother looses herself in depression and the father at work. Jas puts on her armor from the world, a red jacket, and so she tries to protect herself against bacteria, her adolescence and flourishing sexuality, which no one explains to her, and further experiences falling on her family. After some time, an epidemic of hoof-and-mouth disease (HMD) develops in their area, and the large herd of cows that the family cares for must be completely slaughtered. So the work obligation that organized the family life and set the rhythm of the day disappears, but this does not make them spend more time with each other or show any tenderness. The world of the Mulder family is cruel, cold, and harsh. Parents seek comfort in their Protestant church, but their God is just like their world, not consoling. Children are constantly experimenting with their awakened sexuality (and there are so many descriptions of their actions that I put the book aside wearily). Parents have no control, this world is falling apart and it is heading for its inevitable destruction. And so it comes.

There are quite a few important topics in the book - coping (or in this case completely failing to cope) with loss, maturing, nature, faith, family relationships. The small community in which the family lives is not a source of relationship, support or comfort, but puts additional pressure on the family. The girls learned to artificially smile at their neighbors so as not to generate unnecessary questions. They are the object of the school to be ridiculed, and the father finally orders Jas to take off her jacket. However, the appointed day will not turn out as the parents want it to.

I just wonder why Rijneveld puts so much unbearable physicality in the book? The masturbation scenes come literally every few pages, but there is also eating snot, putting cheese screw into the cow’s anus, the soap enema that the father makes to his daughter, etc. It basically distorts the picture, maybe draws the reader's attention in the wrong places as well. Growing up without any support in a hostile, overly harsh environment is difficult. Are children's frustrations released in this way? Is it some kind of valve for the outlet of the accumulated steam?

For me, the book went on forever and I literally read it several pages to come to the end. I certainly won't want to go back to it, and it wasn't particularly reliable to me. This makes me even more puzzled, as it has won the 2020 International Booker Prize. The award chairman justified this choice as follows: "Combining a disarming new sensibility with translation of singular sensitivity, The Discomfort of Evening is a tender and visceral evocation of a childhood caught between shame and salvation." But is it necessary to go through so many pages of cruelty and coldness to really come to tenderness and sensitivity?


My rating: 4/10.

 

Author: Marieke Lucas Rijneveld
Title: The Discomfort of Evening
Publishing House: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021
Translation: Jerzy Koch
Number of pages: 320
ISBN: 978-83-08-07377-3